wt 15 gru, 2009
Mówił mi, że jestem dzielna. Że się trzymam. Że się nie załamuję. Nie wiem jak On, ale ja wiem, że to nieprawda. Już nie ma nadziei, wiara zmieniła swoje oblicze, pozostała tylko miłość do Niej, pełna bólu i żalu do świata. Słone perły spadają w miękkość poduszki, cicho, nieśmiało, niewidocznie w mroku samotnych nocy. W ciszy zakłócanej tykaniem zegarka.
Ciii… nie mówcie nikomu. One nie powiedzą.
Mówiłam Wam, że żeby Was nie martwić, będę kłamać. Ale nie potrafię kłamać, dlatego milczę. Milczeniem Was okłamuję. Przykro mi. Wybaczcie.
Przez palce jak piasek przesypują się chwile. Nawet nie próbuję ich uchwycić. Pozwalam im minąć. Przyglądam się chmurom, bezczynnie leżąc na wersalce. Odpływają do ciepłych krajów, jak chwile. Słucham cichych tonów muzyki poważnej, sączącej się dyskretnie z głośników. One też płyną. Tylko ja stoję w miejscu… którego już nie poznaję.
Własny dom jest dla mnie obcym miejscem, a każdy fragment przypomina mi o Niej. Tylko, że Jej już nie ma… nie powie mi na do widzenia – „to ci pomachuju”, nie przytuli, nie pośmieje się ze mną, ani ze mnie… Ech.
***
Coraz bliżej święta… a ja wciąż na to wzruszam ramionami i pytam cicho: I cóż z tego? Jakie święta? Ciepłe, rodzinne, spokojne? To tylko wieczór, trochę lepszego jedzenia, parę „szczerych” życzeń… i każde znów zamknie się w sobie, we własnym świecie. Potem całą rodziną pójdziemy do świątyni, pomodlić się za Nią… a później wsiądę do pociągu, i będę starać się żyć… kłamiąc milczeniem i ocierając łzy ukradkiem, kiedy nikt nie będzie widział.