„Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą” – któż nie zna tych słów? Jedno, krótkie zdanie, ale jakże wiele mówi nam o życiu. I o ludziach. I nie tylko. Jak łatwo bowiem stracić coś, co wydawało się być nie do utracenia, jak łatwo stracić część siebie, której wydawałoby się nie oddamy bez zażartej walki.

Cóż, dawno mnie tu nie było, długo nic nie pisałem. przepraszam za to i dodam tylko: mea culpa, mea maxima culpa. Nie zamierzam sie usprawiedliwiać, ani pisać o styczniu i lutym. Te miesiące na szczęście już za mną, marzec z kolei przyniósł tak wiele zmian, że dopiero teraz dochodzę do siebie. I wracam do siebie. Czasem jest to trudniejsze niż się wydaje. Wrócić do siebie. Czasem byle drobiazg powoduje, że tracimy kontakt z samym sobą, gubimy się w swoim życiu, niezdolni do zrozumienia swoich potrzeb i robiący coraz większe głupoty (droga Ais, gdy przeczytasz w końcu te słowa przyjmij moje najszczersze przeprosiny – już Ty wiesz za co). Szczęściem po każdej burzy kiedyś wychodzi słońce (choć patrząc za okno trudno mi to sobie wyobrazić – nic tylko śnieg i śnieg – a ponoć to już wiosna! oburzające :P).

Tak więc siedzę teraz sobie w domu, popijając zimne piwo, i pisząc tę notkę. Jak co dzień mam przy tym wrażenie, że jest coś, o czym zapomniałem i, niestety, najprawdopodobniej tak właśnie jest. Pamięć nie jest ostatnio moją silną stroną. A przynajmniej po pracy. Jak długo pracuję, to jakoś nie mam z nią najmniejszego problemu. A po pracy … bach i zapominam o całym świecie. Może to brzmieć zabawnie, ale jest to potencjalnie poważny problem.

Cóż, jestem chyba na prostej ścieżce do zostania pełnoprawnym pracoholikiem. Jakieś owacje?

No i wychodzi na to, że nawet pisać za bardzo o czym innym niż praca nie potrafię … prawdziwy dół. Ale o mojej pracy to już napiszę następnym razem.

A tak w didaskaliach … chyba trafiłem na nową panią serca mego. Szkoda tylko, że jak zwykle prawdopodobnie spełźnie na niczym. Choć nadzieja jest. Ale wszyscy wiemy jak to jest z nadzieją …

Pozdrawiam
Kfiatek

Trampki. Zdecydowanie potrzebuję trampek. Wiecie, takich zwyczajnych, wygodnych, wiązanych butów. Może skuszę się nawet na jakiś ekstra fason i wzór. Może będą różowe w trupie czaszki z kokardkami? Albo w szalone esy-floresy? A może szalony zielony z napisami w językach, których nie rozumiem? Może będę sprzedawać w ten sposób sajgonki? Albo wyznam komuś miłość? Być może skończy się na zwykłych biało – granatowych butach? Któż to wie? Fakt pozostaje faktem: już za parę dni wsiadam do autobusu, być może nawet czerwonego, i pojadę sobie.
Nigdy nie myślałam, że należę do grupy ludzi, którzy są w stanie rzucić wszystko i pojechać gdzieś, gdzie oczy poniosą. Jeszcze jestem w stanie zrobić sobie samej niespodziankę. Jednak coś się kryje za słowami J.R.R. Tolkiena:

Niebezpiecznie wychodzić za własny próg…

Trafisz na gościniec i jeżeli nie powstrzymasz

swoich nóg, ani się spostrzeżesz, kiedy cię poniosą

Jak już raz się spojrzy za własny pagórek ciekawość nie chce dać spokoju i ciągle zadaje pytania typu „a czy tam dalej jest tak samo?”. Uległam pokusie sprawdzenia, jaka jest odpowiedź.
Nie będzie mnie w domu na święta, nie zobaczę jak zakwitają moje najukochańsze kwiatki, pozostawiam za sobą ludzi, o których wiem, że są przyjaciółmi, nie będziemy świętować wspólnie urodzin. Pozostawiam tak wiele za sobą i z tego powodu jest mi smutno.

Ale jednocześnie jestem szczęśliwa, bo zobaczę, co ukrywa się za horyzontem, zobaczę morze [no, prawie morze], poznam nowych ludzi, będę miała masę zabawy i bólu w krzyżu.

Przez kilka miesięcy zapewne się nie zobaczymy. Nie będę nic pisać, nie będę zaglądać.

Już zaczynam tęsknić za Wami wszystkimi.