Jakiś czas temu śmiałam się z językowego zamieszania związanego z moją przeprowadzką, teraz kolej na dalszą część. Nawet nie uświadamiałam sobie pewnych nawyków językowych tutejszych ludzi, na które przy okazji rodzinnego spotkania zwrócił mi mój kochany brak. Otóż ten uczynny człowiek wyśmiał mnie, że nie używam pomorskiego ‘tak’.

Gdy opowiadał jak to go kierowano do jakiegoś miejsca: ‘i pójdzie pan w prawo a później w lewo, tak?’ zawieszając głos, myślałam wtedy, że on bredzi nikt tak nie mówi, dlaczego ja więc mam w taki sposób używać tego słowa? Zaczęłam jednak słuchać. Nie wiem, co się mogło stać, że wcześniej tego nie zauważyłam, w sklepie pani informując mnie, jaki mam koszyk zawiesza pytająco głos kończąc zdanie na tak, w pracy, gdy mówią mi, co mam zrobić też pada sakramentalne tak, w pociągu podczas zasłyszanej rozmowie też jest obecne. Myślę sobie: ‘a czy mam jakiś wybór? Mogę się nie zgodzić? Powiedzieć nie?’

A właśnie w ten sposób doszłam do zasadniczej różnicy między Północą a Południem. Na Północy ludzie są optymistami ciągle słychać ‘tak?tak?’ a na Południu: ‘nie.nie.?’ Chyba się nie mylę no nie? Rozumiecie, co chcę wam powiedzieć, nie? Przecież to wszystko łatwo ogarnąć, nie? Ale to chyba nie oznacza, że Południe jest pesymistyczne, nie? Też macie taką nadzieję, nie?

Schodząc z niewygodnego tematu tak i nie [hm… czy to Południowe nie jest takim nie kobiecym? Będzie mnie to dręczyć.] muszę powiedzieć, że co innego mnie po prostu drażni, a słyszę to wszędzie. Wtedy. ‘No to cześć wtedy’ usłyszałam wczoraj, gdy żegnałam się z koleżanką, a mój niewyparzony jęzor chciał zapytać ‘kiedy?’. Albo ‘idę wtedy’, a mnie męczą wątpliwości to znaczy, że kiedy? Wtedy mnie otacza, wychodzi z kątów i zaczyna się pchać na język. Wtedy będzie się działo, oj będzie, no nie?

Ponieważ współlokatorzy tego bloga (, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!) zrzucają z siebie i na siebie odpowiedzialność za to kto teraz ma napisać notkę – zrobię to ja. Z prostej przyczyny: akurat nie mam nic konkretnego do powiedzenia i generalnie to mam dobry humor. Ot i wszystko. Na tym mogłabym zakończyć tę wypowiedź, ale dlaczego Was nie pomęczyć moim gadulstwem jeszcze przez chwilę, a?

Dobrze, skoro już tu jestem. Za oknem mam biało, tak niemal mnie w oczy razi. Szczęśliwie zdołałam się wyspać, więc blask śniegu mnie nie oślepia, ani aż tak bardzo nie rani. A z tym wyspaniem to naprawdę bardzo dobra nowina jest, ponieważ w ciągu 39 godzin spałam przez jakieś… cztery (licząc w tym drzemki w autobusach). Może to głupie, ale żeby jakoś wczorajszego wieczoru funkcjonować to specjalnie wracałam takim połączeniem, które jedzie najdłużej z wszystkich możliwych… Po prostu: żebym mogła jak najdłużej drzemać. Swoją drogą to jadąc do domu nawet nie pamiętam, w którym momencie zasnęłam.

Cóż, dla mnie nie jest normalnym poświęcać na sen tylko trzech godzin. Owszem parę razy mi się zdarzyło iść spać o piątej i wstać o dziewiątej, ale nieczęsto. Zwykle wtedy, kiedy piszę referat. Tak było i tym razem. Z drugiej strony trudno było to nazwać „pisaniem referatu”, to było piętnaście stron A5 zapisanych luźnymi notatkami, żebym wiedziała, o czym mam mówić.

Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia jak w ogóle udało mi się trzeźwo wygłosić ten referat, ponieważ jak już rzekłam spałam jakieś trzy godziny – między trzecią a szóstą. O ósmej był wykład, w wykonaniu pani Profesor (co głównie mnie przekonało do tego, żeby w ogóle wstać o tej barbarzyńskiej godzinie: po pierwsze lubię Jej wykłady, po drugie o 11stej miałam na ćwiczeniach u Niej wygłosić referat. Więc głupio byłoby nie być na wykładzie… chociaż niektórzy tak robią, ale mnie i tak byłoby głupio).

Przez połowę czasu oczekiwania na ćwiczenia (półtorej godziny przerwy miałam) starałam się o tym nie myśleć. Ostatecznie mi się udało, ale wróciło w momencie, kiedy koleżanka kończyła wygłaszanie swojego wystąpienia na temat mniejszości żydowskiej. Dlaczego? Bo wiedziałam, że już tuż, tuż za chwilę to ja będę tam siedzieć i pleść swoje trzy po trzy. Ale… ostatecznie wyszło na to, że połowy z tego, co wg pani Profesor miałam mieć – nie miałam, ale też nie powiedziałam połowy z tego, co rzeczywiście miałam. Czyli bilans wyszedł na zero. Poza tym samo wygłaszanie nie było takie złe. A ocena była dla mnie szokiem… W każdym razie nie spodziewałam się. Ale to miło, przynajmniej mam szansę dostać jakąś w miarę dobrą ocenę z zaliczenia. Trzeba by się teraz zacząć przygotowywać do egzaminów… W sumie, to całkiem niezła myśl, ostatecznie System Eliminowania Studentów… już niedługo będzie aktywny.