sob 19 gru, 2009
Opowiadanie, dość stare i bardzo zmienione w stosunku do pierwotnej wersji. Mam nadzieję, że jednak będzie Ci się podobało tak samo, jak kiedyś, Droga Aislinn.
Życzę przyjemnej lektury,
Ellaine.
Jeździec Burzy
Wiatr hulał po Równinach wydając przy tym potępieńcze jęki, jakie niejeden słyszał w ciemną noc, gdy przypadkiem znalazł się na polu dawno stoczonej bitwy, a gdzie wciąż tułały się duchy wojaków. Z czarnych chmur nieprzerwanie lała się woda, zmieniając trawiaste bezmiary w olbrzymie bagno, w którym grzęzłyby, co cięższe wozy. Nikt jednak nie był na tyle głupi, żeby w burzową noc wybierać się na szlak, narażając siebie i dobytek na uszczerbek. Nikt, poza jedną osobą, która prócz własnej skóry nie miała już nic do stracenia.
Nieboskłon przecięła rozwidlona, niczym język węża, błyskawica, oświetliła na mgnienie oka samotnego jeźdźca, dążącego z wolna w stronę ściany lasu, który rysował się przed nim coraz wyraźniej. Koń z trudem szedł przez równinę, co chwilę zapadając się aż po pęciny w rozmokłej glebie, mimo to nie przystawał, posłuszny jeźdźcowi. Niechęć do tej nieszczególnie ciekawej sytuacji ogier okazywał niespokojnym potrząsaniem łba, próbując odgonić chłodne krople, które wartkimi strumykami spływały mu po karku. Mężczyzna starał się uspokoić wierzchowca, ale ograniczał się wyłącznie do lekkiego poklepywania go po szyi. Wielokrotnie mówiono mu, by nie wychodził w czasie burzy na puste pole, bo może go piorun trafić. A niech sobie trafia, co mi szkodzi… – pomyślał jeździec, kuląc się w siodle, co bynajmniej nie chroniło go przed lodowatym deszczem.
Od boru dzieliło ich już tylko parę końskich długości, które zdawały się być wieloma, niemożliwymi do przebycia milami. Jeździec obejrzał się przez ramię, by sprawdzić, że na pewno jest jedynym człowiekiem w promieniu kilkudziesięciu mil. Odwrócił wierzchowca, by móc lepiej przyjrzeć się równinom, które przez ostatnie dnie były jego domem. Nagle zdał sobie sprawę, że przecież był łatwym celem na środku tak ogromnego pustkowia. To jasne, że trudno ukryć się na płaskim terenie, porośniętym trawskiem, ale jeszcze trudniej schować siebie oraz konia, w dodatku czarnego… Jednak, jak mawiają: nie ma rzeczy niemożliwych, i właśnie, jakby dla potwierdzenia starego porzekadła, mężczyzna dokonał jednej z takich rzeczy.
Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ciemność przed nim, co jakiś czas rozganianą przez błyskawice, które odsłaniały ogromny przestwór Równin. Żywego ducha, by na nich nie uświadczył, i świadomość samotności wyraźnie rozluźniła mężczyznę – przynajmniej zgubił pościg. Zresztą, komu by się chciało go w taką pogodę gonić? Uśmiechnął się do własnej myśli. Natomiast ogier zaczął się denerwować bezruchem, opuścił głowę wypuszczając z chrap kłęby pary. Zarżał, a jego głosowi zawtórował grom, który wyrwał jeźdźca z otępienia. Ponownie skierował wierzchowca w stronę lasu, mając nadzieję, że pod sklepieniem wiekowych drzew będzie bardziej sucho niż na otwartej przestrzeni.
