« Poprzednia stronaNastępna strona »

No i jestem. Wróciłam, cieszycie się? Nie? To trudno, i tak jestem. Nareszcie mogę odetchnąć pełną piersią i cieszyć się kroplami deszczu, słonecznym światłem przesączającym się przez szare chmury przynoszące wiosnę. Nareszcie nadszedł koniec. Ponownie System został pokonany, chociaż udało mu się strzelić mi jednego gola, ale niech mu będzie, ot honorowy punkt. Wygrałam. Kolejny semestr stał się historią.

Robię właśnie mały rachunek sumienia, pod tytułem: Ile książek, których nie powinnam była czytać, przeczytałam przed i w czasie sesji?

Niech no pomyślę…

Dziewięć! Wygląda na to, że dziewięć. (A doliczywszy do tego książki, które przeczytałam do egzaminów to wychodzi: trzynaście. Śliczna liczba!)

Zamiast się uczyć, to tydzień przed sesją czytałam sagę Zmierzch, S. Meyer. Czyli cztery książki. Później ograniczyłam czytanie książek niezwiązanych z nauką – do zera.

W ciągu pierwszego tygodnia sesji przed egzaminem, którego nie zdałam, czytałam lektury do tegoż: 100 dni Robespierre’a J-F. Fayard’a, Waterloo 1815, T. Malarskiego i Od Trypolisu do Lozanny. Polityka Włoch wobec Turcji w latach 1912-1922, T. Witucha. Później jeszcze czytałam Polskie podróże po Śląsku w XVIII i XIX wieku, A. Zielińskiego, do drugiego z egzaminów.

W czasie przerwy międzysemestralnej (kiedy to ani razu nie zajrzałam do podręcznika czy skryptu) przeczytałam Potworny regiment, T. Pratchett’a. Pan Molu był przerażony tym, jak potraktowałam tę książkę… Według niego przeczytanie Pratchett’a w ciągu jednej doby to świętokradztwo! Ale czy to moja wina, że tak dobrze się czytało i nie mogłam się oderwać od lektury? Przecież, że nie moja! To wina Pratchett’a oczywiście!

W trakcie nauki do poprawki dozowałam sobie: Łups! Tego samego autora, jak wszyscy doskonale wiemy. (Ostatnie kilkanaście stron przeczytałam w nagrodę po zdanej poprawce*) Oraz przeczytałam trzy książki z serii Pamiętniki wampirów, L. J. Smith. Ale… zanim sięgnęłam po Pamiętniki obejrzałam w ciągu trzech dni czternaście odcinków serialu pod tym samym tytułem. Niby jest oparty o książkę, ale tak naprawdę poza imionami bohaterów to niewiele ma wspólnego z fabułą powieści.

Nie wiem, nie mam zielonego pojęcia dlaczego… Ale strasznie ostatnio wzięło mnie na wampiry, zwłaszcza na takie beznadziejnie banalne. Właściwie to tak często mam, że kiedy następuje otwarcie sezonu ogórkowego zwanego dalej sesją – czytam na potęgę. Czytam dużo i namiętnie zwykle to, co nie ma nawet jednego dna… i jest płaskie jak smak zupy w pewnej reklamie.

Sesja się skończyła. Skończył się też mój pęd do książek o wampirach. Wczoraj zdałam egzamin i mimo, że zaczęłam przedwczoraj czytać czwarty tom Pamiętników, to dzisiaj nie chciało mi się nawet do niego zajrzeć. Lekarstwo na stres spełniło swoje zadanie i można je odłożyć do apteczki, na parę miesięcy. Przyda się przy następnej sesji.

A teraz mogę oddać się lekturze bardziej zaawansowanej, która gdzieś przeplatała się między tymi wampirami: Pierwszy pitawal gdański czyli zbrodnia nad Motławą, Pawła Pizuńskiego. Ciekawe, czy ktoś napisał pitawal związany z moim rodzinnym miastem? Muszę to sprawdzić.

