Zarzucono mi, całkiem niesłusznie z resztą, że nie miewam hipisowskich odruchów. Jest wiele miejsc, rzeczy i ludzi, do których jestem szczerze przywiązana i obdarzam je gorącymi uczuciami.

Takie moje senne miasteczko. Jedyne i niesamowite. Niepowtarzalne w skali całego kraju. Z długą aleją pełną banków i mających zamiar otworzyć niebawem swoje podwoje dla klientów instytucji finansowych. Bo przecież moje senne miasteczko pełne jest bogatych ludzi, którzy pragną tylko powierzyć swój dobytek właściwym ludziom. Kocham ten deptak, gdzie mogę wejść, napić się kawy i posnuć marzenia. Wszystkie te saloniki i biura podróży dają mi możliwość przekonania się gdzie bym chciała pojechać i co kiedyś będę mogła zobaczyć. Za lat 30, może 40.
W marzeniach. Bo z mojego sennego miasteczka nie można odjechać.
Wchodzę na nasz dworzec. Jest piękny, przestronny, z dużą ilością kas, przed którymi nie ma kolejek.
Wychodzę na perony. Pociągi pędzą jak oszalałe, posapują od czasu do czasu ze zmęczenia, ale uparcie dalej biegną by zobaczyć, jaką tajemnicę skrywa horyzont. Żaden się nie zatrzyma, chociaż z taką pasją trzymam w ręku kamyk zielony.
Nie uda mi się uciec z mojego ukochanego miasteczka, przecież to „Dobre Miasto”, jak powiedział pewien mądry człowiek, a ludzie wierzą mądrym słowom.

W piątkowy wieczór po pracy biegnę główną ulicą mojego miasta i czuję jak gonią mnie pogardliwe spojrzenia.

Jestem z tego miasta i jeśli nie chcę jeść pierogów, pić czekolady, udać się w senne marzenie w saloniku podróży czy zostawić wypłaty w banku, to wiem, gdzie mogę posłuchać muzyki, posączyć soczek i poplotkować z przyjaciółmi.
Gdybym była obca te karcące spojrzenia umundurowanych panów, ich podejrzliwe wypytywania mogłyby mnie zniechęcić.
Bo zanurzam się w ciemnej stronie mojego miasta, bo przechodzę przez bramę i jestem w innym miejscu. Brzmi muzyka, ludzie się śmieją, tańczą i wiem, że jest kar5nawał. Nagle, niepostrzeżenie tak jak o ni znajduję się w gronie podejrzanych, bo jestem: „narkomanką, alkoholiczką, nimfomanką, stręczycielką, dilerem, a nade wszystko Żydówką”* Już nie chcę pić piwa.

Późnym wieczorem ukołysane monotonnym głosem pobożnych szeptuch moje miasto zapada w sen. I tylko głośne bicie kościelnych dzwonów wyznacza puls miasta. Po zmroku na ulicach czają się tylko cienie. Ludzi już nie ma. Bogaci, z tysiącem powodów by się radować siedzą i snują swoje marzenia, co by było gdyby… lub też w cichej pokorze pochylają głowy rozmawiając z Bogiem. Bo w moim sennym miasteczku jest wiele miejsc, gdzie w ciszy i napięciu można wysłuchać Posłania.

Moje cudowne małe miasteczko.
Kocham wieczorne spotkania, zgorszone spojrzenia, gdy się śmieję i idę ulicą w czerwonych rajstopach, z zielonym szalikiem na szyi.
Jak tutaj nie dać się ponieść hipisowskim odruchom? Szczególnie, jeśli spontanicznie wołasz: „Kocham cię” i słyszysz: „Idę spać. Dobranoc.”

Kocham was :*

P.S.
„C” jak czapka, „Z” jak odwaga.

*Pozwoliłam sobie sparafrazować fragment pewnego zażalenia, który dotarł do władz mojego miasta.

O to proszę Państwa całkiem niedawno mieliśmy jedyną i nie powtarzalną okazję [gwoli ścisłości, będzie mogli to powtórzyć za parę lat] by podejrzeć życie na Księżycu.

Przekonać się, dlaczego Księżyc się do nas uroczo szczerzy, co powoduje, że czasem brak mu humoru i ze złości mruży oczy. A także namacalnie dowieść, że księżycowy ludek nie mieszka w domkach z sera. Wszyscy naukowcy aktualnie się śmieją z tego niedorzecznego pomysłu. Przecież gdyby było inaczej, to myszy, o których każdy wie, że lubią ser nie mieszkałyby na Ziemi, a wyprzedziwszy ludzi w postępie technicznym dawno już przeprowadziłyby się na tę dostatnią ziemię miodem i serem płynącą.