Burza dobiegała końca, ale wiatr, który wytrwale szarpał korony drzew, ani myślał o rozganianiu ołowianych chmur. Czarny koń przyglądał się z zainteresowaniem swojemu panu, kiedy ten bezskutecznie próbował rozpalić ognisko. Cisza, jaka zapanowała w borze, była niepokojąca, bo ileż razy to się słyszało o tych, którzy z lasów nigdy już mieli nie powrócić. Mimo tego, spokój był miłym kontrastem po ogłuszających grzmotach. Wbrew wszelkim wysiłkom, ognisko tej nocy nie zapłonęło w lesie. Mężczyzna do tej pory schylony nad tym, co miało być paleniskiem, nagle się wyprostował i spojrzał w stronę konia, który nie spuszczał zeń wzroku. Człowiek podszedł do niego, by zdjąć mu z grzbietu siodło oraz przemoczone juki. Rzucił je niedbale na ściółkę, nie trudząc się sprawdzaniem, gdzie upadły. Pogładził wierzchowca po karku, ten zarżał radośnie, a gdzieś w oddali rozległ się grzmot. Mężczyzna westchnął zrezygnowany, kładąc się obok bagażu, po czym oparł głowę o siodło. Z braku czegokolwiek innego, przykrył się mokrym, jak wszystko wokół, płaszczem.
Zanim zasnął, jeszcze przez chwilę przyglądał się ciemnemu, bezgwiezdnemu niebu widocznemu pomiędzy liśćmi, z których pracowity wiatr strącał krople. Ogier stał tuż obok, nie zostawszy przywiązanym do żadnego drzewa, ze spuszczonym łbem przyglądał się śpiącemu mężczyźnie, który od kilku dni był jego panem. Koń nerwowo strzygł uszami za każdym razem, gdy posłyszał w oddali wyjącego wilka, a gdzieś z daleka dochodził blask błyskawic oraz przytłumione odgłosy gromów.
Pierwsze, nieśmiałe promienie letniego słońca przebiły się przez zasłonę liści. Mężczyzna przekręcił się na bok, otwierając oczy. Ze zdziwieniem zdał sobie sprawę z tego, że patrzy wprost na jaszczurkę, która natychmiast umknęła czując wzrok na sobie, widocznie równie zdziwiona jego obecnością, jak on jej. Z trudem podniósł się z mokrej ściółki. Karosz natychmiast odwrócił głowę w jego stronę, kiedy tylko usłyszał, że się poruszył. Zarżał radośnie, wyraźnie zadowolony, że spokojnie przeżyli kolejną noc. Na jego rżenie odpowiedział z oddali cichy pomruk grzmotu.
- Nie ma się z czego cieszyć… – mruknął mężczyzna, pocierając odrętwiałe ramię, ciągle jeszcze odczuwając rwący ból po strzale, która utkwiła mu w nim parę dni temu. Pod materiałem tuniki wyczuwał prowizoryczny opatrunek, który był zmuszony sobie założyć. – Szukają mnie, pewnie też szukają ciebie… – mówił, nie przerywając masażu. – Prawie mnie zabili.
Próbował przypomnieć sobie wypadki ostatnich kilku dni. Kojarzyły mu się tylko z jednym – niekończącą się ucieczką. Nie więcej, jak dziesięć dni temu zaatakowano go w karczmie, i za co? Chciał się tylko zabawić! Skąd mógł wiedzieć, że tamta dziewka, która przecież z własnej, nieprzymuszonej woli legła razem z nim w pościeli, była pasierbicą książęcą? A ładna była, o ile dobrze pamiętał, była ładna i całkiem dobra w tych sprawach. Nie był jej pierwszym, ale dlaczego właśnie jego ścigają za chwilę zapomnienia, tego nie mógł zrozumieć. Czy tych, co wcześniej z nią sypiali też gonili tak zaciekle? Niestety, nie miał szans się o tym dowiedzieć, a nawet nie chciałby mieć takiej szansy.
Kiedy wyszedł z karczmy, a raczej wybiegł, wskoczył na karosza. Był to jedyny wierzchowiec, który nie został przywiązany do koniowiązu, co samo przez się tłumaczyło wybór… Jakby był tam specjalnie dla niego. Czarny ogier nie wiedzieć, czemu, nawet nie protestował, gdy zmusił go do natychmiastowego galopu. Zdziwiło go to, ale nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Cwałując przez wąskie uliczki, mężczyzna został trafiony. Przez ponad pół doby uciekał z wystającą z lewego ramienia strzałą. Udało mu się zbiec, ale teraz nie miał już żadnych nadziei na powrót do domu.