A tak w ogóle wiecie, co to takiego pitawal? To rzecz dla ludzi o mocnych nerwach, ponieważ to publicystyczne opracowanie głośnych procesów karnych. Nazwa wzięła się od nazwiska francuskiego adwokata, który był autorem pierwszego takiego zbioru: F. G. de Pitaval’a (żył na przełomie XVII i XVIII wieku). Ciekawa sprawa. Zwłaszcza, że lubię też czytać kryminały, zwłaszcza po tych autorstwa Marka Krajewskiego. Zastanawiam się jednak, czy nie spróbować sięgnąć po kryminał pisany przez kobietę np. Agathę Christe’y, albo Joannę Chmielewską.

_____

*Pan Molu powinien być ze mnie dumny – czytałam Łups! przez dwa tygodnie. To było naprawdę straszne, ale przy okazji ćwiczyłam siłę woli, żeby odłożyć książkę na bok i wziąć się do nauki. Tylko niestety… materiały do egzaminu miałam na komputerze, gdzie czekały na mnie też Pamiętniki. Jednak byłam na tyle przewidująca, że na drugim pececie, który stoi w moim pokoju – miałam tylko skrypt.

Bardzo rzadko piszę kierując swoje słowa do konkretnej osoby, częściej rzucam je w przestrzeń by swobodnie żeglowały. Tym razem jest inaczej. Tym razem piszę notatkę dedykowaną, poświęconą stałej naszej czytelniczce, która znalazła to miejsce sama, przeczytała i została. A co dziwniejsze mówi, że czyta systematycznie, a szczególnie lubi, kiedy cała nasza dzielna trójka porusza jeden temat.

Z tego też powodu, skromna autorka tego tekstu z niziutkim pokłonem i grzecznym uśmiechem chciałaby cichutko spytać: ej, wy tam po drugiej stronie monitora współautorami zwani, kiedy ruszycie się do pisania? Pani Chaosu? Kfiecie? Dość lenienia, ja tu czekam! Przedstawienie musi trwać, znaczy notatek przybywać, bo zaczyna się robić monotematycznie. Tylko ja tu piszę, a reszta co? Śpi? Nie spać, zwiedzać, pisać!

Tak oto odbiłam piłeczkę, mając cichą nadzieję, że uśmiech pojawił się tam, gdzie miał, a teraz tuptam sobie chorować dalej ;)

Myśląc o kobietach mężczyźni pewnie sobie wyobrażają, że spędzamy czas tkając zgrabną sieć intryg, iluzji powabu, czaru i uroku. Zaś od czasu do czasu te koszmarne istoty, bez których żyć się nie da [żeby nie było wątpliwości: kobiety], mają wobec swoich mężczyzn idiotyczne oczekiwania, robią testy, które mężczyzna zdać musi, chociaż nawet pewnie nie wie, że jest właśnie poddawany sprawdzianowi.

I ja ostatnimi czasy zauważyłam, że na stole w mojej kuchni brakuje kwiatka, wyraziłam więc ŻYCZENIE: ‘kochanie kupiłbyś mi kwiatka?’

Wbrew pozorom to bardzo wymagające zadanie, znaleźć kwiaciarnię i dokonać wyboru. A to, co zostanie wybrane wiele powie. W duszy zacierałam ręce z radości, wyobrażając sobie co też mój kochany znajdzie, co wybierze. Czy będzie to duży kwiatek, czy mały, wysoki, niski, czy będzie kwitł, jakiego koloru i czy będzie pasował do tego miejsca w kuchni.  

Kiedy Kochanie usłyszał moje małe życzenie uśmiechnął się, kiwną głową i było na tyle.

Oblał egzamin? Kilka dni milczenia w tym temacie oraz widoczny brak kwiatka na to by wskazywał.

Mężczyźni to jednak szczwane istoty. Pod koniec urlopu zaciągnęłam mojego lubego do wielkiej galerii [tak, to kolejny test, zdał go śpiewająco], kochanie milcząc holuje mnie do kwiaciarni.

‘To jakiego chcesz kwiatka? Wybierz’

Ale… Ale! To był test, sprawdzian!

 Zielono-czerwony kwiatek pyszni się na moim stole w kuchni.

Burza uczuć i negatywnych emocji. Złych wrażeń i doświadczeń.  Pozwólcie więc, że wyjątkowo pójdę na łatwiznę i posłużę się, tej jeden raz, cudzymi słowami.Fragmenty utworu Jacka Kaczmarskiego doskonale przedstawiają to, co aktualnie myślę.

