To był pechowo szczęśliwy dzień. Dlaczego? Już tłumaczę. // To będzie wpis nieomal pamiętnikarski. Lojalnie uprzedzam //
Dzisiejszy egzamin ustny z Archiwoznawstwa zaczął się koło 10tej, zamiast o 9:30. Miałam wstać o szóstej, by się douczyć, ale uznałam, że lepiej się wyspać. Wstałam później. Autobus się spóźnił. A mimo to egzamin zaczął się z półgodzinnym poślizgiem. Do 11:15 doktor zdołał przepytać zaledwie sześć osób. Tj. dwa razy po trzy.
Zanim przyszła kolej na mnie (byłam w trzeciej trójce) – doktor musiał zrobić przerwę, ponieważ musiał iść na dyżur (który zwykle trwa do godziny 12:40, ale ten trwał dłużej). Poszłam zresztą do Jego gabinetu za nim, bo potrzebowałam umowę i skierowania na praktyki; o mały włos by się nie udało, ponieważ doktorowi drukarka nie chciała działać; ale na szczęście jedna z osób w gabinecie spostrzegła, że kabel od drukarki wala się po podłodze zamiast być podłączonym do komputera.
W ten oto magiczny sposób, po chwili oczekiwania, otrzymałam potrzebne dokumenty. Potem pobiegałam trochę po budynku, niemal jak w „Budynku, który czyni szalonym” – od parteru po trzecie piętro – oczywiście po schodach, oczywiście w szpilkach. Biegałam tak, żeby zdobyć pieczątkę instytutu, oraz podpis dyrektora archiwum UŚ, który na szczęście jest jednym z profesorów mego wydziału, ba! kierunku. A potem jeszcze musiałam pobiec po samą pieczątkę Archiwum. Profesora złapałam na dyżurze, chociaż niestety trzeba było chwilę na niego zaczekać w dusznym korytarzu. Szczęśliwie biuro Archiwum UŚ znajduje się niedaleko budynku WNS, ale potrzebnej osoby nie spotkałam w biurze, więc pechowo musiałam pobiec do innego miejsca, ale szczęśliwie spotkałam osobę, która wiedziała gdzie znajdę osobę, której potrzebowałam. Pieczątkę dostałam.
Oddałam doktorowi drugi egzemplarz umowy (po niecałej godzinie biegania w te i z powrotem; jeden egzemplarz i skierowanie zostawiłam u miłej pani w Archiwum) – doktor prawdziwie zdziwił się, że załatwiłam to tak szybko, i przy okazji pochwalił, mniej więcej tymi słowy: „no, to jest rzetelna firma!” A ja na to: „Owszem, ale po drodze zapomniałam czego uczyłam się na egzamin” ;) Tym – szczerym, bądź co bądź wyznaniem – doktor nie był specjalnie zachwycony, ale zanim dotarła do mnie jego odpowiedź, opuściłam jego gabinet… by ochłonąć przed wejściem na egzamin. Bo już nie po to by przejrzeć notatki!
Ale, tak czy siak – piętnaście minut później – miałam z owym doktorem egzamin. Zdałam na 4 i pół, ponieważ szczęśliwie trafiłam na beznadziejnie proste pytania, a chyba tylko ze zmęczenia straciłam tę połowę oceny, której brakło do piątki ;) Prawda, na jedno z tych pytań się nie douczyłam, ponieważ już mi się nie chciało czytać o archiwach podczas II Wojny Światowej. Ale jak wszyscy wiemy, działa takie prawo Murphiego (a jeśli nie ma takiego, to powinno być) – Jeśli się czegoś nie uczyłeś na egzamin, na pewno będziesz z tego pytany. No i masz ci los! Dostało mi się za swoje – pierwsze pytanie: Dzieje polskich Archiwów na ziemiach wcielonych do Rzeszy podczas II Wojny Światowej. Szczęśliwie jednak to takie pytanie, które można było wziąć na logikę i chłopski rozum… a właściwie – to po trzech semestrach przedmiotów ze specjalności mojej co nieco się o tym i owym już słyszało.
A potem miałam trudny powrót do domu, ponieważ – z centrum na moją dzielnicę można łatwo i przyjemnie dojechać jednym autobusem. Niestety… dzisiaj do domu jechałam z dwiema przesiadkami! Ponieważ w pierwszym autobusie który powinien był mnie zawieźć bezpośrednio do domu – „zagotowała się woda”, jak wyraził się kierowca. Właściwie kierowca powiedział „nie pojadę dalej, bo zagotowała mi się woda”. Cokolwiek to oznacza. Później – jako się rzekło, jechałam jeszcze dwoma… I w jednym miejscu musiałam się cofnąć w mojej podróży do domu, by móc pojechać do przodu. Trzy kroki do przodu, dwa kroki w tył, trzy do przodu… etc.
Co prawda pominęłabym nieszczęsne zdarzenie, kiedy siedząc na przystanku w oczekiwaniu na ów pierwszy autobus… jakiś gołąb perfidnie użył mojej torby jako toalety! Ale – na szczęście miałam tę torbę, więc że tak powiem… tylko ona ucierpiała, a nie moje kolano.
Padam z nóg. I cieszę się, że w tym semestrze nie mam już egzaminów, nie chciałabym znów zakładać szpilek :) Mimo tego, że obcasy właściwie są stabilne i nie nazbyt wysokie. I mogłabym powiedzieć, że był to niezwykle pouczający dzień. Nie liczyłam ile było pecha, a ile szczęścia w tym wszystkim, ponieważ pech i szczęście dzisiejszego dnia przeplatały się jak osnowa i wątek w tkaninie…
Mimo zmęczenia jednak z uśmiechem powiem: Całkiem barwna ta tkanina.