Nie wiem, czy przypadkiem nie powinnam się przedstawić… Może nikt mnie już nie pamięta, bo tak dawno nic nie pisałam, że blog kolektywny stał się blogiem jednego aktora. Ogromne brawa dla Kfiatka! *wiwaty* Dzięki niemu jest ruch w tak zwanym interesie…

Pani Aislinn wyjechała i nie mam już komu wmawiać, że zaniedbuje bloga. Za to ostatnio to ja ciągle słyszę tę mantrę. Tak, zaniedbałam bloga… i wcale nie jest mi przykro z tego powodu. No, może ewentualnie – odrobinkę, ale tak tylko tyci-tyci. Nawet Pani Aislinn ze swego aktualnego miejsca pobytu przesłała mi wieści, że bloga zaniedbuję. Dlatego też, tę notkę dedykuję właśnie jej.

Pani Aislinn piszę tę notkę wyłącznie dlatego, że piszę to dla Ciebie. No, a teraz zacznę zanudzać… co byś wiedziała, co się dzisiaj u mnie działo. :)

Dzisiejszego dnia odbyła się uroczysta inauguracja XI Ogólnopolskiego Zjazdu Studentów Archiwistyki, gospodarzem imprezy jest oczywiście mój UŚmiechnięty (Uniwerek Śląski). Dostąpiłam zaszczytu bycia na owej inauguracji, która miała miejsce nie byle gdzie, ale w Marmurowej Sali Sejmu Śląskiego (obecnie odbywają się tam ważne i uroczyste obrady sejmiku, a budynek dawnego Sejmu mieści w sobie Urząd Wojewódzki). Marmurowa Sala, jak nazwa wskazuje jest zbudowana z marmuru, w większości białego, ale było też trochę rdzawo-czerwonego. Krzesła obite są ciemną, raczej brązową skórą. Generalnie sala jest urocza, a większa wersja – wzorowana na tej, znajduje się w Warszawie przy ulicy Wiejskiej.

Później odbył się bankiet dla uczestników tak pięknie rozpoczętej konferencji naukowej, oraz dla przybyłych na inaugurację studentów z UŚ (w tym mnie, dodam nieskromnie). Jak słusznie zauważył jeden z kolegów, od razu było widać, że to zjazd studentów… gdyż półmiski i talerze były opróżniane w zadziwiającym tempie z wszelkich frykasów, od koreczków poczynając do przepysznych ciast kończąc. Ze wstydem przyznam, że osobiście nie zostałam do końca, ponieważ pod Rektoratem odbywała się (być może konkurencyjna ;) ) impreza z okazji Festiwalu Nauki (dalej zwanej Dniami Otwartymi UŚ). Wymknęłam się więc z sali, gdzie odbywał się bankiet… i pełnym gracji (tak sądzę) krokiem, zeszłam ogromnymi, marmurowymi schodami po czerwonym dywanie do głównego holu Sejmu i… wyszłam. (Owszem, mogłam wyjść bocznym wejściem, ale… nie potrafiłam sobie odmówić tej przyjemności poczucia się kimś ważnym! och… bo nikt nie wie, czy będę miała szansę to powtórzyć, a zwłaszcza ja nie wiem. A i u mnie drzemie słodko od czasu do czasu pielęgnowana próżność, ale ciii… niech śpi)

Natomiast między WNSem, a Rektoratem odbywał się istny Jarmark, prawie Dominikański! Pełno ludzi, dużo przebierańców, dużo hałasu i straganów… Chemicy mnie zawiedli, ich stoisko było puste! Chyba wypili Eliksir Niewidzialności i po prostu sobie poszli, gdzie indziej. Natomiast SKH (Studenckie Koło Historyków) wg mnie wiodło prym, na środku ulicy rozłożyli się „Grecy”, tudzież „Rzymianie” na karimatach i kocach, popijali wino i jedli winogrona… ot, prawdziwe sympozjum! (sympozjum, oryginalnie w języku greckim znaczyło tyle, co „spotkanie ludzi pijących”) Była średniowieczna potańcówka, a dla tych, co lubią hulaszcze i pełne atrakcji życie – było nawet stanowisko z ekhm… historycznymi sposobami antykoncepcji jak np. wywar z jąder bobra, oko bawołu, czy pot wielbłąda (pierwszy z nich zapewne był skuteczny, ale sądzę, że dla bobrów). Była wczesnośredniowieczna wioska, był i znudzony husar z innym znudzonym szlachetką, którzy dla rozrywki ćwiczyli się w szabelce. Gdzieś w tłumie przemknął mi AKowiec, i jeden więzień… ach, ale ten to zdaje się nie był od historyków, tylko od psychologów sądowych, czy jakoś tak. A wszystkie te harce odbywały się pod egidą, studenckiego radia Egida, przynajmniej mieli scenę i pogrywali sobie czasem, na instrumentach w sensie.

Powiem coś jeszcze. Poczułam się mile połechtana, gdy jeden ze studentów, zapytał czy jestem z liceum… i zdawał się być zawiedziony, kiedy odpowiedziałam przecząco. Nie przyznałam się, co prawda, że studiuję na UŚ już od niemal trzech lat. hihi ;)

Pozdrowienia dla Pani Aislinn. Nie spal się tam, gdzie jesteś! I wracaj do nas cała i zdrowa, opalona i zadowolona :)

PS: „Masz w sumie 480 komentarzy, 38 zaakceptowanych, 442 spamy i 0 oczekuje na sprawdzenie.” Widać Spamom bardzo podoba się nasz blog. Dziękujemy wam, drogie Spamy.