Nie lubię

(wg W. Wysockiego)

Nie lubię gdy mi mówią po imieniu
Gdy w zdaniu jest co drugie słowo – brat
Nie lubię gdy mnie klepią po ramieniu
Z uśmiechem wykrzykując – kopę lat!
Nie lubię gdy czytają moje listy
Przez ramię odczytując treść ich kart
(…)

Nie znoszę gdy do czegoś ktoś mnie zmusza
(…)
Nie znoszę gdy z butami lezą w duszę
Tym bardziej gdy mi napluć w nią starają się
(…)

Nie cierpię poczucia bezradności
Z jakim zaszczute zwierzę patrzy w lufy strzelb
Nie cierpię zbiegów złych okoliczności
Co pojawiają się gdy ktoś osiąga cel
Nie cierpię więc nie wyjaśnionych przyczyn
Nie cierpię niepowetowanych strat
Nie cierpię liczyć nie spełnionych życzeń
Nim mi ostatnie uprzejmy spełni kat

(…)
Ja nienawidzę siebie kiedy tchórzę
Gdy wytłumaczeń dla łajdactw szukam swych
Kiedy uśmiecham się do tych którym służę
Choć z całej duszy nienawidzę ich!

Jacek Kaczmarski
1976

P.S. Chwilowo mam uczulenie na „Madzię” i reaguję negatywnie słysząc to.

Żeby trochę ostudzić panujący po ostatniej notce ogólny entuzjazm (poza Madzią, która jak zawsze sieje tysiąc wątpliwości :P) postanowiłem napisać coś jeszcze. Tym razem nie o tym co na zewnątrz, ale o tym, co wewnątrz.

Nie o tym, co mówi mi rozum, tylko o tym, co mówi mi serce.

A to mówi mi, że jestem idiotą.

Nie, stop, to kwestia rozumu. Serce gdzieś fruwa w przestworzach zabierając ze sobą większość zdrowego rozsądku, rozumowi zostawiając nieliczne resztki, które teraz krzyczą na alarm i starają się uświadomić mi, że to co robię nie ma szans się udać i tylko tracę czas. Ze to wszystko bez sensu, że mylę prawdziwe uczucia ze zwykłymi impulsami.

A ja mam wątpliwości. Nie wiem, czy moje działania mają sens, czy zamiast spełnić moje marzenia nie odwrócą się przeciwko mnie i stracę jedną z niewielu rzeczy, które naprawdę wysoko cenię – przyjaźń.

Ale serce fruwa wysoko w przestworzach, dawno głuche na argumenty i ślepe na przeszkody.

Też chcę latać.

Kfiatek

Życie to sztuka wyboru – to powiedzenie jest czymś tak oczywistym, że aż szkoda tracić czasu na pisanie tego na tym blogu. W końcu (mam taką nadzieję) wszyscy nieliczni odwiedzający to miejsce to osoby inteligentne, które co nieco o życiu wiedzą ;)

No ale do rzeczy. Czasem mam wrażenie, że najważniejsze decyzje w życiu podejmuję zbyt szybko, że są nieprzemyślane, grunt pod nie nieprzygotowany, a ja sam nie do końca pewny. I to chyba jest prawda. Tym niemniej w dniu dzisiejszym podjąłem decyzję, w której zamierzam wytrwać nawet mimo trudności, które będą piętrzyć się coraz wyżej z każdym mijającym dniem. Za dwa miesiące może powinno już być po wszystkim.

Kupuję mieszkanie.

Kfiatek

Jakiś czas temu śmiałam się z językowego zamieszania związanego z moją przeprowadzką, teraz kolej na dalszą część. Nawet nie uświadamiałam sobie pewnych nawyków językowych tutejszych ludzi, na które przy okazji rodzinnego spotkania zwrócił mi mój kochany brak. Otóż ten uczynny człowiek wyśmiał mnie, że nie używam pomorskiego ‘tak’.