Można było natomiast prawie gołym okiem, a będąc dokładnym, przy użyciu kiepskiej lornetki, poobserwować życie na księżycu i przy sporym wysiłku wyciągnąć rękę i uścisnąć zielonego stworka. Nikt jednak nie odważył się dokonać tego heroicznego czynu, bo mogłoby to spowodować, że Księżyc spadłby nam na głowę. I tak wyglądał dość dostojnie i groźnie. W pełni i tak blisko Ziemi. Prawie jakby miał się zaraz urwać ze sznurka, na którym jest zawieszony nad planetą.

Przyjacielu, kiedy ostatnio spoglądałeś nocą w niebo?

Ale nam się na blogu notatki posypały! Prawie jak śnieg za oknem. Tylko temperatura tutaj bardziej przyjazna. Na szczęście notka nie jest delikatnym płatkiem i trwa dłuższą chwilę.

Siedzę sobie i dumam głęboko, jaki to dziwny jest ten świat, jak śpiewał jeden miły człowiek. I kto jeszcze mnie pogoni, albo kto to właśnie czyta… Nie. Nad tym problemem wolę nie dumać. Można powiedzieć, że lubię niespodzianki.

Kffiat i Pani Chaosu powiedzieli chyba wszystko. Cóż mam pisać ja, jeśli byliśmy w tym samym miejscu? Czym się chwalić? Swoje wrażenia oraz wspomnienia ładnie zapakowałam i schowałam. Są moje. Jednak mam w sobie kroplę egoizmu. A może całe pokłady? Kto wie?

Wszyscy zdrowi.

Nawet ja. Nie usypiam już w każdym miejscu i mogę nawet [przez chwilę] oddalić się od pudełka chysteczek.

Nie jest źle. A przynajmniej nie jest gorzej.

Może nawet uda mi się obronić jeszcze w tym roku? W każdym razie przestałam już wieszać psy za słowa: „będziesz miała z nią problemy” oraz „będziemy się bronić razem. Przed 40.”

Pełen optymizm.

Przed świętami myślałam, że jestem bez pracy. A tu miła niespodzianka. Dalej jestem pracująca-bezrobotna. Ciekawe. To już chyba 5 miesiąc, kiedy jestem zwalniana.  Może i przez następny misiąc się uda? Kto wie? Może nawet uda mi się coś znaleźć wcześniej?

Pełen luz.

Dalej boję się odbierać telefon. Żarcik Renulki, a ja teraz udaję, że ten telefon to nie mój. Znajomy wróż mówił, że w tym roku mogę rozrabiać, ale chyba nie to miał na myśli? Pilnie ćwiczę niepamięć. I nie mam telefonu.

Pełen relaks.

Osiągnęłam moralny upadek. Miała rację mamusia, gdy mówiła, że facet może sprowadzić na manowce. Ale że ja? Że tak? To wszystko Twoja wina. Że za mało czasu, że za dużo do odwiedzenia, że oni się niecierpliwili. I że nie wzięłam tej torebki-która-jest-mi-niezbędna-do-życia-chociaż-bardzo-zbędna. Do niedawna żyłam w błodiej nieświadomości, że zakupy mogą się podobać. Wszystko przez Ciebie! Ja chcę jeszcze!  Pocieszam się tylko, że nie wykupiłam całej księgarni.

Pełen luksus.

Na półce straszy postanowienie noworoczne. Na szczęście by je zrealizować mam cały rok. Ale za to udało mi się spełnić to zeszłoroczne. Równowaga dotrzymywanych i niedotrzymywanych obietnic wraca do normy.

Nie jest źle. Będzie lepiej.

Dostałam zastrzyk optymizmu. Przespacerowałam się w chmurach.

Prawie zobaczyłam ukochane morze. Polubiłam ludzi po drugiej stronie i odbyłam najdłuższą jazdę autobusem w swoim życiu.

I wiecie co? Mało mi. Chcę więcej.

Już tęsknię.

Prawda, że proste? To latanie… Trochę się trzeba rozpędzić i już, fiuuuu… lecisz! Tak, o! Po prostu. Kilka ton żelastwa w powietrzu, kto by pomyślał! A jednak. Chciałabym jeszcze raz, lot trwał zdecydowanie za krótko. Cudowne uczucie. I to, co tam w dole… rzeki jak ciemne wstążki, a jeziora niby plamy atramentu na zielonym materiale złożonym z patchworku pól i lasów.  Domki, jak zabawki, kilkucentymetrowe stateczki…  Cudne! A nocą? Mrok rozświetlany pajęczynami światła miast i miasteczek. I chmury. Zwłaszcza chmury… bielutkie, wyglądające jak wata cukrowa, albo miękki puch, po którym można biegać i skakać bez ograniczeń. Niebo ponad chmurami, tam gdzie zawsze świeci słońce i nikt nie mógłby narzekać na niepogodę. I jeszcze tęcza, nic dziwnego, że nie można znaleźć garnca ze złotem na jej końcu… skoro ona jest jak wąż Uroboros, bez końca i początku.

