O zgrozo!

 Wyobrażacie sobie? Ja jako postrach? Świat się kończy, moja wyobraźnia się poddała. Czysta abstrakcja.

Jakiś czas temu ze zgrozą słuchałam rozmowy moich przyjaciół i pada zdanie, które mają mniej więcej taki sens: „Ty! Ja zaraz powiem Aislinn co ty czytasz, zobaczysz!”

No przepraszam bardzo, ale co ja mam z tym robić? Przyznaję czytało się kiedyś Zbrodnię (I)kara albo innych Mistrzów czy Małgorzaty o Zmierzchu, ale to było dawno i nie prawda, a do tego to ja, ta uzależniona. Nie mam żadnego wpływu na to, co kto czyta ani też nie oceniam, no bo jak?

Przykro mi, nie radzę sobie dobrze z rolą postrachu. Też czytałam historię Harry’ego, Belli czy Zoey, niektóre z tych książek postawiłam na półce, zapomniałam, obrastają kurzem aż do chwili, gdy następna osoba zechce pożyczyć i przeczytać.

Historie o wampirach… Są. Ktoś je chce czytać. Ktoś się nimi interesuje. I dobrze. Że dla skierowany głównie do egzaltowanych nastolatek? I co? Czytają. Jest sukces, bo widziałam dziewczyny, które do tej pory zainteresowane tylko doborem koloru lakieru do paznokci pochłaniają z wypiekami niesamowitą historię Zmierzchu.

Zaś ja wietrzę w tym jeszcze inny sukces. Na rynku wydawniczym od jakiegoś czasu posucha, oprócz licznych wznowień książek, które jeszcze się zestarzeć nie zdążyły, cichosza nie ma nic, zaglądając w dział  zapowiedzi pewnej oficyny wydawniczej przychodzi mi na myśl strofa: „Porzućcie nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”. Rok mija, gdy pojawiły się zapowiedzi książki, na którą czekam długie lata. Po co wydawać coś nowego, jeśli można odgrzewać stare? Nawet nie można na tłumacza zwalić, bo książka rodzimego autora…

Wylewam żale, przepraszam. Jednak jestem na głodzie i w rozpaczy od chwili, gdy przekonałam się, że książki , które u nas pełnią rolę świeżych bułeczek okazują się starociami sprzed 10 lat, z tym, że tutaj można winę zrzucić na tłumacza i fakt, że do niedawna tematyka wampirów nie była tak popularna. Jest więc nadzieja, że niedługo pojawi się coś nowego, ciąg dalszy. Zaś ja w odruchu desperacji czytam w znienawidzonym języku. Z braku laku znajdzie się słownik i z oporami dam sobie radę, ale męczę się, idzie jak po grudzie. A do głowy wciąż wraca głupie pytanie: co znaczy harlequin? Nijak mi ryba lub arlekin nie pasuje do tytułu. Dobrze, że ta książka jest dalej na liście, może nim do niej dobrnę to zdążą ją przetłumaczyć i wydać u nas?  

Leave a Reply