Gdy opowiadał jak to go kierowano do jakiegoś miejsca: ‘i pójdzie pan w prawo a później w lewo, tak?’ zawieszając głos, myślałam wtedy, że on bredzi nikt tak nie mówi, dlaczego ja więc mam w taki sposób używać tego słowa? Zaczęłam jednak słuchać. Nie wiem, co się mogło stać, że wcześniej tego nie zauważyłam, w sklepie pani informując mnie, jaki mam koszyk zawiesza pytająco głos kończąc zdanie na tak, w pracy, gdy mówią mi, co mam zrobić też pada sakramentalne tak, w pociągu podczas zasłyszanej rozmowie też jest obecne. Myślę sobie: ‘a czy mam jakiś wybór? Mogę się nie zgodzić? Powiedzieć nie?’

A właśnie w ten sposób doszłam do zasadniczej różnicy między Północą a Południem. Na Północy ludzie są optymistami ciągle słychać ‘tak?tak?’ a na Południu: ‘nie.nie.?’ Chyba się nie mylę no nie? Rozumiecie, co chcę wam powiedzieć, nie? Przecież to wszystko łatwo ogarnąć, nie? Ale to chyba nie oznacza, że Południe jest pesymistyczne, nie? Też macie taką nadzieję, nie?

Schodząc z niewygodnego tematu tak i nie [hm… czy to Południowe nie jest takim nie kobiecym? Będzie mnie to dręczyć.] muszę powiedzieć, że co innego mnie po prostu drażni, a słyszę to wszędzie. Wtedy. ‘No to cześć wtedy’ usłyszałam wczoraj, gdy żegnałam się z koleżanką, a mój niewyparzony jęzor chciał zapytać ‘kiedy?’. Albo ‘idę wtedy’, a mnie męczą wątpliwości to znaczy, że kiedy? Wtedy mnie otacza, wychodzi z kątów i zaczyna się pchać na język. Wtedy będzie się działo, oj będzie, no nie?

Ponieważ współlokatorzy tego bloga (, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!) zrzucają z siebie i na siebie odpowiedzialność za to kto teraz ma napisać notkę – zrobię to ja. Z prostej przyczyny: akurat nie mam nic konkretnego do powiedzenia i generalnie to mam dobry humor. Ot i wszystko. Na tym mogłabym zakończyć tę wypowiedź, ale dlaczego Was nie pomęczyć moim gadulstwem jeszcze przez chwilę, a?

Dobrze, skoro już tu jestem. Za oknem mam biało, tak niemal mnie w oczy razi. Szczęśliwie zdołałam się wyspać, więc blask śniegu mnie nie oślepia, ani aż tak bardzo nie rani. A z tym wyspaniem to naprawdę bardzo dobra nowina jest, ponieważ w ciągu 39 godzin spałam przez jakieś… cztery (licząc w tym drzemki w autobusach). Może to głupie, ale żeby jakoś wczorajszego wieczoru funkcjonować to specjalnie wracałam takim połączeniem, które jedzie najdłużej z wszystkich możliwych… Po prostu: żebym mogła jak najdłużej drzemać. Swoją drogą to jadąc do domu nawet nie pamiętam, w którym momencie zasnęłam.

Cóż, dla mnie nie jest normalnym poświęcać na sen tylko trzech godzin. Owszem parę razy mi się zdarzyło iść spać o piątej i wstać o dziewiątej, ale nieczęsto. Zwykle wtedy, kiedy piszę referat. Tak było i tym razem. Z drugiej strony trudno było to nazwać “pisaniem referatu”, to było piętnaście stron A5 zapisanych luźnymi notatkami, żebym wiedziała, o czym mam mówić.

Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia jak w ogóle udało mi się trzeźwo wygłosić ten referat, ponieważ jak już rzekłam spałam jakieś trzy godziny – między trzecią a szóstą. O ósmej był wykład, w wykonaniu pani Profesor (co głównie mnie przekonało do tego, żeby w ogóle wstać o tej barbarzyńskiej godzinie: po pierwsze lubię Jej wykłady, po drugie o 11stej miałam na ćwiczeniach u Niej wygłosić referat. Więc głupio byłoby nie być na wykładzie… chociaż niektórzy tak robią, ale mnie i tak byłoby głupio).

