sob 24 sty, 2009
Zarzucono mi, całkiem niesłusznie z resztą, że nie miewam hipisowskich odruchów. Jest wiele miejsc, rzeczy i ludzi, do których jestem szczerze przywiązana i obdarzam je gorącymi uczuciami.
Takie moje senne miasteczko. Jedyne i niesamowite. Niepowtarzalne w skali całego kraju. Z długą aleją pełną banków i mających zamiar otworzyć niebawem swoje podwoje dla klientów instytucji finansowych. Bo przecież moje senne miasteczko pełne jest bogatych ludzi, którzy pragną tylko powierzyć swój dobytek właściwym ludziom. Kocham ten deptak, gdzie mogę wejść, napić się kawy i posnuć marzenia. Wszystkie te saloniki i biura podróży dają mi możliwość przekonania się gdzie bym chciała pojechać i co kiedyś będę mogła zobaczyć. Za lat 30, może 40.
W marzeniach. Bo z mojego sennego miasteczka nie można odjechać.
Wchodzę na nasz dworzec. Jest piękny, przestronny, z dużą ilością kas, przed którymi nie ma kolejek.
Wychodzę na perony. Pociągi pędzą jak oszalałe, posapują od czasu do czasu ze zmęczenia, ale uparcie dalej biegną by zobaczyć, jaką tajemnicę skrywa horyzont. Żaden się nie zatrzyma, chociaż z taką pasją trzymam w ręku kamyk zielony.
Nie uda mi się uciec z mojego ukochanego miasteczka, przecież to „Dobre Miasto”, jak powiedział pewien mądry człowiek, a ludzie wierzą mądrym słowom.
W piątkowy wieczór po pracy biegnę główną ulicą mojego miasta i czuję jak gonią mnie pogardliwe spojrzenia.
Jestem z tego miasta i jeśli nie chcę jeść pierogów, pić czekolady, udać się w senne marzenie w saloniku podróży czy zostawić wypłaty w banku, to wiem, gdzie mogę posłuchać muzyki, posączyć soczek i poplotkować z przyjaciółmi.
Gdybym była obca te karcące spojrzenia umundurowanych panów, ich podejrzliwe wypytywania mogłyby mnie zniechęcić.
Bo zanurzam się w ciemnej stronie mojego miasta, bo przechodzę przez bramę i jestem w innym miejscu. Brzmi muzyka, ludzie się śmieją, tańczą i wiem, że jest kar5nawał. Nagle, niepostrzeżenie tak jak o ni znajduję się w gronie podejrzanych, bo jestem: „narkomanką, alkoholiczką, nimfomanką, stręczycielką, dilerem, a nade wszystko Żydówką”* Już nie chcę pić piwa.
Późnym wieczorem ukołysane monotonnym głosem pobożnych szeptuch moje miasto zapada w sen. I tylko głośne bicie kościelnych dzwonów wyznacza puls miasta. Po zmroku na ulicach czają się tylko cienie. Ludzi już nie ma. Bogaci, z tysiącem powodów by się radować siedzą i snują swoje marzenia, co by było gdyby… lub też w cichej pokorze pochylają głowy rozmawiając z Bogiem. Bo w moim sennym miasteczku jest wiele miejsc, gdzie w ciszy i napięciu można wysłuchać Posłania.
Moje cudowne małe miasteczko.
Kocham wieczorne spotkania, zgorszone spojrzenia, gdy się śmieję i idę ulicą w czerwonych rajstopach, z zielonym szalikiem na szyi.
Jak tutaj nie dać się ponieść hipisowskim odruchom? Szczególnie, jeśli spontanicznie wołasz: „Kocham cię” i słyszysz: „Idę spać. Dobranoc.”
Kocham was :*
P.S.
„C” jak czapka, „Z” jak odwaga.
*Pozwoliłam sobie sparafrazować fragment pewnego zażalenia, który dotarł do władz mojego miasta.

