Zabawne – przed świętami częściej puszczano świąteczne piosenki niż w momencie, kiedy święta trwają. Chyba, że to tylko ja mam takie szczęście pyzate.  Cóż, bywa i tak. Zresztą, nie ma się czym przejmować. To tylko święta. Dobre i złe jednocześnie. Dobre – ponieważ spędzone z rodziną, w takim czy innym składzie, ale jednak. Dobre – ponieważ było miło i ciepło, chociaż zdecydowanie inaczej… Złe – bo od wigilijnego rana miałam ochotę trzasnąć drzwiami i pójść jak najdalej przed siebie. Złe – bo nie spędzone z całością tej rodziny, którą mam, ponieważ jeden z rodziny nie chciał nas. Chciał być sam i wykrzyczał to nam w twarz, albo raczej obok twarzy. Później być może żałował, ale na żal było już za późno.

Ale Wigilia była dobra, chociaż inna. I nawet obejrzeliśmy Kevina samego w domu, niemal, jak co święta. Chociaż nie były to święta, jak co roku. Niestety. Nic nie można na to poradzić. W tym roku wszystko było robione po raz pierwszy. Po raz pierwszy robiliśmy pierniki, po raz pierwszy z bratem przygotowaliśmy makówki, a siostra po raz pierwszy zrobiła zupę rybną z grzankami i kompoty z suszu. Po raz pierwszy mieliśmy dwa puste miejsca przy stole… jedno dla tego, który nie chciał z nami spędzać świąt, i jedno dla Niej.

A choinka świeciła się cały wieczór. I wiecie, co? Sąsiednie miasto ma bardzo ładne przystrojenie ulic, które cieszą oko nocą. Tak, przespacerowaliśmy się kawałek około godziny dwudziestej trzeciej, ponieważ pogoda była sprzyjająca dla takich spacerów. I kościół „przy Browarze” jest bardzo ładnie iluminowany (jakie trudne słowo!). A wiecie? Dzisiaj w tym kościele msza była w intencji m.in. pracowników Browaru, i żeby trunek, który tam produkują zawsze był dobry, a nawet lepszy… I gdzie to całe wychowywanie w trzeźwości, hm? Żeby ksiądz do picia namawiał i o takie rzeczy się modlił! Zresztą, żartował na koniec mszy, że niektórzy go pytają, czy nie ma przypadkiem trzech kurków w kuchni… jednego z zimną, drugiego z ciepłą wodą, a trzeciego z tym złotym trunkiem. Podobno we wcześniejszych wiekach było tak na plebanii, ale ksiądz mówi, że teraz tak nie ma… i nie jest pewien, czy tak rzeczywiście kiedykolwiek było. Być może tak, być może nie.

Dlaczego podsumowuję święta, kiedy jeszcze jutro jest dzień świąteczny? Nie, bynajmniej ich nie podsumowuję.  Po prostu dzielę się spostrzeżeniami. Ponieważ jutro pójdę do świątyni modlić się za Nią. I pewnie nie będę w stanie nic napisać tutaj przed wyjazdem, nie dlatego, że nie będę mieć czasu…

A potem, kiedy będę już na Północy, nie będę miała, kiedy tutaj pisać. A nawet jeśli bym znalazła czas, to… mimo wszystko są inne zajęcia niż pisanie na blogu.

Swoją drogą, po przeanalizowaniu otrzymanych prezentów mam wrażenie, że moi bliscy, chcą mi zasugerować iż jestem niezorganizowanym człowiekiem. Otrzymałam kalendarz ścienny ze zdjęciami koni (na każdy miesiąc inny zwierz) oraz organizer – pewnie znów będę w nim pisać szkice do moich kolejnych opowiadań (obym miała pomysły na jakoweś), parę haiku (lub innych wierszy), kilka rysunków i może, ostatecznie wpiszę kilka terminów, wizyt, czy egzaminów.

Czy jest ktoś, kto nie wie, co to jest zrywka? Nie, naprawdę jest ktoś, kto nie wie? Kto? Proszę, śmiało rączka w górę, niech się przyzna. To chyba logiczne, co to zrywka. Coś co się zrywa, jest pod ręką i jest wszędzie. Nie, to nie reklamówka i nie woreczek, tym bardziej nie siatka.

Tak, siatka zdecydowanie mnie dobiła. Też coś! Siatka.

