Ludzkie słabości to bardzo ciekawy temat. Każdy ma swoje, każdy stara się je kryć. Największą siła jest uczynić ze swych słabości swą siłę. Czy to proste? Nie, ale możliwe. Jest mi co prawda bardzo daleko do osiągnięcia tego rodzaju oświecenia. Mam swoje słabości (o których niestety wiele osób wie aż nazbyt dobrze) i słabościami niestety pozostają. Mam też takie, które skrzętnie ukrywam (co bynajmniej nie znaczy, że nikt o nich nie wie) i do których na pewno się nie przyznam.

Co jednak wcale nie znaczy, że znikną, czy też staną się mniejsze. Cóż, jedną z moich słabości jest radość jaką daje mi robienie zdjęć. To nie słabość? Och, wszystko zależy od tego, z której strony obiektywu się znajdujecie, a o czym po raz kolejny dałem się przekonać moim najlepszym znajomym. Także o tym, ze zamiast dorośleć coraz bardziej chyba zmieniam się w szalonego nastolatka. A zaszaleć to ja potrafię. oj potrafię … i bynajmniej nie chodzi o alkohol.

Czasem zmusza mnie to do zastanowienie dokąd właściwie zmierza moje życie? Co chcę z nim zrobić? Smutnym jest, że nie potrafię znaleźć odpowiedzi na te pytania, ale wciąż jestem jeszcze młodym człowiekiem, prawda? Tylko jak długo można być tym młodym człowiekiem? Mając 24 lata nie potrafię w dalszym ciągu powiedzieć czym chcę się zajmować gdy „dorosnę”. Czyż to nie ironiczne? Cóż, to chyba przekleństwo możliwości zostania każdym, że w końcu zostajesz nikim, choć mam nadzieję, że jednak uda mi się tego losu uniknąć.

Może uda mi się uniknąć kilku innych scenariuszy, które rysuje przede mną wyobraźnia, ale jakoś w uniknięcie niektórych nie potrafię uwierzyć. Kto ma pożyczyć różowe okulary?

Kfiatek

Jak powiedziała jedna znana mi Pomniejsza Fortuna: „jesteś bardzo niechętnym mistrzem gry”. Rzadkie bywają chwile, gdy w tym samym czasie zbiegnie się pomysł na sesję, ochota na prowadzenie oraz chętni do gry gracze. Nie wiele jest ludzi, których jeszcze nie przeraziłam, mimo usilnych starań muszę przyznać. Nie dość, że sesje prowadzone przeze mnie są „pokręcone”, wymagają myślenia, to ja, jako MG, jestem człowiekiem leniwym, nie lubię za dużo mówić, pozwalam natomiast uzewnętrznić się [ale nie dosłownie!] graczom i ich postaciom.

Otóż jakiś czas temu nudząc się w truskawkach pomyślałam sobie: „co by było gdybym jakiejś postaci dała tatuaż?”. Miałam możliwość poszukania sobie odpowiedzi.

Co z tego wynikło?

Jedna z najprzyjemniejszych sesji, jakie miałam sposobność poprowadzić. Dwie noce, gdy mogłam się świetnie bawić przysłuchując się jak gracze kombinują, zakładają pułapki, knują, a postacie nabierają kolorytu, stając się nie tylko postaciami z całą masą liczb, ale także ludźmi z ich przywarami i zaletami. A do tego jeszcze, szczyt wszystkiego, mogłam słuchać, a wiele mówić nie musiałam. Jak dla mnie marzenie każdego mistrza gry.
Aż zacierałam w duchu łapki, gdy w tych rzadkich chwilach musiałam się ruszyć by w tajemnicy posłuchać pomysłów poszczególnych graczy, a jak się szczerzyłam, gdy słuchałam ich rozmów poza grą! Ach, sytuacja godna pozazdroszczenia.