Dom… Rodzinny dom… Na sam dźwięk tych słów kiedyś miałby ochotę zwymiotować, jednak już dawno temu doszedł do wniosku, że nie ma sensu się ekscytować dla zwykłego, nic znaczącego wyrazu. Matkę wspominał najlepiej i najczęściej, kojarzyła mu się z wszystkim, co najlepsze – radością życia oraz troskliwą opieką. Ojca nie pamiętał w ogóle. Wiedzę o nim czerpał z opowieści rodzeństwa, ale po analizie tychże historii, wcale nie żałował, że go nie znał. Wnioskował, że jego rodziciel był niegdyś snycerzem, który w sposób mało ojcowski traktował swoje dzieci, nie mówiąc już o tym, jak obchodził się z żoną. Jego ojciec zginął, w którejś z kolei burd, których był najczęstszym prowodyrem.
Mężczyzna pamiętał, że miał braci, którzy byli tak samo lekkomyślni jak on, i o ile dobrze kojarzył, chyba tylko jeden jeszcze chodził po tym świecie, prócz niego samego. A jego trzy, nawet niebrzydkie, siostry? Zaledwie jedna z nich trafiła na dobrego męża, a pozostałe zadowolić musiały się opojami i łotrami w najgorszym wydaniu. I gdzie jest ta cała sprawiedliwość na świecie?! Gdzie jest to, co wszyscy wbijali mu do głowy odkąd zaczął rozumieć, co się do niego mówi?
Klnąc pod nosem na wszystkie świętości i plugastwa, jakie znał, wrzucił na koński grzbiet siodło razem z przemoczonymi jukami. Wysuszę i przejrzę je, kiedy już znajdziemy jakieś bardziej przyjazne miejsce – mruknął. Zaczął iść wolno przed siebie. Słyszał tuż obok miarowy krok czarnego ogiera. Obserwował go mimochodem, widział, że było to niezwykle piękne zwierze, o lśniącej sierści i rozumnym wejrzeniu. Nie miał jednak zielonego pojęcia, co to za rumak, jakie miano nosi, ani czyj dokładnie był. Może hodowany był do wyścigów, albo do ciągnięcia powozu, a może tylko dla ozdoby, mógł być też zwykłym wierzchowcem? W tym momencie takie szczegóły nie wydawały mu się wyjątkowo istotne. Priorytetem było dotrzeć do jakiegoś ciepłego zakątka świata, najlepiej takiego, gdzie znalazłoby się coś do zjedzenia i wypicia. Marzył o cieple ognia, mamrocząc pod nosem niezrozumiałe słowa. Był już tym wszystkim zmęczony. Wciąż nie rozumiał, jak może być gnany tylko dlatego, że zrobił sobie i dziewczynie przyjemność! Nie zrobił przecież jej krzywdy, nie krzyczała ze strachu, tylko z rozkoszy. Wiedział, że dziewka też była z niego zadowolona, tak jak on z niej…
- Powiedz mi… Drogi Ogierze, czy kiedykolwiek ktoś cię ścigał, dlatego, że zrobiłeś dobrze klaczy? – Rzucił pytanie w przestrzeń przed sobą. Koń kroczący obok niego, niczym wierny pies, jedynie spozierał na mężczyznę kątem oka.
- Nie… – odpowiedział sam sobie. – Na pewno nie. Z twoich źrebiąt niewątpliwie by się ucieszyli… Nigdy nie spotkałem takiego konia, jak ty, wiesz? – Mężczyzna spojrzał na rumaka. – Nigdy. Chociaż spotkałem wiele koni. Ale nigdy takiego, jak ty. Jesteś wyjątkowy… Wiesz, jesteś czarny, jak nocne niebo… A może nawet, jak sam Ciemność! – zaśmiał się. Poklepał ogiera po szyi, ten przymknął oczy, wyraźnie zadowolony z tej niewyszukanej pieszczoty. Gdzieś w dali rozległ się grzmot. Te burze chyba się nigdy nie skończą – pomyślał mężczyzna ze zrezygnowaniem, podnosząc głowę. Między liśćmi drzew widział niebo zaciągnięte ciężkimi chmurami, z których lada chwila mógł lunąć deszcz. Niespodziewanie na myśl przyszły mu słowa, które same dla siebie znalazły odpowiednią melodię.
