Jeszcze tylko dwa i pół roku i będę miała studia z głowy. „I dziesięć innych spraw na głowie”, jak mi dzisiaj rzekł znajomy doktor historii i pisarz. Niewątpliwie rację on ma, ale cóż… Jakby to powiedzieć? Trzeba mieć w życiu jakieś cele. („I posłuchali ojca synowie // każdy ma celę, na Mokotowie”) Do tych celów trzeba dążyć i je realizować. Tak, a takie studia to istna pięciolatka (zdaje się tylko jeden plan pięcioletni udało się w PRLu zrealizować, reszty już nie ten teges, ale że ja drugiego kierunku nie zamierzam zaczynać, więc mam szansę)!

Chciałoby się podsumować te dwa i pół roku, jak to wygląda dzisiaj? Nie było tak strasznie, ale i gorzej niż myślałam. Może dlatego, że co najmniej raz na semestr chciałam rzucić te „cholerne studia”, och ile razy to powtarzałam? Już nawet nie jestem w stanie tego zliczyć. A ile jeszcze to razy powtórzę, wolę o tym nie myśleć.

Ale teraz, teraz to już nie istotne. Teraz czekają mnie dwa i pół roku pisania pracy magisterskiej! Masakra. Och, mon Dieu! Jak ja nie chcę, i chcę. Niech to już będzie za mną, tylko „ka je ta meta?!”

Jednak, to były naprawdę dobre dwa i pół roku, abstrahując od tych „cholernych studiów”. Bardzo dobre, spędzone w doskonałym towarzystwie! Bieszczady, Świdnica, Częstochowa, Milton-Keynes, Trójmiasto, Szczecinek. Świat zjeżdżony wzdłuż i wszerz! Spotkania, zabawy, sesje, piwo i herbata, ba! czasem nawet i kawa. Poproszę „to zielone”! Rozmowy o życiu i kosmosie. „Nie zapisuj! To jest tak głupie, że każdy to zapamięta” (nikt nie potrafi sobie przypomnieć o czym to my mówiliśmy?) I to nie było nic, co wiązałoby się z tzw. życiem studenckim. I jestem z tego powodu zadowolona. Dziękuję za te dwa i pół roku wszystkim, którzy wiedzą, że to właśnie im dziękuję. I mam nadzieję, że następne będą równie piękne, i jeszcze następne, i następne po tych następnych…

Jakżebym chciała wyskoczyć z Wami na herbatę, no… ewentualnie kawę z mlekiem. Albo lepiej, malibu z mlekiem.

PS: I błagam o wybaczenie za ten sentymentalizm, ale to przez tę muzykę poważną w rmf classic. Bo ktoś musi być winny.

Jestem z sekty. Nie wiem czym się zdradziłam. Być może winą należy obarczyć glany. Ale jest zima, śnieg po pachy, więc te buty są bardzo bezpieczne. Może to ciemne kolory ubrań, które noszę. Ale wiele osób nosi się w tych kolorach miewając zupełnie inne powody niż przynależność do sekty. Żadnych pieszczoszek na rękach nie noszę, ba nawet nie mam prawie żadnej biżuterii na sobie, jedynie sentymentalną bransoletkę na ręku. Potrafię rozmawiać na różne tematy nie tylko o jednym. Nie mam fanatycznego spojrzenia. [Hm... Oczywiście są wyjątki, jak MG odmawia posłuszeństwa bywa różnie.]

W jaki sposób wobec tego zdradziłam się z przynależnością do sekty RyPyGy? To jest trudne pytanie. Myślicie, że powodem mogą być te klimatyczne świeczki zapalane podczas sesji? Albo pełne nabożnego milczenia spojrzenia, gdy MG rozdaje pedeki? Lub gorące modlitwy i nerwowe okrzyki, gdy MG robi niespodzianki? Czy jakiś wpływ mogą mieć okrzyki typu: ‘to ja go tnę’ lub ‘Heironiusie* dodaj mi siły’?
To jest jedna z tych zagadek, które rozwiązać mogą tylko najlepsze umysły, ja się nie podejmuję. Chociaż wątpliwości mnie męczą od chwili, gdy podczas wyjazdu do Warszawy zostałam poinformowana o przynależności do mrocznego i złego ugrupowania. Kiedy to się stało? W jaki sposób? Nie wiem, ważny natomiast jest fakt, że dzięki temu poznaję super ludzi, mam całą masę zabawy i jeszcze większą górę wyzwań. Weekend pozwolił mi zaspokoić pierwszy głód sesji [podkreślam pierwszy, już niedługo będę jęczeć ; ) ], a przebycie strasznego labiryntu dostarczyło wiele emocji.