Oczywiście świat nie jest szczęśliwą bajką, a w beczce miodu znaleźć się musi łyżka dziegciu. Na zakończenie jeden z graczy dodał: „Nie, ja nie lubię pani Mayumi”.
Zraniona zostałam okrutnie, wszak to jest jedna z moich ulubionych postaci urodzonych na sesji Crokusowej. I nie rozumiem jego stwierdzenia: „Nie no, dlaczego na moich sesjach rodzą się potwory?”. Przecież to taka miła i kochana postać. Może jednak jest ziarnko prawdy, może postać zbyt urosła w potęgę, jaką dają kontakty i odpowiednia wiedza? Zadając sobie takie pytania aż wpadłam w popłoch. Już wiem, jaka jest odpowiedź na pytanie: „co dalej z postacią”.

I aż się złapałam za głowę. Ja zwariowałam. Ja mam pomysł na kolejną sesję.
Prawie udało mi się wpaść w panikę. Przecież wyczerpałam limit prowadzonych sesji na kilka lat! Głupie pomysły mi się rodzą. Kiedy byłam na skraju szaleństwa ze strachu otrzeźwiła mnie jedna myśl: „Pomysł jest. Graczy nie ma.” Uff.

Ach, kochanie ty moje! Co ja zrobię byle by tylko cię złapać. Na ile poświęceń jestem gotowa. Chcesz krótkiej spódniczki? Ależ proszę bardzo. Pragniesz wysokich obcasów  i zalotnych uśmiechów? Już jestem gotowa je słać. I odchudzać się będę, i liczyć kalorie, makijaż zrobię i paznokcie sobie pomaluję… Co tylko zechcesz Kochanie ty moje. Pragniesz słodkiego wampa, a może wolisz nieśmiałą, wpatrzoną w ciebie pasterkę? I tym się stanę…

Czego kobieta nie zrobi by upolować tę swoją upragnioną połówkę? Jest gotowa użyć wszelkich możliwych podstępów, znanych od lat metod polowania przekazywanych przez dziesięciolecia przez kobiety, aby tylko osiągnąć jeden cel: zdobyć faceta.

Jest taka pewna siebie. Naiwnie sądzi, że ona się bawi, to ona przewodzi w tej zabawie  i wszystko jest zależne od niej.

Jestem piękna. Jestem cudowna. Moje słodkie ty Kochanie wymruczy i już u kolan ma tego jednego. Jutro zaś, ach gdy noc dobiegnie końca, znów będzie wolna i lekkim krokiem pójdzie szukać nowej zdobyczy.

I nie wiedzieć kiedy i w jaki sposób, tak po cichu, po latach słów: ‘Jestem sama i jest mi z tym dobrze. Ja się nie nadaje do bycie w związku’, nagle okazuje się, że to nie ona jest łowcą.

Tak mimochodem zamieszkuje wspólnie z… Nie, nie, nie! Przecież on mnie w ogóle nie pociąga! Zamieszkuje z mężczyzną, nie wyśnionym, nie wymarzonym, nie atletą żywcem z reklam męskich perfum wyciągniętym. A takim zwyczajnym facetem, co jak szykuje śniadanie to kuchnia wygląda jakby tornado tam szalało, jak śpi to rozkłada się na całym łóżku, zabiera całą kołdrę i chrapie! I niebieskie skarpetki wrzuci z białymi stanikami do pralki, a o północy wywlecze ją z łóżka by pochwalić się zdobyczą z wyprawy wędkarskiej. Właśnie dla niego kobieta rzuca niewygodne szpilki, codzienną miniówkę zamienia na seksowny fartuszek i uczy się gotować. Jak to się mogło stać? Myśli w duchu i mruczy: moje słodkie ty Kochanie

Ta samcza duma… Słuszna przecież. Upolował najpiękniejszą kobietę na świecie. I przynosi jej śniadania do łóżka, podwozi do pracy, troszczy się, myśli, hołubi…

Ale zaraz! Jajecznica? O 7 rano, gdy od samego zapachu masz ochotę pobiec do łazienki ? Proszę, bez przesady, ty moje Kochanie, nie musisz dzwonić i pytać czy jadłam coś w pracy! I po co te wybuchy zazdrości? Przecież to tylko ubranie, ja nie chcę nikogo uwodzić. A Michał? To tylko kolega!

I kota da się zagłaskać na śmierć. I ponownie można zadać sobie pytanie: jak to się mogło stać? On myśli o następnym kroku, o pierścionku i obrączce. Ona w panice: jak ja się z tego wyplączę.