- Pod ciemnym niebem krążyły kruki, a pod nimi szumiał las. W borze tułał się człowiek z koniem – nucił pod nosem – i było im z tym w sam raz…
- Znasz może, drogi Ogierze, rym do słowa kruki? – zapytał nagle, koń w odpowiedzi parsknął tylko. – Może… Juki? Banialuki… Luki! – wykrzyknął z triumfem w głosie. – Patrząc na to straszne niebo nie widział w nim żadnej luki… – Podjął melodię po chwili zastanowienia. Nucił w kółko wymyśloną przez siebie piosenkę, próbując znaleźć rym dla ostatniego wersu. – Lecz galopem rwał w dal, burzy gnany ogniem…
- Ładne, prawda? – zagadnął karosza, kiedy już dziesiąty raz zaintonował piosenkę. Ogier zarżał wesoło, a z ołowianych chmur dał się słyszeć odległy grom. – Bogowie się chyba wściekli, czy co… Tak, jakby ta burza szła za nami… – mruczał pod nosem, niezadowolony z takiego położenia.
Mokry płaszcz ciążył na ramionach mężczyzny. Woda strumieniami spływała mu z włosów, aż za cholewy butów. Było mu przez to przeraźliwie zimno, ale nie miał nawet nadziei na rozpalenie ogniska. Wszystko dookoła było wilgotne, nawet hubka i krzemień, które zawsze nosił przy sobie. Starał się jak najmniej myśleć o jedzeniu, ale żołądek, co i rusz przypominał o tym, że jest zupełnie pusty.
Rzucił ukradkowe spojrzenie w stronę wierzchowca. Dopiero teraz zaczął się zastanawiać, dlaczego przyrównał go do Ciemności. Dreszcz przebiegł mu po plecach, ale doskonale wiedział, że nie był on wywołany chłodem, lecz grozą, jaka nagle go ogarnęła. Ciemność, Jedyny, który nie spał, nie śpi i spać nie będzie, Wszechmocny, bóg, najgorszy ze wszystkich możliwych. Słyszał o tym Jedynym, który nie brał udziału w tworzeniu świata, i chyba tylko dlatego nie spał, tak jak inni, którzy zmęczeni pracą stwórczą teraz odpoczywają, chrapiąc smacznie, lecz nie wiadomo gdzie dokładnie są boskie pałace. Pamiętał, że niektórzy nawet żartowali, iż bogowie śpią tu, na ziemi, ale ludzie nie wiedzą, jak odnaleźć miejsca ich spoczynku. Ciemność – myślał, patrząc kątem oka na wierzchowca – ponoć wysłał na świat sługi, które miały budzić wśród wszystkich innych istot przerażenie, które jego najwięcej cieszy. Inni twierdzą, że pilnują, by żaden z Uśpionych się nie obudził, dlatego nazywano je najczęściej Zdradzieckimi Strażnikami, których wedle legendy miało być sześciu. Zaraz, jakie to miały być stworzenia… chyba… Gryf, Jednorożec, Lamia, Mantikora, Syrena i Smok. A może… E tam! To tylko bajka – zawyrokował.
- Przecież nie możesz być sługą Ciemności, prawda? – zaśmiał się, klepiąc karosza po karku. – Wśród Sześciu nie wymieniano konia, ale jednorożca… A ty, wybacz mi nieuprzejmość, nie wyglądasz na jednoroga. – Koń pokiwał głową nieznacznie. Z nieba znów zaczął siąpić deszcz.