Przez połowę czasu oczekiwania na ćwiczenia (półtorej godziny przerwy miałam) starałam się o tym nie myśleć. Ostatecznie mi się udało, ale wróciło w momencie, kiedy koleżanka kończyła wygłaszanie swojego wystąpienia na temat mniejszości żydowskiej. Dlaczego? Bo wiedziałam, że już tuż, tuż za chwilę to ja będę tam siedzieć i pleść swoje trzy po trzy. Ale… ostatecznie wyszło na to, że połowy z tego, co wg pani Profesor miałam mieć – nie miałam, ale też nie powiedziałam połowy z tego, co rzeczywiście miałam. Czyli bilans wyszedł na zero. Poza tym samo wygłaszanie nie było takie złe. A ocena była dla mnie szokiem… W każdym razie nie spodziewałam się. Ale to miło, przynajmniej mam szansę dostać jakąś w miarę dobrą ocenę z zaliczenia. Trzeba by się teraz zacząć przygotowywać do egzaminów… W sumie, to całkiem niezła myśl, ostatecznie System Eliminowania Studentów… już niedługo będzie aktywny.

Zabawne – przed świętami częściej puszczano świąteczne piosenki niż w momencie, kiedy święta trwają. Chyba, że to tylko ja mam takie szczęście pyzate.  Cóż, bywa i tak. Zresztą, nie ma się czym przejmować. To tylko święta. Dobre i złe jednocześnie. Dobre – ponieważ spędzone z rodziną, w takim czy innym składzie, ale jednak. Dobre – ponieważ było miło i ciepło, chociaż zdecydowanie inaczej… Złe – bo od wigilijnego rana miałam ochotę trzasnąć drzwiami i pójść jak najdalej przed siebie. Złe – bo nie spędzone z całością tej rodziny, którą mam, ponieważ jeden z rodziny nie chciał nas. Chciał być sam i wykrzyczał to nam w twarz, albo raczej obok twarzy. Później być może żałował, ale na żal było już za późno.

Ale Wigilia była dobra, chociaż inna. I nawet obejrzeliśmy Kevina samego w domu, niemal, jak co święta. Chociaż nie były to święta, jak co roku. Niestety. Nic nie można na to poradzić. W tym roku wszystko było robione po raz pierwszy. Po raz pierwszy robiliśmy pierniki, po raz pierwszy z bratem przygotowaliśmy makówki, a siostra po raz pierwszy zrobiła zupę rybną z grzankami i kompoty z suszu. Po raz pierwszy mieliśmy dwa puste miejsca przy stole… jedno dla tego, który nie chciał z nami spędzać świąt, i jedno dla Niej.

A choinka świeciła się cały wieczór. I wiecie, co? Sąsiednie miasto ma bardzo ładne przystrojenie ulic, które cieszą oko nocą. Tak, przespacerowaliśmy się kawałek około godziny dwudziestej trzeciej, ponieważ pogoda była sprzyjająca dla takich spacerów. I kościół “przy Browarze” jest bardzo ładnie iluminowany (jakie trudne słowo!). A wiecie? Dzisiaj w tym kościele msza była w intencji m.in. pracowników Browaru, i żeby trunek, który tam produkują zawsze był dobry, a nawet lepszy… I gdzie to całe wychowywanie w trzeźwości, hm? Żeby ksiądz do picia namawiał i o takie rzeczy się modlił! Zresztą, żartował na koniec mszy, że niektórzy go pytają, czy nie ma przypadkiem trzech kurków w kuchni… jednego z zimną, drugiego z ciepłą wodą, a trzeciego z tym złotym trunkiem. Podobno we wcześniejszych wiekach było tak na plebanii, ale ksiądz mówi, że teraz tak nie ma… i nie jest pewien, czy tak rzeczywiście kiedykolwiek było. Być może tak, być może nie.

Dlaczego podsumowuję święta, kiedy jeszcze jutro jest dzień świąteczny? Nie, bynajmniej ich nie podsumowuję.  Po prostu dzielę się spostrzeżeniami. Ponieważ jutro pójdę do świątyni modlić się za Nią. I pewnie nie będę w stanie nic napisać tutaj przed wyjazdem, nie dlatego, że nie będę mieć czasu…

A potem, kiedy będę już na Północy, nie będę miała, kiedy tutaj pisać. A nawet jeśli bym znalazła czas, to… mimo wszystko są inne zajęcia niż pisanie na blogu.

