Życie nastawia na ludzi nieziemsko trudne pułapki. To fakt znany wszystkim nie od dziś. Dlatego też ja, jako przezorna i odpowiedzialna [hihihi] osoba postanowiłam się na niespodzianki losu przygotować.  Ponieważ wyjeżdżam do miasta, w którym nie jestem w stanie trafić nawet do…, hm co tu ukrywać nigdzie. Znając moje możliwości zgubienia się po zrobieniu jednego kroku postanowiłam się zaopatrzyć w mapę.

Przeklęte narzędzie szatana.

A więc [tak, tak znam zasady a więc, ale powtórzę raz jeszcze]: a więc kupiłam mapę. Idąc ze sklepu dałam się ponieść niecierpliwości i w te pędy rozkładam mapę. Czy już wspominałam czyje to narzędzie?

Nie jest ze mną źle, myślę sobie popadają w lekką dumę, wiem jak znaleźć ulicę, na którą chcę trafić. Palcem po spisie i szukam, w którym kwadracie znajduje się szukane przeze mnie miejsce. Jest.

I własnym oczom nie wierzę. Kurcze, to już gadu-gadu reklamuje się na mapach? Ale zgłupieli?! Nie wydrukowali całego numeru, przecież nie istnieje numer składający się z dwóch liter!

gg13

Coś się kończy…*

Chyba nie da się tego uniknąć. Normalna kolej rzeczy, przychodzi czas, kiedy nawet to, co najlepsze i najprzyjemniejsze dobiega końca. Mimo naszych protestów i niechęci. Niektórych rzeczy nie da się powstrzymać. Są sprawy nieuchronne, na które głupi człowiek nie ma wpływu. Można tylko zacisnąć zęby i iść dalej.

Czasem koniec dotyka tych najbardziej osobistych części duszy, że nawet nie ma się siły i ochoty dzielić się swoim własnym bólem, poczuciem bezradności i niesprawiedliwości.

Mam nadzieję, że i to, jeśli te uczucia nie skończą się, to chociaż zostaną przytłumione przez czas.

W tym roku tyle rzeczy dobiega końca, że nie mogę się nadziwić, skąd, dlaczego, w jaki sposób, po prostu: jak to się mogło stać? Jutro zmuszona jestem iść pożegnać się z miejscem, o którym myślałam, że będzie trwało wiecznie. Miejsce, z którym związałam się przez wiele lat. Wiele miłych i złych chwil odchodzi w zapomnienie.

Nieodwracalnie odchodzi w zapomnienie mit o przyjaźni. Bolesne. Cholera, bardzo bolesne. Nawet nie wiem, kiedy zaczął się koniec, wiem, że trwa, ale nie mam pojęcia, co zrobiłam źle. Po prostu cholera. W tej sferze wykazuję się olbrzymią naiwnością.

A jednak, coś się zaczyna…*

Wiem, że niektóre sprawy by mogły zaistnieć, coś się musi skończyć. Godzę się z tą świadomością. I prawdę powiedziawszy nie przeraża mnie to wszystko, co za mną, a tylko to, co przede mną. Jestem cała struchlała na myśl, że coś może pójść nie tak, że coś potoczy się inaczej, niż tego bym chciała, że zawiodę innych i samą siebie. Zwyczajnie tchórzę.
Jedno mi tylko w głowie, ale tak jak z olbrzymim smutkiem, tak i z podekscytowaniem nowymi wydarzeniami nie chcę się dzielić.
Boję się. Przez dwa lata nauki zdecydowania i wiary w siebie znajdują się we mnie olbrzymie pokłady niepewności, niedowierzania i nie ufania samej sobie.

Oby nie zapeszyć.