Szli przez las już jakieś sześć dni, ciągle przed siebie, ale nie miał pojęcia, dokąd dojdą. Ludzie gadali, że za tym lasem jest już nieskończone Morze, a inni, że tam to już tylko Kraniec Świata, ale on w to nie wierzył, nie chciał wierzyć. Miał nadzieję, że tam jest inny, lepszy świat… Pójdę tam, gdzie mnie oczy poniosą – pomyślał, z jakąś dziwną desperacją. – Najwyżej umrę z głodu… A Ogier jakoś sobie poradzi… – Rozmyślał, potykając się, co chwilę o wystające korzenie. Znów padało, a gdzieś w oddali dał znać o sobie kolejny grzmot, który przypominał odgłos toczonej po bruku ciężkiej beczki.
Mężczyzna z braku innego zajęcia próbował przypomnieć sobie wszystko na temat lasu, w którym najprawdopodobniej się znalazł. Czarny Bór, w którym być może teraz był, słynął ze swojej wielkości oraz niesamowitych stworzeń, ale póki co ani jednej dziwnej istoty nie spotkał. Był niemal pewny, że przemierzał właśnie legendarny Bór, bo z każdego innego lasu już dawno by wyszedł… Chyba, że kręcą się w kółko, co przecież nie było niemożliwe. Wiedział, że puszczę zamieszkiwał lud, od którego podobno mieli pochodzić mieszkańcy księstwa, w którym żył, a więc i on sam. Ewinuerowie… Przypomniał sobie nazwę tego ludu. Dziwna nazwa, pomyślał. Ale od czego to pochodzi? Czy przypadkiem nie od jakiegoś wielkiego bohatera, a może od miasta?
Te wzniosłe rozmyślania o pochodzeniu nazwy ludu zamieszkującego te tereny, przerwał mu korzeń, o który się potknął, prawie wywracając się na, gnijące od nadmiaru wody, poszycie. Ogier zarżał, wyraźnie ubawiony niezdarnością towarzysza, mężczyzna rzucił wierzchowcowi wściekłe spojrzenie.
- I czego rżysz?! – Warknął, pociągając silnie za wodze, które trzymał w ręku. Rumakowi wyraźnie się to nie spodobało, szarpnął łbem powodując, że człowiek stracił równowagę, i ostatecznie legł jak długi w mokrej ściółce.
Po wielu próbach wstania, w których karosz skutecznie mu przeszkadzał, udało mu się podnieść na nogi. Nawet nie próbował oczyścić ubrania z błota, przecież bardziej brudny i tak nie będzie. Spojrzał na ogiera, który również mu się przyglądał, chciał mu pogrozić pięścią, ale zrezygnował. Stali w bezruchu przez dłuższą chwilę, patrząc sobie prosto w oczy. Człowiek niemalże widział swoje odbicie w lśniących oczach zwierzęcia. Burza, która już zaczynała dawać znać o sobie, jakby zrezygnowała z pierwotnego zamiaru, zamilkła, nawet deszcz przestał padać. Mężczyzna zmarszczył czoło, odwrócił wzrok. Przecież to głupota… – zrugał się w myślach. – Po prostu niemożliwe…
Wolnym krokiem ruszył przed siebie, nie sprawdzając nawet, czy ogier idzie za nim. Ten jednak ani myślał pozwolić, by człowiek zostawił go samego, więc spokojnie kroczył tuż obok.
Nie zauważył dziwnych znaków wymalowanych na jednym z drzew. Nie słyszał szelestu ściółki, po której najwyraźniej coś lub ktoś się poruszał. Nie zwracał na nic uwagi, wpatrzony w ziemię. Dopiero strzała, która świsnęła tuż przed nim i wbiła się w pień drzewa, przywróciła go do rzeczywistości. Mężczyzna rozejrzał się niespokojnie, ale nikogo nie zauważył. Rumak opuścił głowę wyraźnie czymś poruszony, gdyż chrapy drgały mu niebezpiecznie, pierwsze krople deszczu zabębniły o liście.
- Ktoś ty? Czego tu? – Usłyszał cichy głos, który dochodził go z tyłu, gdzieś po prawej. Ogier zarżał niespodziewanie, a chmurne niebo nagle przecięła błyskawica. Mężczyzna odwrócił się w stronę, gdzie miał nadzieję zobaczyć pytającego.