Myślałby kto, że w Polsce wszyscy mówią wspólnym, zrozumiałym językiem. Uhm. I co jeszcze? Ze zrywką się pilnuję, chociaż jak słyszę siatka, to widzę te dawne siatki z uchem i plecionej żyłki, ale jak mówię inaczej, to nikt mnie nie rozumie. W sklepie pani powiedziała: ‘słychać, że pani nie jest stąd, jo’. Joł, joł proszę pani na to wygląda, że jestem stamtąd.

Ostatnio jednak prawie poległam na bułce. Zastanawiał się ktoś ile może przynieść kłopotów zwykła słodka bułka? Ja żyłam w nieświadomości i było mi błogo, aż do czasu, kiedy chciałam kupić bułkę z serem. Wiecie, co usłyszałam, kiedy patrząc na wybrany smakołyk poprosiłam o niego? ‘Nie mam bułek z serem’. Mina mi zrzedła. Jak to proszę pani a to… to pyszne tam na półce polane srebrnym lukrem, rumiane i z taką ilością sera, że aż ślinka cieknie? Drożdżówka. Postaram się pamiętać. Tylko w głowie rodzi mi się pytanie, jak mam poprosić o bułkę z owocami na cieście francuskim. Mówiąc szczerze, to lekko się boję to uczynić. Wszak to ani nie jest bułka, ani drożdżówka, więc właściwie co? Wiem, co lubię, ale nie wiem co? Pogmatwane.

Nie tak bardzo jednak jak jagoda. Odbyłam, jakiś czas temu, ciekawą dyskusję na temat tego pysznego owocu, który robił mi niesamowite problemy. Z rozmowy  wyszłam głupsza niż ustawa przewiduje, bo jaka jest różnica między jagodą, borówką i żurawiną? Jasne, że to trzy różne owoce, które można znaleźć w lesie. Jednak polemika, ach ona udowodniła co innego. To jeden i ten sam owoc. Cierpki, gorzkawy, mały, czerwony i używany najczęściej do mięs. Zaraz, ale co z tymi pysznymi owocami koloru jagodowego, które od czerwca jadam z bitą śmietaną? A z tymi cierpkimi, małymi kulkami, które mama kazała mi zbierać, bo są bardzo dobre na pewne dolegliwości? Co z tymi śmiesznymi małymi owocami, które żeby zdobyć trzeba podtopić własne buty, chodząc po pływającym mchu? To, to samo. Inne, wiem, ale to samo.

Myślał ktoś, że wszędzie w Polsce idzie się porozumieć? Acha.

Czy to ważne, czy zapalam światło czy je zaświecam? Ważne, że dom nie płonie, a w pokoju jest jasno. Chociaż w mojej głowie panuje językowa ciemność.

Pamiętaj: kapcie. Ka-pcie. Nikt tutaj nie wie, co to są chapcie… Aaaa! Oszalałam!

Mówił mi, że jestem dzielna. Że się trzymam. Że się nie załamuję. Nie wiem jak On, ale ja wiem, że to nieprawda. Już nie ma nadziei, wiara zmieniła swoje oblicze, pozostała tylko miłość do Niej, pełna bólu i żalu do świata. Słone perły spadają w miękkość poduszki, cicho, nieśmiało, niewidocznie w mroku samotnych nocy. W ciszy zakłócanej tykaniem zegarka.

Ciii… nie mówcie nikomu. One nie powiedzą.

Mówiłam Wam, że żeby Was nie martwić, będę kłamać. Ale nie potrafię kłamać, dlatego milczę. Milczeniem Was okłamuję. Przykro mi. Wybaczcie.

Przez palce jak piasek przesypują się chwile. Nawet nie próbuję ich uchwycić. Pozwalam im minąć. Przyglądam się chmurom, bezczynnie leżąc na wersalce. Odpływają do ciepłych krajów, jak chwile. Słucham cichych tonów muzyki poważnej, sączącej się dyskretnie z głośników. One też płyną. Tylko ja stoję w miejscu… którego już nie poznaję.

Własny dom jest dla mnie obcym miejscem, a każdy fragment przypomina mi o Niej. Tylko, że Jej już nie ma… nie powie mi na do widzenia – „to ci pomachuju”, nie przytuli, nie pośmieje się ze mną, ani ze mnie… Ech.

