We wtorek wcale nie chciałam wychodzić z domu. Nie było ku temu jakiegoś szczególnego powodu, po prostu nie miałam ochoty się nigdzie ruszać. Ale jednak wyszłam. Nie wyciągnęli mnie z niego siłą, o nie! Ale jednak dałam się namówić.  W końcu obiecałam, że pojadę. Jakby na to nie patrzeć – dałam im słowo. I pojechaliśmy. SKMką, aż do Gdyni Głównej. Potem piechotą do Akwarium. Początek zapowiadał się nieźle. Obejrzymy rybki i po sprawie.

Na początku zaczęła nieco odrobinę psuć się pogoda. Cóż, bywa. Ale jak wejdziemy do Akwarium, to deszcz nam nie straszny! Potem zobaczyliśmy tłum przed wejściem. A następnie – ceny biletów. Obie obserwacje dały nam wiele do myślenia. Ani drożyzna, ani 300 metrowa kolejka nie mogła nas zachęcić do czekania na wejście. Jak później ktoś stwierdził – poszukajmy zoologicznego, tam też można oglądać rybki. Ano, można. Tylko co ze sobą zrobić, kiedy z nieba zaczyna padać, a Ty stoisz na nabrzeżu w Gdyni, a do domu daleko? Nie mieliśmy pomysłu, żadne z nas nie zna najlepiej tej okolicy. Gdyby nie padało, może byśmy przeszli się na ORP „Błyskawicę”, a może na „Dar Pomorza”? Kto wie. Ale padało.

„Planetarium 30 m”. Strzałka zdała się być dla nas objawieniem w czystej postaci. Planetarium! To jest dopiero coś! Muszę przyznać, że ostatnio w Planetarium byłam, kiedy uczęszczałam jeszcze do podstawówki, a więc już dość dawno temu, bo w minionym milenium! Nie dyskutując więc wiele, poszliśmy za strzałką. O mało co, a zrezygnowalibyśmy z wejścia do środka, gdyż kartka informowała nas, że ostatni seans tego dnia właśnie się rozpoczął. Ale liczba ludzi w hollu była dziwnie duża, więc postanowiliśmy to sprawdzić. Udało się! Załapaliśmy się na seans.

I tu zaczyna się horror. Horror pt. „Flesz w planetarium, czyli nieodkryty geniusz”. Prowadzący był bardzo miłym, wesołym panem w średnim wieku, który jeśli dobrze usłyszałam spędził ponad 30 lat w czynnej służbie na morzu. Opowiadał niezwykle interesująco i zabawnie o gwiazdach. A nawet charakteryzował znaki zodiaku. Po tym miałam dziwne wrażenie, że rodzice mnie okłamali, co do mojej daty urodzenia. Nic, co dotyczyło Byka do mnie nie pasowało! A poza tym był dramat… Wyobraźcie sobie „geniusza”, który pyta w połowie seansu – można robić zdjęcia? Prowadzący się zdziwił, co najmniej, ale powiedział – można, tylko proszę robić bez flesza, bo panu nie wyjdą. No i jeśli ma pan na tyle czuły aparat, oczywiście. Zwróćmy uwaę na słowa – „bez flesza”!
Problem w tym, że pytający chyba nie dosłyszał… W trakcie seansu zrobił, ze trzy zdjęcia. Chyba nie muszę dodawać, że Z fleszem? Kolega chciał mu zrobić krzywdę, zresztą chyba nie tylko nasz kolega… Też miałam na to ochotę. Ale niestety po chwili błysku było ciemno, więc nie mogliśmy stwierdzić w którym z uczestników objawił się TAKI geniusz! Ech… Horror. Naprawdę horror!

Swoją drogą, było też jeszcze coś w tym Planetarium interesującego. Kiedy pan prowadzący bardzo szybko przesuwał po niebie wszystko – poza niebem oczywiście – zdawało się niezwykle szybko poruszać. Cała sala wirowała, a niebo wciąż było nieruchome, chociaż było na odwrót. Ale umysł wiedział lepiej. I to było doprawdy piękne uczucie. Aczkolwiek niektórym mogła się burzyć w żołądku jego treść.

Po tej niezwykłej wizycie w Planetarium, gdzie odkryliśmy „prawdziwy geniusz”, wróciliśmy do Gdańska. Aby poprzechadzać się pomiędzy straganami – w mych stronach zwanymi sztandami – porozstawianymi na starówce z okazji Jarmarku św. Dominika. Szczęśliwie pogoda niedopisywała, więc ludzi było niewielu, to znaczy – wielu, ale na pewno mniej, niż gdyby słońce świeciło. Nabyłam jeden, drobny wachlarz. Jak za tę niewielką cenę jest naprawdę ładnie wykonany i całkiem gustowny. Podoba mi się. Może kiedyś zacznę kolekcjonować wachlarze? W końcu mam już całe dwa! Pierwszy otrzymałam od naszej drogiej Pani Aislinn.