*Powinno brzmieć znajomo…

Praktyki się skończyły, więc oczywiście musiano mi znaleźć jakieś zajęcie! Och, nie żeby nie było to planowane od długiego czasu! Właściwie to męczono mnie tym planem od początku wakacji, a może nawet i wcześniej. Nic dziwnego, naprawdę jest temu miejscu potrzebny powiew świeżości! O tak. Ileż można patrzeć na te same ściany? Ile to lat, dziesięć? dwanaście? Najwyższy czas na zmiany. Tylko czemu, żeby nieco zmienić w otoczeniu potrzeba do tego naprawdę dużego nakładu pracy? Tak, narzekam! Dlaczego? Bo właśnie zaczęłam remont we własnym pokoju.

Ale naprawdę się zawzięłam. Mam zamiar wyremontować pokój SAMA. No, może z niewielką pomocą. Mama zaprzęgnie brata do malowania sufitu, ojciec mi truł, że pomaluje ścianę okienną. Ależ proszę bardzo! Niech malują. Ale tapety będę kładła JA! No, z drobną pomocą Mamy i brata, w końcu ktoś będzie musiał trzymać drabinę, żeby się nie gibła. Bo jak się gibnie, to ja wyląduję na zolu. Głupio byłoby się połamać przy tak prostej czynności… Ha, pewnie nie jest tak prosta, jak mi się wydaje, ale to się jeszcze okaże. Dobra, wcale mi się nie uda przeprowadzić remontu zupełnie samej. Życie. Pech i w ogóle.

Mam już za sobą pierwsze trzy dni remontu. Nawet nie wiecie ile można zmieścić rzeczy w jednym, niedużym pokoju. Właściwie nie tyle rzeczy – co książek! W życiu nie spodziewałam się, że mam aż tyle papierowych produktów. Powieści dla dzieci, literatura poważna, fantastyka, książki o filozofii, słowniki, encyklopedie, podręczniki akademickie, nawet jeden kryminał i inna beletrystyka, atlasy, no co tylko dusza zapragnie! Do wyboru, do koloru. I oczywiście całą masę notatek z trzech lat studiów. Z drugiej strony, wszystkie moje rzeczy (nie licząc ubrań) zmieściły się pod i na stole w salonie. Czyli chyba jednak niedużo tego… Relatywnie.

Teraz mam tak dziwnie pusto w pokoju. I wiecie, co? Ściany w mym pokoju były niegdyś… różowe! Aczkolwiek teraz wyglądają nieco pomarańczowo, ponieważ taki odcień dał klej do tapet. Ale, tak czy siak, pusto tam. Swoją drogą to mam już pomalowany sufit i ścianę okienną. Ładnie, są ślicznie białe. Jako, że jutro jest niedziela, to w takim wypadku dopiero w poniedziałek będziemy kontynuować pracę. Znaczy przejdziemy do głównego punktu programu – tapetowania. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak to będzie wyglądać, kiedy już skończymy z tym bajzlem.

Ach, i wiecie, co? Od wczoraj znów mam wakacje! Genialnie. Tym bardziej nie mogę się doczekać końca remontu, bo wtedy zapewne znów wsiądę w pociąg i pojadę na Północ.

ps. Dodałam kolejny wpis do „Historii (nad)zwyczajnych”, jeśli oczywiście kogokolwiek to interesuje. Przyjemnej lektury.

No i stało się. Na dobre czy na złe, ale przeprowadzam się.  Mieszkanie zaklepane, możliwości ocenione, teoretycznie wszystko bardzo pozytywnie.  Zwłaszcza mieszkanie jest pozytywne. Zresztą to akurat mało powiedziane. Mieszkanie jest ZAJEBISTE i w zasadzie od chwili, gdy do niego wszedłem czułem, że to jest to.  Dość mieszkania w małej dziurze, praktycznie bez kuchni i wygody. Czas pożyć troszkę lepiej :)

Nie każdy może się ze mną zgodzić (a na pewno znam jedną osobę, która czytając te słowa na pewno jakoś je skomentuje), ale ja jestem zadowolony. Ba. niemalże szczęśliwy. Prawdą bowiem jest, że znaleźć mieszkanie w takim standardzie po takiej cenie to naprawdę jest mały cud :)