***

Coraz bliżej święta… a ja wciąż na to wzruszam ramionami i pytam cicho: I cóż z tego? Jakie święta? Ciepłe, rodzinne, spokojne? To tylko wieczór, trochę lepszego jedzenia, parę „szczerych” życzeń… i każde znów zamknie się w sobie, we własnym świecie. Potem całą rodziną pójdziemy do świątyni, pomodlić się za Nią… a później wsiądę do pociągu, i będę starać się żyć… kłamiąc milczeniem i ocierając łzy ukradkiem, kiedy nikt nie będzie widział.

Posługując się ulubionym przez wszystkich językiem reklamy stwierdzę, że coraz bliżej święta.

To, co właśnie powiedziałam, najzwyklejszą oczywistością. Jednak smakuje ten fakt, czując się egoistycznie szczęśliwa.

Od dwóch dni z nieba lecą białe kłaczki, wiem tutaj nigdy śnieg długo nie leży na ziemi, nie będzie więc biało i puszyście, ale w domu? Być może się uda chociaż na chwilę pocieszyć śniegiem, jasno oświetlonym placem, zapachem grzanego, taniego wina unoszącym się w Alei, śmiechem i chichą melodią. Pospacerować wśród zabieganego tłumu, zmarznąć tak, że nos zrobi się czerwony. Cieszyć się chwilą. Taki właśnie mam zamiar, uczynić z każdej nadarzającej się okazji moment godny zapamiętania.

Wśród całego zabiegania przedświątecznego, który czeka i mnie, mam zamiar wykraść chwile spokoju by spotkać się z przyjaciółmi, porozmawiać o wszystkim i o niczym. Nie wiem jak to się stało, ale wciąż na nowo zdumiewa mnie fakt, że jest ich aż tylu. Co jakiś czas daję się ponieść fatalizmowi i poczuciu osamotnienia, ale oni nie dają mi trwać w tym stanie zbyt długo. Jakim cudem znalazło się wokół mnie tyle ludzi, których należy spotkać, obgadać minione chwile? Ten fakt będzie mnie długo zdumiewał. Jestem szczęściarą. Będę się cieszyć wszystkim prezentami jakimi obdarowuje mnie od jakiegoś czasu los. Otwierać pomału, dawkować radość, smakować kawałek po kawałku. Kradzione chwile.

Tak naprawdę szykuję sobie maskę. Psychicznie przygotowuję się do dużej dawki obłudy, udawania, uśmiechu i utwierdzania wszystkich, że jest tak, jak być powinno. Nie jest.

Nie mam ochoty odgrywać przypisanej mi roli kochanej siostry, troskliwej córki, cierpliwej ciotki. Nie chcę pamiętać i nie mam ochoty wspominać. Pamiętam, nie zapomnę, ale nie chcę pozwolić odzierać się z własnych uczuć i ich pokazywać. Czy to znaczy, że jestem…

No, właśnie, jaka jestem?

Przerażam siebie, bo chyba jestem obowiązkowa. Wcielę się w rolę, będę wzdychać, przytakiwać, będę milczącym pocieszeniem, będę łagodzić, naprowadzać rozmowę na odpowiednie tory. Składać wizyty świąteczne, bo jestem dobrą córką, chociaż nic dobrego z tego nie wyniknie. Może kłótnie, gorzkie słowa, cisza… Tak naprawdę miałabym ochotę zamknąć się w pokoju i napawać ciszą lub spędzić te chwilę z naprawdę bliskimi osobami.  

Męczy mnie świadomość, że czasem postępuję egoistycznie wobec tych, których kocham, dążę do samodzielności nie takimi ścieżkami jakby oni chcieli. Ciekawe, czy kiedyś zobaczą, że nie mam już lat 15 i potrafię podejmować samodzielne decyzje? Że mój świat zmiania się, a oni nie za bardzo mogą w to ingerować? Czasem, życzenia się spełniają, ciekawe czy to, co dostali jest całkowicie zgodne z ich oczekiwaniami.

Już czuję w ustach piernikowy smak obiecanego ciasta… Już słyszę dźwięk dzwoneczków, czuję ciepło… Krótkie chwile szczęścia, którymi się zachwycam uczynią nadchodzący czas wartymi obowiązków, które mnie czekają.

Za tydzień jadę do domu.

Jakiś czas temu w tym miejscu popełniłam, oczywiście pod wpływem negatywnych odczuć, pewną dość emocjonalną notatkę. Wszak wielokrotnie już udowadniałam, że miejsce to pomaga mi uporać się z własnym uczuciami, w tym celu było założone, żeby jakoś ułożyć ten nienajlepszy etap w życiu.