Swoją drogą, kto na Jarmarku kupuje fotele do masażu? Pytanie jest dość poważne, ponieważ widzieliśmy podczas naszego spaceru jakoś tak ze cztery stoiska z tym tałatajstwem.

Tak czy siak, to mieliśmy całkiem ciekawy wtorek. Zakończony przyjemną i kulturalną konwersacją w towarzystwie trójniaka z jarzębiną.

Niedawno wraz ze znajomym wyskoczyłam spontanicznie do kina. Film przeciętny, nie powiem, widziałam lepsze, ale i gorsze. Nie jest to jednak wbrew pozorom notatka o kinie, bo o filmie jak najbardziej. Oglądając reklamy przed rozpoczęciem seansu doszłam do strasznych wniosków: mam zaległości filmowe takie, że aż strach! Czasowo jestem do tyłu [kurcze, ktoś mi wyciął z życiorysu kilka dni, a może nawet miesięcy], a kino niekoniecznie chce wspomóc mnie w akcie nadrabiania zaległości. Przez moment w głowie tej jakże chaotycznie dobrej duszyczki, czyli mnie jakby ktoś nie zgadł, pojawiła się myśl czy by nie odpalić jakiegoś ściągania i drogą niekoniecznie zgodną z prawem zdobyć najnowszego Star Trek’a, na szczęście mania prześladowcza mojego tatusia uniemożliwiła mi realizację moich niecnych planów. Może to i dobrze? Będę miała świetny prezent dla kochanego tatusia pod choinkę, w końcu on jest większym fanem. Dobrze. Pogodziłam się z tym i zapomniałam.

Popołudniu klapnęłam z rozmachem na kanapę po udanej świętej bitwie o pilota. Skacząc znudzona z kanału na kanał trafiłam na film, z powodu, którego ślinka mi się nagromadziła i wyjęczałam: tak bym chciała!
Tak bym chciała obejrzeć mój ukochany serial po raz kolejny i zobaczyć wszystkie inne filmy. Bo on ma też więcej filmów, które są wyświetlane w polskiej telewizji. Dziw nad dziwy. Stary, kochany Babylon ujrzał jeszcze raz światło dzienne. I narobił mi smaczku. Tak bym chciała… chociażby odzyskać wszystkie kasety z nagranymi odcinkami, tak bym chciała mieć na czym je obejrzeć. Gdyby niewspomniana już mania mojego taty już bym siedziała zanurzając się w odmęty sieci by móc jeszcze raz w ciszy i spokoju, a może by tak… Po cichu i po kryjomu…

Zaczynam kombinować, chociaż wiem, że sieć za tym starym serialem nie przepada.

I tak właśnie zaczyna się mój upadek, o zgrozo.

Dzień jak co dzień. Rozpoczął się sennie i bardzo leniwie, kiedy z łóżka zdarły mnie przeraźliwe okrzyki. Wyskoczyłam na podwórko szukać źródła strasznego cierpienia, ale nic nie znalazłam.
Niedługo potem mój tata przyszedł do domu z bardzo ważną wiadomością:
„Rodzina nam się powiększyła!”
Nie. Nie mam ani młodszego braciszka, ani siostrzyczki.
Za to do komórki wprowadziła się dzika, obca, ale nasza kotka. I okociła się dwa razy. I tak oto 9 obcych, ale naszych na czas określony, kotków opanowało podwóreczko.
Koty piszczą i miałczą przy najbliższej przeszkodzie, a pies dzielnie je pilnuje przez ogrodzenie nie mogąc się nadziwić skąd TO się wzięło i czym TO jest. Zakochany i skonfundowany wodzi spojrzeniem od jednego do drugiego kociaka zupełnie sobie nie uświadamiając, że wyrośnie z nich takie stworzenie jak ten duży czarny kocur, którego tak nie znosi.

i powiem Ci, ze niestety ale moge sie spotkac z Toba ale tylko w charakterze znajomej ^^”

Niech to zdanie mówi wszystko :(

Kfiatek

Wakacje, a może raczej lato, to bardzo demotywujący do pewnych działań okres. Zazwyczaj latem dużo się dzieje, człowiek mniej czasu spędza w domu i przed monitorem komputera. Przynajmniej teoretycznie.

Wobec mnie ta reguła nie ma niestety zastosowania. Zapewne w innych warunkach miałaby, ale nie w tej chwili. I budzi się we mnie tęsknota. Za zielonymi stokami, rwącymi potokami, upałem, zmęczeniem, zimnym piwem po trasie …

To jest właśnie bieszczadzki kac. Mam go każdego roku, gdy choć na tydzień nie wyjadę, by połazić po górach, pograć w erpegi i po prostu nie pobyć z ludźmi, których bardzo lubię i szanuję. To jest bieszczadzki kac, który w tym roku nie znajdzie ujścia.

