czw 14 sty, 2010
Ponieważ współlokatorzy tego bloga (, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!) zrzucają z siebie i na siebie odpowiedzialność za to kto teraz ma napisać notkę – zrobię to ja. Z prostej przyczyny: akurat nie mam nic konkretnego do powiedzenia i generalnie to mam dobry humor. Ot i wszystko. Na tym mogłabym zakończyć tę wypowiedź, ale dlaczego Was nie pomęczyć moim gadulstwem jeszcze przez chwilę, a?
Dobrze, skoro już tu jestem. Za oknem mam biało, tak niemal mnie w oczy razi. Szczęśliwie zdołałam się wyspać, więc blask śniegu mnie nie oślepia, ani aż tak bardzo nie rani. A z tym wyspaniem to naprawdę bardzo dobra nowina jest, ponieważ w ciągu 39 godzin spałam przez jakieś… cztery (licząc w tym drzemki w autobusach). Może to głupie, ale żeby jakoś wczorajszego wieczoru funkcjonować to specjalnie wracałam takim połączeniem, które jedzie najdłużej z wszystkich możliwych… Po prostu: żebym mogła jak najdłużej drzemać. Swoją drogą to jadąc do domu nawet nie pamiętam, w którym momencie zasnęłam.
Cóż, dla mnie nie jest normalnym poświęcać na sen tylko trzech godzin. Owszem parę razy mi się zdarzyło iść spać o piątej i wstać o dziewiątej, ale nieczęsto. Zwykle wtedy, kiedy piszę referat. Tak było i tym razem. Z drugiej strony trudno było to nazwać „pisaniem referatu”, to było piętnaście stron A5 zapisanych luźnymi notatkami, żebym wiedziała, o czym mam mówić.
Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia jak w ogóle udało mi się trzeźwo wygłosić ten referat, ponieważ jak już rzekłam spałam jakieś trzy godziny – między trzecią a szóstą. O ósmej był wykład, w wykonaniu pani Profesor (co głównie mnie przekonało do tego, żeby w ogóle wstać o tej barbarzyńskiej godzinie: po pierwsze lubię Jej wykłady, po drugie o 11stej miałam na ćwiczeniach u Niej wygłosić referat. Więc głupio byłoby nie być na wykładzie… chociaż niektórzy tak robią, ale mnie i tak byłoby głupio).
Przez połowę czasu oczekiwania na ćwiczenia (półtorej godziny przerwy miałam) starałam się o tym nie myśleć. Ostatecznie mi się udało, ale wróciło w momencie, kiedy koleżanka kończyła wygłaszanie swojego wystąpienia na temat mniejszości żydowskiej. Dlaczego? Bo wiedziałam, że już tuż, tuż za chwilę to ja będę tam siedzieć i pleść swoje trzy po trzy. Ale… ostatecznie wyszło na to, że połowy z tego, co wg pani Profesor miałam mieć – nie miałam, ale też nie powiedziałam połowy z tego, co rzeczywiście miałam. Czyli bilans wyszedł na zero. Poza tym samo wygłaszanie nie było takie złe. A ocena była dla mnie szokiem… W każdym razie nie spodziewałam się. Ale to miło, przynajmniej mam szansę dostać jakąś w miarę dobrą ocenę z zaliczenia. Trzeba by się teraz zacząć przygotowywać do egzaminów… W sumie, to całkiem niezła myśl, ostatecznie System Eliminowania Studentów… już niedługo będzie aktywny.