Ostatnie dni obfitowały w wydarzenia. Dla odmiany były to głównie wydarzenia pozytywne, z domieszką komicznych :) Z tych pozytywnych na pewno zapiszę Lapra w Szczecinie i wszystko co z nim się wiązało (to był bardzo udany wyjazd), informację o tym, że moje prawko jest gotowe do odbioru oraz fakt, że doszedłem do porozumienia z ojcem w sprawie samochodu (a z nami to różnie bywa :P). Ale … i tak najdłużej w pamięci zostanie mi to komiczne.

Co takiego zrobiłem? Ano wracałem do domu. A że strona PKP tego dnia (tj. w niedzielę) jakoś dziwnie nie chciała działać, to czekała mnie wycieczka na dworzec, w celu dowiedzenia się, o której będę wracał do domu. A więc koleżanka podrzuciła mnie na dworzec, razem poszliśmy sprawdzić godzinę. Patrzę na wielką tablicę w hallu głównym, 14:54. Super, zwłaszcza, że było po 13. Więc pojechałem jeszcze na herbatkę do owej znajomej, by później przez jej małża być odwiezionym na dworzec. No i tu konsterna. Nie ma tego pociągu w rozkładzie jazdy! A potem oświecenie. Jest, ale w przyjazdach.

Morał z tej historii jest następujący.

Zbyt dużo radości źle wpływa na rozsadek XD

Pozdrawiam

Kfiatek :)

Ps. Bardzo chciałbym i tu podziękować Gosi i Pao za larpa. Dawno się tak dobrze nie bawiłem :) Ja kcem jeszcze raz!

Ten blog coraz bardziej zaczyna przypominać monolog … Ale skoro tu zaglądam, to coś napiszę, żeby nie było tak całkiem pusto :) Kto wie, może nawet ktoś poza mną to czyta? :P Może komuś się chce …

Tak czy owak, dość o samym blogu.

Co takiego stało się, że sprowokowało mnie do napisania notki? Otóż moje życie jest na zakręcie. Nie wiem jeszcze co jest za nim, ale podejrzewam, że choć raz jest to coś lepszego niż przed nim. A więc (tadadam) zdałem prawko, prawdopodobnie na dniach kupuję samochód i zaczynam całkowicie nowy rozdział życia. Coraz mniej młodzieńczy, coraz bardziej odpowiedzialny. Cóż, jak to bowiem jest z każdą wolnością także i ta niesie za sobą coraz większą odpowiedzialność. Odpowiedzialność teraz już nie tylko za siebie, ale także za tych co jadą z Tobą i innych uczestników ruchu. To jest duża zmiana, której wagi nie można niedoceniań.

Cóż, życzcie mi od teraz szerokiej drogi, gumowych drzew itd :)

Obym NIGDY tych życzeń nie potrzebował.

Kfiatek.

Mawiają, że życie jest sztuką kompromisu. Być może tak jest w istocie, ale czy odnosi się to każdej dziedziny naszego życia?

Codziennie podejmujemy wiele różnorakich decyzji. Trudniejszych, łatwiejszych, wspólnych, całkowicie indywidualnych. Różnych. Wiele z nich bazuje na kompromisie. Pomiędzy tym co dobre, a tym co wygodne. Pomiędzy tym, czego chcemy my, a czego chce ktoś inny. Wreszcie pomiędzy tym co wymarzone, a tym co realne.

Czy jest jednak jakaś granica kompromisu? Czy idąc na kompromis raz potrafimy później zejść z tej ścieżki?

Czemu o tym myślę?

Cóż, kompromis jest wygodny. Zazwyczaj zwalnia nas z poczucia winy i pomaga wyzbyć się wyrzutów sumienia. Ale zarazem … jedno ustępstwo automatycznie dopuszcza następne. Drobne nagięcie reguł pozostawia leciutko uchyloną furtkę, którą następnym razem uchylimy jeszcze bardziej.

Być może jest to opinia błędna (o ile opinia może być błędna), lecz czasem zastanawiam się, czy nie lepszy byłby bezkompromisowy styl życia. Gdzie istnieje tylko tak/nie, ale gdzie stanowisko może zostać zmienione pod wpływem racjonalnego rozumowania/argumentacji. Gdzie człowiek ZAWSZE pozostaje wierny swoim zasadom (co nie znaczy, że zasady te są niezmienne – wraz z naszym rozwojem będą się zmieniać – tak jak zmienia się nasz światopogląd). Czasem chciałbym wrócić do tego nastolatka, który pozostawał wierny swoim zasadom (choć były to wtedy głupie zasady), nie pozwalał sobie na żadne ustępstwa. Teraz jestem inny, być może wydoroślałem. Być może świat dorosłego człowieka nie może być opisany w kontrastujących ze sobą barwach …

Ale i tak zamierzam spróbować :)

A więc od dzisiaj … żadnych kompromisów.

Wish me luck

Kfiatek