- Podróżny… – odparł.
- Podróżny? – powtórzył z powątpiewaniem głos. – Jak długo podróżujesz? – zapytał po chwili, z ironią wypowiadając ostatnie słowo.
- Dziesięć, a może jedenaście dni – powiedział cicho. – Straciłem rachubę czasu… – Dodał, jakby chcąc się usprawiedliwić.
- I nie masz ubrań na zmianę, nie zabrałeś nic do jedzenia, nie wziąłeś nawet broni, a w dodatku koń nie wygląda na twoją własność… – Wyliczał monotonnym tonem, tajemniczy głos.
- Czego ode mnie chcesz?! – wykrzyknął. – Wiesz, że nic nie mam! Nie obronię się. To, po co te ceregiele?! – warknął, zirytowany zachowaniem istoty, która go indagowała.
- Dla zabawy – odparła mu sucho. Po chwili zobaczył wychodzącą z chaszczy niewysoką postać obleczoną w zielono-brązowy płaszcz, z kapturem zarzuconym na głowę. – Lubię wiedzieć, kto wkracza do królestwa bez glejtu, w dodatku bocznymi ścieżkami…
- Nie wiedziałem, że w lesie są celnicy… – mruknął z krzywym uśmiechem.
- Jestem strażnikiem granicznym – powiedziała z wyższością postać, odsłaniając twarz. Przed mężczyzną stała, wyglądająca młodo, kobieta. Przyglądała mu się surowym wzrokiem. On również przypatrywał jej się, lecz z zainteresowaniem osoby, która nigdy wcześniej nie widziała przedstawiciela tajemniczego ludu. Z rozczarowaniem skonstatował, że rzeczywiście nie różniła się niczym szczególnym od kobiet mieszkających w księstwie. Była niewysoka, rudowłosa, a zadarty nos zdobiły złote piegi. Po chwili ciszy, kobieta twardo zawyrokowała: – Wjechałeś bez pozwolenia do Królestwa Ewinueru, zawróć z drogi i wracaj do siebie.
- Nie mam dokąd wracać – odparł zgodnie z prawdą. Koń zaczął ryć kopytem w mokrym poszyciu. Kolejny piorun przeciął niebo, a chwilę później rozległ się ogłuszający grzmot. Krople deszczu rozbryzgiwały się na liściach. – Chcę tylko przedostać się przez las… Nic więcej.
- Za lasem nie ma miejsca dla ciebie – padła krótka odpowiedź. Strażniczka przeniosła wzrok na ogiera, który patrzył na nią uważnie. Wyraźnie zbladła, przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć, poruszała jedynie ustami, jak ryba wyjęta z wody. Mężczyźnie zdawało się, że wyszeptała: O słodkie Duchy, strzeżcie mnie przed Jedynym… – Ty już nie żyjesz… – powiedziała niezwykle cicho, z dziwnym smutkiem. Rumak nie spuszczał wzroku z kobiety, która niespodziewanie cofnęła się o krok z widocznym przestrachem w szarych oczach. – Galopuj przed siebie, przez świat… – Po chwili znikła w czeluści lasu.
Mężczyzna długo stał w miejscu, osłupiały. Nie rozumiał, dlaczego powiedziała, że on już nie żyje. Nie wiedział, czy to było do niego, czy może do konia. A jeśli to była groźba? Nie, nie mogło być… Może i nie była zbyt miła, ale też nie była aż tak znowu wroga. Patrzyła na niego z niechęcią, to fakt, ale ten strach, z jakim cofnęła się od ogiera był zastanawiający. Stałby jeszcze długo, rozmyślając nad spotkaniem z Ewinuerką, gdyby nie czarny rumak, który nagle zarżał, a zawtórował mu w tym błysk i grzmot. Mężczyzna otrząsnął się z zadumy, spoglądając na konia, zmarszczył brwi.
- Ty mnie okłamałeś… – powiedział nagle, zrozumiawszy wszystko z przerażającą jasnością. – Jesteś sługą Ciemności! – wykrzyknął. – To przez ciebie te burze! Dlatego ona się wystraszyła, ale… – uspokoił się nagle. – Dlaczego ja? – Karosz jedynie podrzucił łeb do góry, deszcz wezbrał na sile.