Emocje rządzą często moimi słowami. Tym niemniej zadziwia mnie szalenie prosty fakt: jest dużo prawdy w powiedzonkach ludowych. Takie: „uderz w stół a nożyczki się odezwą”… Jeśli jeszcze jedna osoba poczuje, że owa feralna notatka tyczy się ich osobiście to chyba padnę ze śmiechu, z zaskoczenia. Wszelkie wyrzuty sumienia, poczucie, że te słowa opisują ich i temu podobne sprawy są nie na miejscu, do nikogo nie piję, nikogo nie oskarżam. Czasem robię osobiste wycieczki, a jakże, tylko najczęściej do osób, które tutaj potencjalnie nie zaglądają. Nie robię wyrzutów czasem po prostu stwierdzam fakty, godzę się z rzeczywistością. A słowa? To taka prosta forma pozbycia się złych myśli. Jest dobrze, będzie lepiej.

Niestety tak to bywa z kogutkami, że zamiast gryźć się w język i pomyśleć, jeśli im coś leży na wątrobie to po prostu to powiedzą nie zastanawiając się nad konsekwencjami ani też nad tym, co poczuje druga osoba. Ta, najpierw działam potem myślę.

Ha! Powiem Wam, że po raz drugi podchodzę do pewnego tematu i dojść nie mogę, ciągle się gubię. Miało być refleksyjnie o prawdzie, którą odkryłam całkiem niedawno. Miały paść mądre słowa, wynikające z głębokiej analizy samej siebie. Wygląda jednak, że nie jestem aż tak wielką ekshibicjonistką jak myślałam. Śmieję się z samej siebie. Czegoś się nauczyłam, ciągle się uczę, wygląda na to, że czasem może to wiązać się z dużą dozą śmiechu z własnej osoby.

Hi hi, kto wie, gdzie będę za niecały rok?

No tak, wróciłem do domu bezpiecznie, choć nie dane mi było specjalnie nacieszyć się spokojem mieszkanka w Rumi. Minął ledwie tydzień, a już wygoniono mnie na drugi kraniec Polski. Tak więc teraz właśnie siedzę w lobby jednego z miejscowych kurortów i stukam w klawisze ze sporą szybkością, ponownie bowiem muszę płacić za internet. Nie jest co prawda tak źle jak w Kenii, ale nie zmienia to faktu, że w Krynicy Zdroju znalezienie kafejki internetowej graniczy z cudem.

No, ale w końcu znalazłem, więc klepię. Klepię w zasadzie to co powinienem był napisać już dawno temu, ale po powrocie do kraju tak się rozleniwiłem, że jakoś nie potrafiłem przymusić się do pisania.

Zresztą teraz też nie jestem pewien czy chce mi się pisać gigant notkę na temat wyprawy do Afryki, zwłaszcza, że spora część osób, która czytuje choć czasem tego bloga już wiele z tych opowieści słyszała a ja … cóż, nie będę kryć, jestem LENIEM :P

Jeśli komuś zależy, żebym zrobił ten opis, to proszę o komentarz, a zmobilizuję się i w końcu ją napiszę ;)

No, ale wracając do spraw bieżących. Od 3 do 23 grudnia jestem w uroczej miejscowości uzdrowiskowej – w Krynicy Zdroju. Z tym uroczym nie przesadzam ani trochę – to naprawdę ładne miasteczko położone niedaleko słowackiej granicy w Beskidzie Sądeckim. Nie ma tu może zbyt wiele atrakcji, ale jest jak spędzać czas, zwłaszcza jeśli ktoś lubi dużo spacerować. Co prawda byłoby o wiele fajniej gdyby jeszcze spadł śnieg, ale póki co nie ma na co narzekać.

No dobra, jest. Na turnusie poza mną są chyba tylko osoby po 50 co sprawia pewne problemy natury towarzyskiej, ale póki co radzę sobie z nimi dzielnie zabijając wieczory dużą ilością lektur. Póki co mam na koncie przeczytanych książek sześć, ale podejrzewam, że do końca turnusu ilość ta wzrośnie jeszcze co najmniej dwukrotnie.

Z drugiej strony większą część dnia zajmują mi zabiegi, co jest nie tylko korzystne, ale też … no, zajmuje czas :P Którego chyba po raz pierwszy w życiu mam naprawdę za dużo. Ja chcę do domu!

Ratunku.

Kfiatek