Ach, nie mogę się już doczekać przeprowadzi i marudzenia mojej nowej współlokatorki :P

Kfiatek :)

Lato się kończy – czy nam to się podoba czy nie, dni powolutku stają się coraz krótsze, a poranki chłodniejsze. Prawda jest taka, że ani się obejrzymy, a po lecie pozostaną tylko wspomnienia, zdjęcia i opowieści. Jakie było moje tegoroczne lato? Mogę na to pytanie odpowiedzieć śmiało, bowiem nie planuję już tak na prawdę nic. Poza oczywiście pracą, pracą i, niespodzianka, pracą. Ale jestem zadowolony. Zobaczyłem trochę, zrobiłem masę zdjęć, z których nieliczne uważam za naprawdę bardzo dobre (czego niestety potwierdzić nie chce szersza publika :P), sporo czasu spędziłem ze znajomymi no i poznałem znów trochę osób. Z minusów? Cóż, jestem niestety absolutnie bez pieniędzy, nie było wyjazdu w Bieszczady i wciąż wisi nade mną pewne niezałatwiona sprawa.

Generalnie na plus.

Żeby nie było za różowo, to miałem ostatnio swój pierwszy wypadek samochodowy. Niby nic tak naprawdę poważnego, ale na jakiś czas przesiadło mnie to zdarzenie komunikacyjne do auta zastępczego, zaś moje stoi na warsztacie, a ja miałem masę papierkowej roboty. I, jak zawsze w tym kraju, wszystkie procedury są skomplikowane, czasochłonne i dla prostego człowieka całkowicie niejasne :P

Co do autka zastępczego – Fiat Panda może i nie powala na kolana, ale ma jedną niewątpliwą zaletę – JEŹDZI :P O tym jak przekonaliśmy się dzisiaj na trzyosobowej wycieczce do Fromborka i Lidzbarka Warmińskiego. Miejsca godne polecenia i choć z pewnością nie są tak olśniewające jak Malbork, to jednak mają swoje uroki – zwłaszcza zwiedzane w odpowiednio wesołym towarzystwie :)

Dla osób, które chcą zobaczyć moje pamiątki z tego i innych wyjazdów dodaję link do mojej galerii na DeviantArcie :P

TONOMARU

Choć same zdjęcia pewnie pojawią się dopiero w weekend lub nawet po, bowiem mam ich DUŻO i trzeba się najpierw zdecydować co wrzucić :)

Pozdrawiam

Kfiatek

Ps. Administrator? To on istnieje? :P

Czy to tak wypada, przymuszać do pisania? Czy to się godzi? Ale cóż zrobić, nie chcę, aby naszej drogiej pani Aislinn było smutno. Nie chcę być dla niej powodem do smutku. Jeśli chce, niech znajdzie inny, ale nie ja, o nie! Dlatego też, skoro rzekła iż notka ta wywoła u niej może nie „szaloną radość”, ale raczej „wielką radość”, piszę – mimo, że zostałam emocjonalnie zaszantażowana. Ale ja jestem emocjonalnie delikatna, i moja droga Aislinn to wykorzystała… Ech. No cóż.

Nie zmienia to jednak, niestety, faktu, że nie mam zielonego pojęcia o czym pisać! Aczkolwiek, Molu twierdzi, że mam o czym. Skąd on może to wiedzieć, skoro ja nie wiem? Jasnowidz jaki, czy ki diabeł?

Prawda, od ponad dwóch tygodni pracuję. A jakże, w archiwum! Praca jest częściowo umysłowa, częściowo fizyczna. I jest miło i przyjemnie. Co prawda nie dostanę za to wynagrodzenia, ale przecież… to praktyki studenckie! Obowiązkowe! Więc skoro to mój zakichany obowiązek odrobić swoje, to dlaczego mieliby mi za to płacić? Nie, bynajmniej się nie skarżę, bo naprawdę jest miło. Praca nie jest w gruncie rzeczy ciężka (chociaż niektóre paczki akt, i owszem), nie jest też szczególnie wyczerpująca umysłowo… (tylko jak to upchnąć na półkę, żeby się zmieściło?) Poza tym pracuję z naprawdę miłymi osobami, panią A. i panią M., panem K., oraz Asią z roku wyżej.