Prawda jest jedna: każdy kto przebywał na dworcu PKP w Warszawie przechodzi przygodę, a tym samym należy do uprzywilejowanej sekty RyPyGy. Cudowny ten dworzec może służyć dla MG jako wzór. Ileż tam pułapek, niespodzianek, tajemnic i skarbów do zdobycia! Nim uda ci się odnaleźć punkt w którym znajduje się prosta droga do portalu musisz pokręcić się w kółko pokonując czar dezorientacji, minąć omamiające punkt orientacyjne, które pojawiają się losowo w różnych miejscach, przejść obok mrocznych istot łypiących z nadzieją na twój mieszek, pokonać liczne potwory mówiące dziwnym językiem, przekonać strażnika by pozwolił ci wbić właściwy kod do magicznego sterownika, ale strzeż się masz tylko trzy próby po tym możesz utknąć w labiryncie na zawsze lub przyjdzie ci rozmawiać ze strażnikiem wyższej instancji. Jeśli zaś pokona się te wszystkie ciężkie próby i wyjdzie się ze zdrowym umysłem ze wszystkich testów droga do portalu jest prawie otwarta. Należy tylko wybrać właściwą ścieżkę. Z jej odnalezieniem bywa różnie, wszak to kolejna ciężka próba. Później jest już łatwo. Swobodnie można przekroczyć próg i udać się w magiczną podróż. Niestety czar teleportacji rzuca kiepski mag więc trwa dość długo zależnie jak daleko chcemy się udać. Czasami jeden mag nie wystarcza…

*Kurczak, jak to się pisze?

Że Ambicja jest czymś niezdrowym i bardzo bolesnym w leczeniu przekonałam się całkiem niedawno. Kuracja była nader bolesna i pozostawiła we mnie poważny niedobór spokoju i życiowego optymizmu. Ale jestem wyleczona! Papiery całkiem niedawno posegregowałam, poważne notatki zachowałam, a część z nich wpakowałam radośnie do pieca i obserwowałam jak żółty płomień pełźnie po zapisanych stronach. Niebawem spakuję ostatnie zeszyty do kartonów i na wieczną pamiątkę ukryję na strychu. Niech pająki przędą srebrne nici, a kurz swobodnie osiada. Ja nie będę przeszkadzać.
Ale aktualnie ktoś postanowił wyleczyć mnie z mojego poczucia praworządności. Uniosłam się honorem, a może także snobistycznym odruchem ‘ja chcę to mieć’. Otóż, jeśli normalni ludzie słuchają normalnie muzyki szczęśliwa i roztrzepana ja mam muzyczne fazy. Ostatnia, że tak powiem faza jest na tyle silna, że poczucie honoru powiedziało bardzo głośno: ‘wredny Aislinnie! Nie będziesz bezprawnie ściągać plików muzycznych! Czas postępować właściwie!”. Myślę sobie, że coś w tym jest. Niby właściwie to nie ściągam, ale posłuchać mojego najukochańszego zespołu też bym chciała. W końcu, co mi szkodzi? Zespół płyt nie ma dużo, mogę przy wypłacie coś kupić. Łut szczęścia [albo i nie jak na to inaczej spojrzeć] pozwolił mi zobaczyć płytę podczas rutynowej wizyty w Empiku.

Jestem szczęśliwą posiadaczką oryginalnej płyty. Niby jest się z czego cieszyć.
Niby. Ładnie wygląda. Na okładce śliczna pomarańcza, płyta pięknie się błyszczy, z tyłu piękny spis treści… Chwilowo nie mogę powiedzieć nic więcej, bo.
To ‘bo’ boli najbardziej.
Bo nie mogę jej przesłuchać.
Ja wiem, bo prawa autorskie, bo zabezpieczanie, bo piracenie i inne poważne bo.

Jak teraz pozbyć się zabezpieczeń z własnej oryginalnej płyty, tak by móc ją odtworzyć na komputerze? Przecież to mój jedyny odtwarzacz. Chyba pozostaje mi naszykować młoteczek. Ech, ale mam oryginał i moja ‘honorowatość’ już się nie unosi gniewem. Płytka pięknie wygląda na stojaku [i będzie śliczna aż do chwili, gdy przykryje ją gruba warstwa kurzu], a ja zatkam sobie uszy na mój wewnętrzny praworządny głos.

Leczę się.

Ale żeby nie było: przechodząc przez ulicę dalej będę patrzyła w obie strony i nie będę wymuszać pierwszeństwa ;). Dobrze, że nie mieszkam w Katowicach.