Sama nie wiem, kto wygra pojedynek. Może pójdę na wesele? Może będę sączyć drinka pocieszająco psiocząc na cały męski ród? A może sama rzucę szpilki w kąt i odbiorę telefon?

Nie. Mnie samej jest dobrze. Nie, ja się nie nadaję do związków.

To był pechowo szczęśliwy dzień.  Dlaczego? Już tłumaczę. // To będzie wpis nieomal pamiętnikarski. Lojalnie uprzedzam //


Dzisiejszy egzamin ustny z Archiwoznawstwa zaczął się koło 10tej, zamiast o 9:30. Miałam wstać o szóstej, by się douczyć, ale uznałam, że lepiej się wyspać. Wstałam później. Autobus się spóźnił. A mimo to egzamin zaczął się z półgodzinnym poślizgiem. Do 11:15 doktor zdołał przepytać zaledwie sześć osób. Tj. dwa razy po trzy.


Zanim przyszła kolej na mnie (byłam w trzeciej trójce) – doktor musiał zrobić przerwę, ponieważ musiał iść na dyżur (który zwykle trwa do godziny 12:40, ale ten trwał dłużej). Poszłam zresztą do Jego gabinetu za nim, bo potrzebowałam umowę i skierowania na praktyki; o mały włos by się nie udało, ponieważ doktorowi drukarka nie chciała działać; ale na szczęście jedna z osób w gabinecie spostrzegła, że kabel od drukarki wala się po podłodze zamiast być podłączonym do komputera.

W ten oto magiczny sposób, po chwili oczekiwania, otrzymałam potrzebne dokumenty. Potem pobiegałam trochę po budynku, niemal jak w „Budynku, który czyni szalonym” – od parteru po trzecie piętro – oczywiście po schodach, oczywiście w szpilkach. Biegałam tak, żeby zdobyć pieczątkę instytutu, oraz podpis dyrektora archiwum UŚ, który na szczęście jest jednym z profesorów mego wydziału, ba! kierunku. A potem jeszcze musiałam pobiec po samą pieczątkę Archiwum. Profesora złapałam na dyżurze, chociaż niestety trzeba było chwilę na niego zaczekać w dusznym korytarzu. Szczęśliwie biuro Archiwum UŚ znajduje się niedaleko budynku WNS, ale potrzebnej osoby nie spotkałam w biurze, więc pechowo musiałam pobiec do innego miejsca, ale szczęśliwie spotkałam osobę, która wiedziała gdzie znajdę osobę, której potrzebowałam. Pieczątkę dostałam.

Oddałam doktorowi drugi egzemplarz umowy (po niecałej godzinie biegania w te i z powrotem; jeden egzemplarz i skierowanie zostawiłam u miłej pani w Archiwum) – doktor prawdziwie zdziwił się, że załatwiłam to tak szybko, i przy okazji pochwalił, mniej więcej tymi słowy: „no, to jest rzetelna firma!” A ja na to: „Owszem, ale po drodze zapomniałam czego uczyłam się na egzamin” ;) Tym – szczerym, bądź co bądź wyznaniem – doktor nie był specjalnie zachwycony, ale zanim dotarła do mnie jego odpowiedź, opuściłam jego gabinet… by ochłonąć przed wejściem na egzamin. Bo już nie po to by przejrzeć notatki!

Ale, tak czy siak – piętnaście minut później – miałam z owym doktorem egzamin. Zdałam na 4 i pół, ponieważ szczęśliwie trafiłam na beznadziejnie proste pytania, a chyba tylko ze zmęczenia straciłam tę połowę oceny, której brakło do piątki ;) Prawda, na jedno z tych pytań się nie douczyłam, ponieważ już mi się nie chciało czytać o archiwach podczas II Wojny Światowej. Ale jak wszyscy wiemy, działa takie prawo Murphiego (a jeśli nie ma takiego, to powinno być) – Jeśli się czegoś nie uczyłeś na egzamin, na pewno będziesz z tego pytany. No i masz ci los! Dostało mi się za swoje – pierwsze pytanie: Dzieje polskich Archiwów na ziemiach wcielonych do Rzeszy podczas II Wojny Światowej. Szczęśliwie jednak to takie pytanie, które można było wziąć na logikę i chłopski rozum… a właściwie – to po trzech semestrach przedmiotów ze specjalności mojej co nieco się o tym i owym już słyszało.