Pani A. i Asia mają (chyba na moje nieszczęście) wspólne zainteresowanie – góry. Nie, nie Bieszczady, w których miałam szczęście być. Zresztą, w Bieszczadach ledwie się wspięłam na Tarnicę! Ale to naprawdę nie była moja wina. Przecież to nienormalne iść w góry, kiedy w cieniu jest 30 stopni! Jednak, kiedy jest się w Bieszczadach, to chyba byłby wstyd nie zdobyć Tarnicy? Prawda? Chyba. Moje przygody z górami to ledwie: Barania Góra, Czantoria, Gubałówka (nie weszłam tam, wjechałam, tramwajem), no i Tarnica. Jak widać, nie ma się czym chwalić. Widziałam jeszcze Morskie Oko (znaczy, w II połowie kwietnia kilka lat temu to był Białe Oko, albo Lodowe, a także Dolinę Kościeliską). Zdecydowanie nie mam się czym pochwalić… A przecież do Beskidu Śląskiego mam rzut beretem! I co z tego? Nic.

Ale o czym to ja? Ach, więc pani A. i Asia (jeśli akurat pani A., która chyba jest głównodowodzącą, zaraz po dyrektorze prof. d. hab. A.B., pracuje z nami) często i gęsto rozmawiają o górach. Nie, żeby mi to bardzo przeszkadzało, po prostu robię w tym czasie to, co do mnie należy… Tylko, że trochę się głupio czuję, bo nie mam nic do powiedzenia. Nie podróżuję na Południe. Nie przepadam za górami, tzn. nie to by nie były piękne, bo są! Tylko dlaczego są one takie wysokie…? I czemu, paradoksalnie, mam bliżej nad Morze? (Akurat w tym wypadku doskonale wiem, czemu!)

Za to wiele się nasłuchałam o górach, o górskich szlakach, które są wygodne, które są trudne i wymagające… od której strony najlepiej „zaatakować” jaką górę. Tylko wiecie, co? Naprawdę niewiele z tego zapamiętałam, znaczy jeśli chodzi o nazwy gór i połonin, oraz miejscowości… Nasłuchałam się również o ludziach, którzy w góry chodzą… (właściwie to o tych ludziach, co nie powinni chodzić po górach, ponieważ:) Z tych opowieści wynika, że owi ludzie czasem, zdaje się nie do końca wiedzą, po co poszli w góry. Naprawdę – jeśli ktoś się chce lansować niech idzie na miasto, góry chyba nie są do tego najlepszym miejscem. Nawet ja, taki nie-górołaz, wielbiciel pojezierskich jezior i lasów wszelakich, jak ja to wie! A naprawdę, jak już rzekłam, nie byłam w górach gościem częstym.

Najgorsze, chociaż bardzo miłe, ze strony pani A. oraz Asi jest fakt, że mnie namawiają, abym wybrała się w góry… albo chociaż na spacer po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, albo przynajmniej żebym pospacerowała po Krakowie, Pszczynie, czy jakimkolwiek innym urokliwym mieście w najbliższej okolicy. To naprawdę bardzo miłe z ich strony, że się mną interesują i chcą bym zobaczyła, to i owo.  Tylko… ja nie potrafię spacerować samej… Albo po prostu nie chcę. Albo to kolejna wymówka. Jak kto woli, tak niech to odbiera. Chociaż, może kiedyś się wybiorę…? Któż to wie. Póki co, to ja nie (ależ mi się zrymowało. Rymy boskie, częstochowskie! – wybacz, moja droga Aislinn)

Ale ostatnio wybrałam się do knajpy w centrum razem z moją kumpelą. Czy to też się liczy do spacerowania?  Nawet jeśli spacerem dopiero było przejście od knajpy na przystanek przy placu, gdzie stoi Korfanty? I, dlaczego Molu zabronił mi tam ponownie pójść (do owej knajpy, a nie na ten przystanek, oczywiście)? (hihi) No cóż, o to już sami go zapytajcie…

