Cóż, może grudzień nie jest najlepszym miesiącem na tego typu przemyślenia, ale do wiosny jeszcze daleko, a ja mam dzisiaj melancholijny nastrój. Święta się zbliżają, mam pracy i zajęć domowych powyżej uszu, wiec może ukradnę tych kilka minut, żeby wyrzucić to, co mi leży na wątrobie.

A cóż to takiego?

Samotność. Cóż, tajemnica nie jest, że od ponad roku nie potrafię znaleźć sobie żadnej towarzyszki doli i niedoli i czuję się z tym źle. Może to banał, ale każdemu potrzeba wsparcia i ciepła tej drugiej połówki. Być może nie potrafiłem tego nigdy okazać, ale mi też tego potrzeba. W ostatnich miesiącach bardziej niż kiedykolwiek.

Spytacie się: co za problem? Jest tyle fajnych dziewczyn. Otóż jest to problem. Pomijając moją fatalną nieśmiałość wobec płci pięknej (stojącej w absolutnym przeciwieństwie do mojego charakteru) i pewne inne wady (o których jednak nie zamierzam się rozpisywać) to jakoś nie potrafię trafić na odpowiednią osobę.

Jest jednak coś jeszcze.

Często słyszę, że jestem fajnym, sympatycznym, przystojnym chłopakiem. I trochę innych komplementów. Ale zazwyczaj pojawia się tu ALE. Bardzo specyficzne ALE. ALE bym nie potrafiła z Tobą długo wytrzymać. Ten argument słyszę często. Zazwyczaj idący w parze z czymś pozytywnym, co dana dziewczyna akurat u mnie chwali. Więc niech ktoś mi powie:

O CO KAMAN?

Co to fundamentalna skaza mojego charakteru? Czemu regularnie słyszę to jedno właśnie sformułowanie?

Ratunku.

Kfiatek

Ps. Wybaczcie, musiałem to z siebie wyrzucić. Już mi lepiej :)

… i coraz mniej ich chcę i oczekuję. Pomyślałam sobie, że to jeszcze jest dobry czas na taką marudną notkę. Naprawdę, gdybym mogła – chętnie bym przespała ten jeden dzień w roku, bo to tylko o to chodzi. Dobrze się najeść, obejrzeć po raz dziesiąty tę samą nudną amerykańską komedię, pokazać się w kościele i dalej jeść. Nie? Cóż, nie znam innego rodzaju świąt. I to mnie przeraża. Że tak naprawdę nie lubię świąt, jakie są w mojej rodzinie. Może gdzie indziej utrzymał się ten ów „duch” świąteczny, może gdzieś tam jest „magia”. Kto wie, ale ja tego nie czuję… Nie potrafię. I czuję się z tego powodu winna, chociaż nie wiem dlaczego… że nie ma we mnie ani grama ochoty na te „ciepłe, rodzinne” święta i wysłuchiwania standardowych życzeń?

Jak mam temu człowiekowi spojrzeć w twarz i życzyć mu zdrowia, szczęścia i pomyślności? No jak? Kiedy wcale tak nie myślę. Święta znów zamiast być pełne ciepła i miłości, będą zwykłą szopką… każdy odegra swoją rolę. Pozmywamy. Posprzątamy. I każdy będzie wypoczywać we własnym zakresie.

W tym roku rzeczywiście. Bo będę tylko na Wigilii u siebie w domu, może to i lepiej. Przecież w pierwszy dzień świąt należy odwiedzić rodzinę – hm, ciocia Aislinn…? A w drugim – odwiedza się znajomych, hm… pan Mist? Czyli wszystko będzie tak, jak być powinno. I ta myśl pomaga mi doczekać do 24 grudnia. A potem? Potem będzie, co ma być.