Swoją drogą, po przeanalizowaniu otrzymanych prezentów mam wrażenie, że moi bliscy, chcą mi zasugerować iż jestem niezorganizowanym człowiekiem. Otrzymałam kalendarz ścienny ze zdjęciami koni (na każdy miesiąc inny zwierz) oraz organizer – pewnie znów będę w nim pisać szkice do moich kolejnych opowiadań (obym miała pomysły na jakoweś), parę haiku (lub innych wierszy), kilka rysunków i może, ostatecznie wpiszę kilka terminów, wizyt, czy egzaminów.

Czy jest ktoś, kto nie wie, co to jest zrywka? Nie, naprawdę jest ktoś, kto nie wie? Kto? Proszę, śmiało rączka w górę, niech się przyzna. To chyba logiczne, co to zrywka. Coś co się zrywa, jest pod ręką i jest wszędzie. Nie, to nie reklamówka i nie woreczek, tym bardziej nie siatka.

Tak, siatka zdecydowanie mnie dobiła. Też coś! Siatka.

Myślałby kto, że w Polsce wszyscy mówią wspólnym, zrozumiałym językiem. Uhm. I co jeszcze? Ze zrywką się pilnuję, chociaż jak słyszę siatka, to widzę te dawne siatki z uchem i plecionej żyłki, ale jak mówię inaczej, to nikt mnie nie rozumie. W sklepie pani powiedziała: ‘słychać, że pani nie jest stąd, jo’. Joł, joł proszę pani na to wygląda, że jestem stamtąd.

Ostatnio jednak prawie poległam na bułce. Zastanawiał się ktoś ile może przynieść kłopotów zwykła słodka bułka? Ja żyłam w nieświadomości i było mi błogo, aż do czasu, kiedy chciałam kupić bułkę z serem. Wiecie, co usłyszałam, kiedy patrząc na wybrany smakołyk poprosiłam o niego? ‘Nie mam bułek z serem’. Mina mi zrzedła. Jak to proszę pani a to… to pyszne tam na półce polane srebrnym lukrem, rumiane i z taką ilością sera, że aż ślinka cieknie? Drożdżówka. Postaram się pamiętać. Tylko w głowie rodzi mi się pytanie, jak mam poprosić o bułkę z owocami na cieście francuskim. Mówiąc szczerze, to lekko się boję to uczynić. Wszak to ani nie jest bułka, ani drożdżówka, więc właściwie co? Wiem, co lubię, ale nie wiem co? Pogmatwane.

Nie tak bardzo jednak jak jagoda. Odbyłam, jakiś czas temu, ciekawą dyskusję na temat tego pysznego owocu, który robił mi niesamowite problemy. Z rozmowy  wyszłam głupsza niż ustawa przewiduje, bo jaka jest różnica między jagodą, borówką i żurawiną? Jasne, że to trzy różne owoce, które można znaleźć w lesie. Jednak polemika, ach ona udowodniła co innego. To jeden i ten sam owoc. Cierpki, gorzkawy, mały, czerwony i używany najczęściej do mięs. Zaraz, ale co z tymi pysznymi owocami koloru jagodowego, które od czerwca jadam z bitą śmietaną? A z tymi cierpkimi, małymi kulkami, które mama kazała mi zbierać, bo są bardzo dobre na pewne dolegliwości? Co z tymi śmiesznymi małymi owocami, które żeby zdobyć trzeba podtopić własne buty, chodząc po pływającym mchu? To, to samo. Inne, wiem, ale to samo.

Myślał ktoś, że wszędzie w Polsce idzie się porozumieć? Acha.

Czy to ważne, czy zapalam światło czy je zaświecam? Ważne, że dom nie płonie, a w pokoju jest jasno. Chociaż w mojej głowie panuje językowa ciemność.

Pamiętaj: kapcie. Ka-pcie. Nikt tutaj nie wie, co to są chapcie… Aaaa! Oszalałam!

« Poprzednia stronaNastępna strona »