A potem miałam trudny powrót do domu, ponieważ – z centrum na moją dzielnicę można łatwo i przyjemnie dojechać jednym autobusem. Niestety… dzisiaj do domu jechałam z dwiema przesiadkami! Ponieważ w pierwszym autobusie który powinien był mnie zawieźć bezpośrednio do domu – „zagotowała się woda”, jak wyraził się kierowca. Właściwie kierowca powiedział „nie pojadę dalej, bo zagotowała mi się woda”. Cokolwiek to oznacza. Później – jako się rzekło, jechałam jeszcze dwoma… I w jednym miejscu musiałam się cofnąć w mojej podróży do domu, by móc pojechać do przodu. Trzy kroki do przodu, dwa kroki w tył, trzy do przodu… etc.

Co prawda pominęłabym nieszczęsne zdarzenie, kiedy siedząc na przystanku w oczekiwaniu na ów pierwszy autobus… jakiś gołąb perfidnie użył mojej torby jako toalety! Ale – na szczęście miałam tę torbę, więc że tak powiem… tylko ona ucierpiała, a nie moje kolano.

Padam z nóg. I cieszę się, że w tym semestrze nie mam już egzaminów, nie chciałabym znów zakładać szpilek :) Mimo tego, że obcasy właściwie są stabilne i nie nazbyt wysokie. I mogłabym powiedzieć, że był to niezwykle pouczający dzień. Nie liczyłam ile było pecha, a ile szczęścia w tym wszystkim, ponieważ pech i szczęście dzisiejszego dnia przeplatały się jak osnowa i wątek w tkaninie…

Mimo zmęczenia jednak z uśmiechem powiem: Całkiem barwna ta tkanina.

Oj, poniosły mnie nogi, poniosły daleko. Ziarno prawdy tkwi w przywoływanych we mnie słowach. Ledwo wróciłam a już w mojej głowie pojawia się nieśmiało pytanie ‘gdzie teraz?’.
Tęskniłam za Wami szalenie, ale może coś ciekawego znajdzie się za zakrętem? Teraz jednak wiem, że więcej się tak daleko nie wybiorę. Zbyt mocno tęskniłam.
Nie będę jednak pisać nic o tych kilku miesiącach. Jednak to miejsce nie jest tylko moje, nigdy nie wiadomo, kto może to przeczytać, a są osoby, na których mi zależy, których nie chcę przez przypadek zranić. Wiecie sami jak to jest ze słowami. Raz wypuszczone na wolność zaczynają żyć własnym życiem. Przestają być własnością autora i zaczynają się rządzić własnymi prawami. Już tyle czasu toczę bitwę ze słowami i ciągle ją przegrywam. Ach, słowa…
Czasem potrafią robić świetnego psikusa. Chyba nigdy nie zapomnę min Hiszpanów podczas rozmowy z Polkami. Niech wszyscy zapamiętają prostą prawdę: nigdy, ale to nigdy nie używać naszego polskiego ‘no’ gdy chcemy się na coś zgodzić podczas łamanej rozmowy polsko-hiszpańsko-angielsko-rumuńskiej. Polskie no znaczy tak, ale hiszpańskie wręcz odwrotnie. Wielkie, szeroko otwarte oczy ze zdziwienia, gdy pomocni Hiszpanie słyszeli przeczącą odpowiedź na świetną propozycję są warte zapamiętania.
Śmiesznych rozmów i wynikających z tego sytuacji było bez liku:
- Diego! Masz grabie?!
-Claro
Zaś później na pytanie po angielsku czy wie, o co chodzi radośnie odpowiadał, że nie.

Nie ważne jak, ważne żeby uzyskać złudzenie wspólnego porozumienia. Nie liczył się używany język ani też jego poprawność:
-Diego do you want coffee?
- Tak
- Con leche?
- No
Ano, wróciłam , jak już powiedziała kochana Pani Chaosu. Myślałam, że kiedy braknie na blogu kota, to myszy zaczną harcować, a tutaj co? Spektakl jednego aktora, cisza, spokój… Nikt nie broił, nie pisał stosami notatek, nie mam zaległości do czytania, tylko spamerzy dzielnie działali.