Nie ma bata, za rok nie ma zmiłuj, choćbym miał jechać sam – pojadę. Ale, drodzy przyjaciele, chyba nie tylko ja odczuwam tego kaca?

Bo wyjazd bez Was nie smakowałby tak samo.

Kfiatek

W starym związku różnie bywa. Po jakimś czasie wkrada się nuda i coś zaczyna szeptać w duchu: „zobacz, tam, tam za rogiem jest coś lepszego. Wystarczy tylko, jeśli tam zajrzysz i sięgniesz po to”. Człowiek jest słaby. Zawsze ulegnie pokusie. I ja też uległam. Głupia, naiwna dziewczyna zapomniała o przestrogach, mówiących, biada temu, kto przysięgę naruszy, za życia biada i biada jego złej duszy. Zapomniałam o przysięgach wierności i wiecznej miłości. Bo przecież tam dalej musi być piękniej, w wodzie odbijają się inne promienie, fale igrają z pięknymi muszlami, a złoty piasek pyszni się kilometrami aż po horyzont. I wiecie co? Tak faktycznie jest.

Promyki jasnego słońca swawolą z chłodnymi falami. A woda nieprzerwanie wydaje się być zdziwiona ingerencją ludzi. Zaskoczona, ale też zniechęcona, bo jak to tak człowiek ośmielił się okiełznać dzikie ostoje?

I spotkała mnie kara.

Chociaż woda powinna być piękniejsza, słońce jaśniejsze, a piasek na plaży najpiękniejszy to jednak… Jednak czegoś brakło. Być może nigdzie nie było mewiego pióra, które by przykuło wzrok.

A kilometry złotego piasku nie skłaniały do zadania pytania czy to już koniec świata?

Być może jednak to chodzi o zmienność Bałtyku? O jego burzliwość nastrojów? Raz kusi promieniami słońca, a w następnej chwili grozi  deszczem.

Nie ma nic piękniejszego.

Nawet najkrótszy spacer potrafi stać się najpiękniejszy. Zaś ostatnio zaświtała mi dzika myśl w głowie. Następna osoba, którą uda mi się wyciągnąć na spacer może się ucieszyć, albo przerazić.
Kiedy ostatnio budowaliście zamki z piasku? Ja bardzo dawno temu.
*Pozwoliłam sobie wykorzystać kilka zdjęć. Autorstwa: Dominiki, Crkusa oraz mojego, gdy udało mi się ukraść skarb Kffiatka.

Hmm, ostatnio naszła mnie pewna myśl. Na swój sposób zabawna, na swój sposób załamująca.

Otóż wszyscy znają pewne powiedzenie:

„Gdy kobieta mówi nie, to myśli tak”

Chciałbym trochę rozwinąć tą tezę ^^

Stweirdzenie to jest najczęściej używane przez mężczyzn (jakoś nie słyszałem, żeby wiele kobiet go używało), co po dogłębnej analizie własnego ja doprowadziło mnie do następujących wniosków:

Gdy kobieta mówi: nie

to mężczyzna słyszy: tak, tylko jeszcze nie wiem że tak

A więc drogie Panie, unikajcie mówienia nie, szukajcie innych rozwiązań. I bądźcie cierpliwe :D

Kfiatek

Grając w pewną grę, która miała na celu pozwolenie poznania samego siebie, na pytanie: „jaką atrakcją z wesołego miasteczka byłaby ta osoba” usłyszałam „domem strachów”. Przyjęłam do wiadomości, myśląc sobie z cichą ulgą dobrze, że nie górska kolejka, przy moim lęku wysokości połączenie dość karkołomne…

Później w ciszy i spokoju przyszła refleksja, która mnie mocno zelektryzowała „przecież ja dobrowolnie sama nie wejdę do takiego pomieszczenia!”. Te wszystkie straszne strachy, które się tam czają w cieniu, ta mroczna mgła i dźwięki zardzewiałych łańcuchów. Jestem straszna? Przecież wcale nie.
Pocieszam się łagodnie, a już za rogiem następna myśl się czai: „aż takim kiczem wieje ode mnie?”. Te plastikowe figurki, mgła jak z kiepskiej klasy horroru i nastolatki wykrzykujące przekleństwa. Oj, zabolało.

Dlaczego akurat dom strachu? Nie mogła być miła karuzela ze słodko różowymi konikami? Albo samolocikami? Albo stoisko z watą cukrową? Albo…
Hm, kiedy ja byłam ostatnio w wesołym miasteczku?

Jest ktoś chętny, kto wjedzie ze mną do domu strachów?