Czy to tak wypada, przymuszać do pisania? Czy to się godzi? Ale cóż zrobić, nie chcę, aby naszej drogiej pani Aislinn było smutno. Nie chcę być dla niej powodem do smutku. Jeśli chce, niech znajdzie inny, ale nie ja, o nie! Dlatego też, skoro rzekła iż notka ta wywoła u niej może nie „szaloną radość”, ale raczej „wielką radość”, piszę – mimo, że zostałam emocjonalnie zaszantażowana. Ale ja jestem emocjonalnie delikatna, i moja droga Aislinn to wykorzystała… Ech. No cóż.
Nie zmienia to jednak, niestety, faktu, że nie mam zielonego pojęcia o czym pisać! Aczkolwiek, Molu twierdzi, że mam o czym. Skąd on może to wiedzieć, skoro ja nie wiem? Jasnowidz jaki, czy ki diabeł?
Prawda, od ponad dwóch tygodni pracuję. A jakże, w archiwum! Praca jest częściowo umysłowa, częściowo fizyczna. I jest miło i przyjemnie. Co prawda nie dostanę za to wynagrodzenia, ale przecież… to praktyki studenckie! Obowiązkowe! Więc skoro to mój zakichany obowiązek odrobić swoje, to dlaczego mieliby mi za to płacić? Nie, bynajmniej się nie skarżę, bo naprawdę jest miło. Praca nie jest w gruncie rzeczy ciężka (chociaż niektóre paczki akt, i owszem), nie jest też szczególnie wyczerpująca umysłowo… (tylko jak to upchnąć na półkę, żeby się zmieściło?) Poza tym pracuję z naprawdę miłymi osobami, panią A. i panią M., panem K., oraz Asią z roku wyżej.
Pani A. i Asia mają (chyba na moje nieszczęście) wspólne zainteresowanie – góry. Nie, nie Bieszczady, w których miałam szczęście być. Zresztą, w Bieszczadach ledwie się wspięłam na Tarnicę! Ale to naprawdę nie była moja wina. Przecież to nienormalne iść w góry, kiedy w cieniu jest 30 stopni! Jednak, kiedy jest się w Bieszczadach, to chyba byłby wstyd nie zdobyć Tarnicy? Prawda? Chyba. Moje przygody z górami to ledwie: Barania Góra, Czantoria, Gubałówka (nie weszłam tam, wjechałam, tramwajem), no i Tarnica. Jak widać, nie ma się czym chwalić. Widziałam jeszcze Morskie Oko (znaczy, w II połowie kwietnia kilka lat temu to był Białe Oko, albo Lodowe, a także Dolinę Kościeliską). Zdecydowanie nie mam się czym pochwalić… A przecież do Beskidu Śląskiego mam rzut beretem! I co z tego? Nic.
Ale o czym to ja? Ach, więc pani A. i Asia (jeśli akurat pani A., która chyba jest głównodowodzącą, zaraz po dyrektorze prof. d. hab. A.B., pracuje z nami) często i gęsto rozmawiają o górach. Nie, żeby mi to bardzo przeszkadzało, po prostu robię w tym czasie to, co do mnie należy… Tylko, że trochę się głupio czuję, bo nie mam nic do powiedzenia. Nie podróżuję na Południe. Nie przepadam za górami, tzn. nie to by nie były piękne, bo są! Tylko dlaczego są one takie wysokie…? I czemu, paradoksalnie, mam bliżej nad Morze? (Akurat w tym wypadku doskonale wiem, czemu!)
Za to wiele się nasłuchałam o górach, o górskich szlakach, które są wygodne, które są trudne i wymagające… od której strony najlepiej „zaatakować” jaką górę. Tylko wiecie, co? Naprawdę niewiele z tego zapamiętałam, znaczy jeśli chodzi o nazwy gór i połonin, oraz miejscowości… Nasłuchałam się również o ludziach, którzy w góry chodzą… (właściwie to o tych ludziach, co nie powinni chodzić po górach, ponieważ:) Z tych opowieści wynika, że owi ludzie czasem, zdaje się nie do końca wiedzą, po co poszli w góry. Naprawdę – jeśli ktoś się chce lansować niech idzie na miasto, góry chyba nie są do tego najlepszym miejscem. Nawet ja, taki nie-górołaz, wielbiciel pojezierskich jezior i lasów wszelakich, jak ja to wie! A naprawdę, jak już rzekłam, nie byłam w górach gościem częstym.
Najgorsze, chociaż bardzo miłe, ze strony pani A. oraz Asi jest fakt, że mnie namawiają, abym wybrała się w góry… albo chociaż na spacer po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, albo przynajmniej żebym pospacerowała po Krakowie, Pszczynie, czy jakimkolwiek innym urokliwym mieście w najbliższej okolicy. To naprawdę bardzo miłe z ich strony, że się mną interesują i chcą bym zobaczyła, to i owo. Tylko… ja nie potrafię spacerować samej… Albo po prostu nie chcę. Albo to kolejna wymówka. Jak kto woli, tak niech to odbiera. Chociaż, może kiedyś się wybiorę…? Któż to wie. Póki co, to ja nie (ależ mi się zrymowało. Rymy boskie, częstochowskie! – wybacz, moja droga Aislinn)
Ale ostatnio wybrałam się do knajpy w centrum razem z moją kumpelą. Czy to też się liczy do spacerowania? Nawet jeśli spacerem dopiero było przejście od knajpy na przystanek przy placu, gdzie stoi Korfanty? I, dlaczego Molu zabronił mi tam ponownie pójść (do owej knajpy, a nie na ten przystanek, oczywiście)? (hihi) No cóż, o to już sami go zapytajcie…
I teraz się mogę tylko zastanawiać, czy ja naprawdę nie miałam o czym mówić, czy ta opowieść to tylko wynik „kobiecej wylewność” (pot. gadatliwości)? A może to, o czym mówiłam wcześniej, to najzwyklejsza w świecie wymówka? Wolę nie odpowiadać na powyższe pytania, bo jeszcze kiedyś moja droga Aislinn wykorzysta ją przeciwko mnie.
ps: Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Gdzie zgubiliśmy administratora?