Oj, Kochane Myszki dobiorę się do waszej skóry. Niech no ja was tylko zobaczę! I wierzcie mi, to no jest bardzo polskie i bardzo groźne.

Tęskniłam za tym wszystkim, co mam w domu, ale im dłużej jestem tutaj tęsknię za tym, co było tam. Za słońcem, za radością, za śmiechem, ba, nawet za pracą. A przede wszystkim za ludźmi.

Tytuł moze nie na czasie, ale prawdę powiedziawszy maj w tym roku był jednym z brzydszych jakie pamiętam w swoim życiu. Jakoś tak przywykłem, że to jeden z najcieplejszych miesięcy w roku. Więc być moze dopiero teraz tak naprawdę się zaczyna? Może to wcale nie jest czerwiec a nasze kalendarze perfidnie kłamią?

Cóż, nic niestety na to nie wskazuje. Najwidoczniej to naprawdę jest już czerwiec. Czas ucieka tak szybko, że nie ma nawet sensu próbować go gonić. Czasem łapię się na tym, że przebywając z licealistami wcale już nie myślę jak oni. Czasem mnie śmieszą, czasem irytują, ale to już jest trochę inny gatunek człowieka. Albo to po prostu ja przekroczyłem pewną granicę. Granicę, za którą człowiek zaczyna myśleć jak swoi rodzice. Może to brzmieć głupio, ale zaczynam (na poważnie) zastanawiać się o jakimś własnym kącie i wielu innych rzeczach, którymi kiedyś nie zaprzątałem sobie głowy.

Trochę to dziwne, ale tego typu myśli zawsze mnie jakoś nachodzą gdy zbliżają się urodziny. Z roku na rok ;) Nie się chyba więc czym przejmować.

Pozdrawiam :P

Kfiatek

Woda przy odpowiedniej głębokości naprawdę jest niebieska. Cez jest niebezpieczny. A Faraday za młodu był gazeciarzem i introligatorem. Ja zaś słucham Uwertury z „Wilhelma Tella”, autorstwa Gioacchino Rossiniego. Niestety o Rossinim nic nie wiem, więc nie powiem.

Poza tym, to Pani Aislinn powróciła na macierzy łono i kazała mi pójść do roboty, znaczy napisać notkę, takoż piszę, chociaż powiedziałam jej jak łódzkie tkaczki Gierkowi – „nie!”. Nigdy nie twierdziłam, że zawsze jestem słowna. Ale notka ta będzie jak wystąpienie (z całym szacunkiem) pewnego kabareciarza. Może i ciekawe, ale nieruchawe.

Maj się skończył, bo tak to już bywa w życiu, że jak się coś zaczyna to czasem się i kończy. Rozpoczął się właśnie czerwiec; kiedyś pamiętałam od czego jest to słowo, ale już nie pamiętam. Zapewne wiecie, że język polski to jeden z niewielu języków europejskich, który zachował rodzime nazwy miesięcy i nie przejął się nazwami łacińskimi? Nawet Rosjanie nie mają już własnych z tego, co słyszałam. A czerwie, czy też – czerwce – to takie robaczki, z których robi się (robi się?! nie, raczej – robiło się) czerwony barwnik. Tak zaczyna się na ten temat artykuł w Wikipedii: „Czerwiec polski (Porphyrophora polonica) – gatunek owada z rzędu pluskwiaków.”

A za  – dokładnie miesiąc – w Gdyni będzie impreza, na którą czekałam trzy lata. I nie omieszkam się tam pojawić. Ba, te trzy lata temu naiwnie sądziłam, że to będzie pierwszy mój tak daleki wypad wakacyjny. Cóż, na szczęście się myliłam. Ale nie myliłam się w jednym, że pojadę do Pana Mola, by u niego pomieszkać w trakcie owej imprezy. I z tego się bardzo cieszę, jak i tego, że pierwszy raz w Trójmieście byłam ponad dwa lata temu. A potem jeszcze wielokrotnie…

Uwertura już dawno się skończyła, teraz grają mi „Where Do I Begin”, i śpiewa Francis Lai. Też całkiem intrygujący kawałek muzyki.