czw 30 lip, 2009
We wtorek wcale nie chciałam wychodzić z domu. Nie było ku temu jakiegoś szczególnego powodu, po prostu nie miałam ochoty się nigdzie ruszać. Ale jednak wyszłam. Nie wyciągnęli mnie z niego siłą, o nie! Ale jednak dałam się namówić. W końcu obiecałam, że pojadę. Jakby na to nie patrzeć – dałam im słowo. I pojechaliśmy. SKMką, aż do Gdyni Głównej. Potem piechotą do Akwarium. Początek zapowiadał się nieźle. Obejrzymy rybki i po sprawie.
Na początku zaczęła nieco odrobinę psuć się pogoda. Cóż, bywa. Ale jak wejdziemy do Akwarium, to deszcz nam nie straszny! Potem zobaczyliśmy tłum przed wejściem. A następnie – ceny biletów. Obie obserwacje dały nam wiele do myślenia. Ani drożyzna, ani 300 metrowa kolejka nie mogła nas zachęcić do czekania na wejście. Jak później ktoś stwierdził – poszukajmy zoologicznego, tam też można oglądać rybki. Ano, można. Tylko co ze sobą zrobić, kiedy z nieba zaczyna padać, a Ty stoisz na nabrzeżu w Gdyni, a do domu daleko? Nie mieliśmy pomysłu, żadne z nas nie zna najlepiej tej okolicy. Gdyby nie padało, może byśmy przeszli się na ORP „Błyskawicę”, a może na „Dar Pomorza”? Kto wie. Ale padało.
„Planetarium 30 m”. Strzałka zdała się być dla nas objawieniem w czystej postaci. Planetarium! To jest dopiero coś! Muszę przyznać, że ostatnio w Planetarium byłam, kiedy uczęszczałam jeszcze do podstawówki, a więc już dość dawno temu, bo w minionym milenium! Nie dyskutując więc wiele, poszliśmy za strzałką. O mało co, a zrezygnowalibyśmy z wejścia do środka, gdyż kartka informowała nas, że ostatni seans tego dnia właśnie się rozpoczął. Ale liczba ludzi w hollu była dziwnie duża, więc postanowiliśmy to sprawdzić. Udało się! Załapaliśmy się na seans.
I tu zaczyna się horror. Horror pt. „Flesz w planetarium, czyli nieodkryty geniusz”. Prowadzący był bardzo miłym, wesołym panem w średnim wieku, który jeśli dobrze usłyszałam spędził ponad 30 lat w czynnej służbie na morzu. Opowiadał niezwykle interesująco i zabawnie o gwiazdach. A nawet charakteryzował znaki zodiaku. Po tym miałam dziwne wrażenie, że rodzice mnie okłamali, co do mojej daty urodzenia. Nic, co dotyczyło Byka do mnie nie pasowało! A poza tym był dramat… Wyobraźcie sobie „geniusza”, który pyta w połowie seansu – można robić zdjęcia? Prowadzący się zdziwił, co najmniej, ale powiedział – można, tylko proszę robić bez flesza, bo panu nie wyjdą. No i jeśli ma pan na tyle czuły aparat, oczywiście. Zwróćmy uwaę na słowa – „bez flesza”!
Problem w tym, że pytający chyba nie dosłyszał… W trakcie seansu zrobił, ze trzy zdjęcia. Chyba nie muszę dodawać, że Z fleszem? Kolega chciał mu zrobić krzywdę, zresztą chyba nie tylko nasz kolega… Też miałam na to ochotę. Ale niestety po chwili błysku było ciemno, więc nie mogliśmy stwierdzić w którym z uczestników objawił się TAKI geniusz! Ech… Horror. Naprawdę horror!
Swoją drogą, było też jeszcze coś w tym Planetarium interesującego. Kiedy pan prowadzący bardzo szybko przesuwał po niebie wszystko – poza niebem oczywiście – zdawało się niezwykle szybko poruszać. Cała sala wirowała, a niebo wciąż było nieruchome, chociaż było na odwrót. Ale umysł wiedział lepiej. I to było doprawdy piękne uczucie. Aczkolwiek niektórym mogła się burzyć w żołądku jego treść.
Po tej niezwykłej wizycie w Planetarium, gdzie odkryliśmy „prawdziwy geniusz”, wróciliśmy do Gdańska. Aby poprzechadzać się pomiędzy straganami – w mych stronach zwanymi sztandami – porozstawianymi na starówce z okazji Jarmarku św. Dominika. Szczęśliwie pogoda niedopisywała, więc ludzi było niewielu, to znaczy – wielu, ale na pewno mniej, niż gdyby słońce świeciło. Nabyłam jeden, drobny wachlarz. Jak za tę niewielką cenę jest naprawdę ładnie wykonany i całkiem gustowny. Podoba mi się. Może kiedyś zacznę kolekcjonować wachlarze? W końcu mam już całe dwa! Pierwszy otrzymałam od naszej drogiej Pani Aislinn.
Swoją drogą, kto na Jarmarku kupuje fotele do masażu? Pytanie jest dość poważne, ponieważ widzieliśmy podczas naszego spaceru jakoś tak ze cztery stoiska z tym tałatajstwem.
Tak czy siak, to mieliśmy całkiem ciekawy wtorek. Zakończony przyjemną i kulturalną konwersacją w towarzystwie trójniaka z jarzębiną.