I teraz się mogę tylko zastanawiać, czy ja naprawdę nie miałam o czym mówić, czy ta opowieść to tylko wynik „kobiecej wylewność” (pot. gadatliwości)? A może to, o czym mówiłam wcześniej, to najzwyklejsza w świecie wymówka? Wolę nie odpowiadać na powyższe pytania, bo jeszcze kiedyś moja droga Aislinn wykorzysta ją przeciwko mnie.

ps: Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Gdzie zgubiliśmy administratora?

Kiedy byłam małym dzieckiem długie letnie dni wakacji niezmiernie mi się dłużyły. Wynajdywałam więc wraz z moim najlepszym przyjacielem świetne zabawy. Po jednej z nich tyłek spuchł nam niesamowicie, gdy rodzice dowiedzieli się o naszych zabawach w lekarza. Czy to jednak nasza wina, że wyrzucili stare lekarstwa naszych dziadków o tak po prostu za dom? Dzięki grubemu skórzanemu paskowi właśnie wtedy porzuciłam myśli o świetlanej przyszłości w zawodzie lekarza.
Oczywiście jak każde dzieci bawiliśmy się w dom. Z dumą przyznam, że takich kotletów mielonych jak ja nie robi nikt do tej pory. Sekretem jest świeże błotko zrobione z najlepszej gatunkowo ziemi oraz krystalicznie czystej studziennej wodzie, ale o tym sza.
Ponieważ jednak zawsze byłam zdecydowaną małą kobietką, wiedziałam, że życie kobiety nie kończy się tylko na mężu, dzieciach, gotowaniu obiadków oraz proszonych herbatkach.
Gdy nasze „małżeństwo”: umarło śmiercią naturalną, to znaczy okrutni rodzice zabrali mnie od dziadków ze wsi do babci w mieście oczywistością stało się, że muszę sobie znaleźć jakieś pocieszenie. Smutna i samotna wśród ogrodowej zieleni znalazłam swoje przeznaczenie. Właśnie w tamtej pamiętnej chwili postanowiłam założyć hodowlę ślimaków. Konsekwentnie zbierałam wszystkie okoliczne ślimaki nie pomna bezpieczeństwa sałaty, pomidorów, buraków i innych warzy w babcinym ogródku. Zakładałam hodowlę!
Małe, duże, pospolite, oryginalne winniczki, wszystkie te ślimaki znalazły się wśród moich zainteresowań. Sprowadzanie do ogrodu dzięki olbrzymiemu wysiłkowi, zbadałam tyle ogródków działkowych i okolicznych dzikich sadów. Wszystkie ślimaki były moje. Jakim sposobem zdołały uciec z moich ręcznie robionych zagród to nie wiem i pewnie gnębiłabym się tym dalej, gdyby nie prosty fakt: dorosłam i dałam spokój ślimakom.
I co myślicie, że od tego momentu ślimaczkom wiodło się doskonale? Parę lat względnego spokoju, gdy pokolenia ślimaków zdążyły zapomnieć o fatum. Niby to prawda, do pewnego momentu, kiedy to w ogrodzie dziadka nie zaczęły urzędować wnuki. A ktoś nieopacznie powiedział im o tym, że niektórzy ludzie hodują ślimaki by później je sprzedać.
Hodowla ruszyła z niejakimi oporami, muszę przyznać. Dzieciaki nie były tak sprawne w wyszukiwaniu tych stworzeń, a może to ślimaki, gdy usłyszały podekscytowane głosy uciekły w panice? Nie uwierzycie jak szybko ślimak może uciekać z rąk dziecięcych. Zbiegi były kilkakrotnie wyłapywane i dostarczane powrotem do ich zagród, którym był stary ogrodowy stół. Fatum pamięta o ślimakach. A dzieci aż tak bardzo się nie nudzą obserwując, który ślimak szybciej „biegnie”, albo przeganiając się w wyszukiwaniu jak najmniejszego ślimaczka…

P.S. Tak na poważnie:

Chyba jestem troszkę zdenerwowana, widać to chyba po tym ile notatek wrzucam.
Tyle się dzieje, że nie ogarniam wszystkiego, jeśli jeszcze na kogoś nawrzeszczę lub będę chlipać w rękaw to przepraszam, nie chciałam.