A Anglia? Nothing special. Szczerze mówiąc. No i gdzie tam Anglicy? Sami Hindusi, Murzyni i Azjaci (i jeszcze trochę Polaków słyszalnych w tle). Czyżby rodzina królewska była ostatnimi przedstawicieli Anglików w Anglii? Pewnie nie, ale… Chodząc po Londynie można by i w to uwierzyć. Swoją drogą, Milton Keynes to takie strasznie senne miasteczko, spotkać tam człowieka na ulicy było niby święto, bo tak rzadko się to zdarzało. A te ceglane domy? No, Sims 3, jak Babcię kocham! I wierzcie lub nie, ale mogliby dodać nieco różnorodności… Łatwo można by się tam zgubić przez to, że większość domów była do siebie tak strasznie podobna.

Zazdroszczę im jednego – oni nie mają tam śniegu! A w ogrodzie przed pałacem kwitną drzewa owocowe i wesoło hasają szare wiewiórki. Swoją drogą sprytne stworzonka z nich, doskonale wiedzą, kto ma przy sobie coś, co można wyżebrać… Tych turystów, którzy nie posiadają żadnych smakołyków przy sobie – nie obdarzały wielkim zainteresowaniem. Ot po prostu.

A poza tym, the best English beer is… <werble> „Peroni”! Bo „Ale” to nie piwo (aczkolwiek smaczne), a „Guinness” smakuje prawdziwym, irlandzkim pubem… łącznie z zapachem dymu papierosowego.

ps.: I nic nie przebije tabliczki z ‘polskim’ napisem „nieupowarznionym wstep wzbroniony” w jednej z restauracji.

Wszyscy zdrowi.

Twierdzenie to jest w większej lub mniejszej części prawdziwe. Ale, że, jak nam to ktoś kiedy udowodnił, wszystyko jest względne, to tego twierdzenia rozwijać nie będę.

Tak czy owak kończy się powoli mój czas wolny. Dziś ostatni dzień i bach, z powrotem do pracy. Z jednej strony (tak wiem, to zabrzmi STRASZNIE) stęskniłem sieza pracą, ale z drugiej to … wcale nie mam ochoty do niej wracać. Brzmi absurdalnie? IO tak właśnie jest. Absurdalnie pod tym względem.

A tymczasem za oknem trwa piękny, pogodny i słoneczny dzień. W niczym nie oprzeszkadza to temperaturze, która na dobre najwidoczniej zadomowiła się poniżej kreski oznaczonej pięknym, jajowatym zerem. Śnieg też się trzyma dobrze, więc w zasadzie można by rzec, że jest pięknie. Bo w zasadzie jest.

Żeby było zabawniej można by rzec, że w Anglii też było pięknie i, o dziwo, że Angielska Pogoda jest bardziej przereklamowana niż … cokolwiek. Byliśmy tam w końcu przez tydzień i wiecie co? Ani razu nie padało! Co więcej, ani razu nie widziałem porządnej mgły! Dodawać nie muszę, że byłem naprawdę bardzo rozczarowany :P

Tym niemniej wyjazd do U.K. uznaję za udany, choć niewatpliwie nie udało się zaliczyć wszystkich wymarzonych pomysłów. Niestety, ograniczał nas czas, zdrowie i mobilizacja. W sensie, że trudno było kogokolwiek do robienia czegokolwiek zmobilizować :P

Tak czy owak ja jestem zadowolony i zmęczony (cholerka, ja tam miałem wypocząć!), a gdy piszę te słowa zdjęcia zgrywają siekart pamieci na dysk twardy. Life is good, chciałbym jednak mieć jeszcze tylko coś do jedzenia, bo przed wyjazdem starannie opróżniłem lodówkę, a wczoraj wróciłem zbyt późno, żeby cokolwiek kupić.

Hmmm, został jeszcze kot. Śmiertelnie obrażony. Czeka mnie długie przepraszanie małego diabła …

A, zostało mi jeszcze coś do zrobienia. Rozpakowanie i ułożenie moich skarbów, czyli wszystkich 16 książek zakupionych w Milton-Keynes. Tak, to właśnie był pierwszy przypadek euforii zakupowej w wykonaniu niżej podpisanego, która załamywała całą resztę towarzystwa.

Której to chciałbym przy okazji za cały ten wyjazd serdecznie podziękować. Mam nadzieję, że za rok też siegdzieś wybierzemy xD

Kfiatek