Mężczyzna niespodziewanie przypominał sobie, jak jedna z sióstr opowiadała mu wiele lat temu historyjkę, że niby urodził się w czasie burzy, przy blasku błyskawic i akompaniamencie grzmotów. Nigdy jednak nie brał na poważnie tej opowiastki, bo czy to ma znaczenie, jaka pogoda była za oknem, kiedy się człowiek rodził?
- Bo chyba to, że podobno urodziłem się podczas jednej z gorszych burz, nie miało znaczenia, prawda? – zapytał z rozbawieniem w głosie.
Ogier pokiwał głową, rżąc wesoło, a jego głos utonął w huku gromów. A nawet, jeśli jest sługą Ciemności, to co z tego? I tak nie mam nic do stracenia. Jestem przecież zwykłym śmiertelnikiem, a Ciemność bogiem, więc co ja mogę? Nic – pomyślał mężczyzna. Wzruszył ramionami, jakby dla potwierdzenia tego wniosku. Z niezwykłą werwą wskoczył na koński grzbiet i kopnął go z całej siły w słabiznę. Wierzchowiec ponownie zarżał radośnie, ruszając z kopyta, a przez nieboskłon przetoczyła się kolejna błyskawica w towarzystwie grzmotu.
Pędzili przed siebie. Nie czuł już zmęczenia, żołądek nie domagał się jedzenia, ciało odzyskało żywotność. Gałęzie chlastały go po twarzy i ramionach. Nie odczuwał bólu, nie zwróciłby nawet na niego uwagi. Nad nimi szalała burza. Przerażone drzewa tuliły się do siebie, liście szeleściły ze strachu. Zdawało mu się, że im szybciej galopowali, tym bardziej nasilał się wiatr, śpiewając opętańcze piosenki. Nie liczył się już świat. Nie liczyła się rodzina, której nigdy nie miał naprawdę. Nie liczyła się pasierbica księcia, która i tak nie zasłużyła na rozkosz. Nie liczyła się ewinuerska strażniczka. Przecież on i tak już nie żył.
Tylko burza się liczyła. Tylko ona. Tylko on i czarny, jak sam Ciemność, ogier. Teraz rozumiał, kim jest. Rozumiał, czym dla niego był kary koń. To było jego Przeznaczenie. Przeznaczenie, którego nie szukał, w które nigdy nie wierzył. Przez przypadek stał się naprawdę wolny, bo czy mógł przypuszczać, że jednak ma znaczenie, co towarzyszy człowiekowi podczas jego narodzin?
Ogier był tylko dla niego. On jeden, mógł dosiąść czarnego wierzchowca. Bogowie śpią, lecz Jedyny nie spał, nie śpi i spać nie będzie, Ciemność wybrał właśnie jego, by do końca świata pędził przez świat. Zrozumiał to i czuł się naprawdę szczęśliwy. Wolność i burze – to kochał od zawsze, więc to stało się jego najprawdziwszym i jedynym żywiołem.
Jeździec siał zniszczenie i przerażenie wszędzie, gdzie tylko się pojawiał, wypełniając wolę Ciemności, który żądał zawsze tej samej ofiary – przerażenia. Zjawisko, które Jeździec sprowadzał ze sobą budziło strach, ale również podziw w sercach wszystkich istot. Niektórym zdawało się, że gdzieś daleko na horyzoncie widzieli sylwetkę czarnego Ogiera i Jeźdźca, na tle srebrnego blasku błyskawicy. Widoczni byli tylko przez sekundę, by po niej zniknąć im z oczu, wtedy burza z wolna zaczynała się uspakajać. Jeździec natomiast galopował na swym wiernym Wierzchowcu w inne miejsce świata, żeby przez wieczność wypełniać to, co było mu przykazane. A wiatr, na wespół z grzmotem, nucił starą pieśń, której słów nikt już nie pamiętał…
- Anna Łuka, Katowice 2005-2009