P.S. 2 Tak mniej poważnie:

Zgubiliśmy administratora, wie ktoś, gdzie się schował?

Człowiek po sporej dawce alkoholu jest zupełnie innym człowiekiem niż normalnie. Puszczają pewne hamulce, przestaje zaprzątać sobie głowę konsekwencjami, czasem, tylko czasem, ale zdarza mu się być po prostu sobą.

Dlaczego o tym piszę? Cóż, wypiłem flaszkę wina i, jak by na to nie patrzeć, jestem zdeka wstawiony. Nie aż tak strasznie bardzo, ale na tyle, by mówić (pisać) rzeczy, o których normalnie bałbym się wspominać. Najbardziej ironicznym w całej tej sytuacji jest fakt, że nie mam z kim porozmawiać. Czyż to nie cudownie ironiczne? W związku z tym pisze tutaj, bo gdzieś muszę dać upust słowom gromadzącym się w mej głowie.

A co po niej krąży? Przede wszystkim przeprowadzka. Tak, będzie, prawdopodobnie z końcem miesiąca. Szukam właśnie nowego lokum a na liście miejsc, gdzie mam zadzwonić s zaledwie 53 różne mieszkania w różnych miejscach Trójmiasta i najrozmaitszych jego okolicach. Co z tego wyniknie? Niewątpliwie dowiecie się wkrótce.

A ta notka dobiegnie już końca, bo nie chce mi się pisać do kogoś, kto nie zadaje pytań a wszystko co piszę zbywa milczeniem.

Cóż, takie uroki pisania bloga :/

Arivederci

Kfiatek

Za oknem króluje lato, natomiast u mnie w domu zaczyna swój zapach rozsiewać jesień.
Przez kilka minionych dni, a przecież to dopiero początek, w domu królował zapach gryki, wszędzie szkliły się kryształki rzepaku, a moje kapcie, co krok wpadały w słodkie pułapki rozlane przez przypadek na podłodze.
Bursztynowy skarb został wywirowany i szybko zamknięty w szklanych słoiczkach. Teraz pół kuchni ozdabiają ciężkie naczynia, jeszcze tylko etykiety i będzie jak znalazł na zimę. Ja zaś pękam w szwach przejedzona słodyczami, dumna jak nie wiem co, gdy patrzę na efekty. Wiem, że za kilka dni tata znów przytacha ciężkie korpusy i cała zabawa zacznie się od nowa.

W między czasie jednak wykorzystałam przerwę i kilka wolnych półek w kuchni. Dziś w moim domu panuje zupełnie inny zapach. Nie ciężki od słodyczy, ale ostry, świeży i orzeźwiający. Koper, chrzan, czosnek… Aż ślinka cieknie!
Zaczyna się wielkie szykowanie, ten moment, w którym każdy myśli o zimie.
Lubię te chwile, czuć przyjemny zapach, widzieć co się dzieje w słoiczkach a na samym końcu smakować. W tym roku szaleję w kuchni, jak mawia moja rodzina, bo w zeszłym racjonowano mi moje własne przetwory. Wyobrażacie to sobie? Schowali mi słoiczki i powiedzieli: tego i tego słoiczek dostajesz raz w miesiącu. Prawie sobie włosy powyrywałam ze zgryzoty!
W tym roku muszę zrobić więcej wszystkiego, bo jak mówi moja rodzina: jak będzie wpadać Inkwizycja, to musi mieć, co ze sobą zabrać.
Szaleję i w sumie dobrze mi z tym.