ps. Przepraszam, ale musiałam. Tylko, że wcale nie jest mi lżej na sercu…

Brzmi niczym makabryczny przepis kulinarny, prawda? Sprawa nie jest tak tragiczna, więc wszyscy, którzy zaczęli pałać słusznym gniewem mogą się uspokoić. Otóż na moim podwórku króluje pies w musztardzie.
Nie! Nie posmarowałam go tą przyprawą, aby skruszał, czy żeby sierść wyszła. Sam się wysmarował, sprytnego mam psa aż trudno uwierzyć.
Do niedawna byłam na niego bardzo zła, ale kilka dni temu mój pies urządził sobie głodówkę. Jeśli chodzi o szczeniaka, który je wszystko, co nie ucieka z miski oraz to, co rośnie nieopodal, głodówka maże wprowadzić w panikę. A jeśli jeszcze do tego sierść, której nie dał rady rzęsisty deszcz i mocny śnieg nagle przemaka… Pies się ślini. Pies nie je i nie pije. Pies leży i nawet na nikogo nie skacze. Takie zachowanie zaowocowało wizytą weterynarza. I co? Pies będzie miał nowy garnitur zębów.
Przy okazji tej wymiany szczeniak gryzie wszystko, co popadnie. Z ławki w ogrodzie zostały wióry, próg do domu jest współczesną rzeźbą. Sprytny weterynarz stwierdził: „proszę ławkę musztardą posmarować ławkę. Psy nie lubią ostrego, więc nie będzie żarł”. Nie wiem czy ten miły człowiek nigdy nie miał do czynienia z psem tej rasy? Musztarda jest pyszna! Może troszkę ostra, ale do zjedzenia. Pies już ławki nie gryzie, ssie radośnie drewno przy okazji malując się musztardą wszędzie, gdzie się tylko da.
Słowo, to nie pies, to osioł.
Miał być pies bez problemów, posłuszny, inteligentny i spacerujący 20 kilometrów dziennie. Aż mi skóra cierpnie. Nie dlatego, że to daleki spacer, a tylko dlatego, że mój kochany pies od furtki mojego domu odchodzi na 100 metrów i dalej ani kroku. Gdyby to był mały, sympatyczny piesek to bym wzięła pod pachę i poszła dalej. Niestety ten mały szczeniaczek, jeśli się postara i stanie na dwóch łapkach sięga do mojej twarzy, a jego waga jest też słuszna. Więc Aislinn pozostaje tylko psa pchać do przodu, ale ile można, jeśli bestia zaczyna być silniejsza ode niej? Malutki i milutki szczeniaczek. Też coś. Wszyscy się rozczulają. A ja nie mam już w ogródku winogrona, kiwi i róż! Zżarł róże z kolcami! I wybiera węgiel z komórki. Na jego łóżku, ukryte pod kocykiem spoczywają czarne skarby. Niedługo to będzie pokaźna góra.
Pocieszam się tylko, że wszyscy mamy jeszcze całe nosy, bo podobno kochane pluszami uwielbiają je łamać.
Miał być pies potulny, bez problemów…

P.S. Jak dotąd nie chwaliłam się moim Kochanym Osłem zwanym Bernim?

Całkiem niedawno moje kochane miasto obiegła plotka o seryjnym mordercy. Być może za dużo CSI, albo innych Archiwów X, w każdym razie ludzie nagle stali się doskonałymi śledczymi. Przyznam, że i mnie serduszko mocniej zabiło, gdy usłyszałam plotkę. Pracuję do późna w dość odludnym miejscu. Do tego sama. A poczucia bezpieczeństwa nie wzmagały zasłyszane rozmowy. A plotka, jak to ma w zwyczaju, wyleciała wróblem, a wróciła wołem. Morderca, aby sprostać wszystkim wymaganiom plotki musiałby być nagle w pięciu dzielnicach, aby móc popełnić pięć makabrycznych morderstw.

Siadłam, więc do wszechpotężnej studni wiedzy zwanej Internetem i czytam:
Policja informuje, że w moim mieście faktycznie zostało popełnione makabryczne morderstwo. Zapewnia przy tym, że nie mamy do czynienia z „nożownikiem”, że jest to odosobniony incydent.
Myślę sobie, no dobrze. Może to i racja. W zeszłym roku Miasto Samotnej Wieży obiegła podobna informacja, która okazała się zwykłą blagą. Więc jest całkiem możliwe, że i tym razem to tylko pokłosie ludzi lubujących się w tworzeniu niesamowitych historii. Nie ma, więc powodów do zdenerwowania, mogę pracować sobie spokojnie. Do tej pory nie denerwowałam się za bardzo, wiem, że ludzie są skorzy do plotek, a w moim sennym mieście takie rzeczy doskonale ożywiają atmosferę.

Ale…
Paradoksalnie moje poczucie bezpieczeństwa zrujnowała sama Policja. Przez spory kawał czasu, podczas którego pracowałam przedstawicieli stróżów prawa widziałam tylko od godziny 9:00 do 18:00 kiedy to parking przed moją pracą jest płatny. Panowie raźno maszerowali to w jedną to w drugą stronę fotografując i zostawiając mandaty. Też praca. Ja to rozumiem. Ale w normalnych warunkach po godzinie 18 Policji nie uświadczysz. I jak tutaj się nie martwić, gdy zamykam wieczorem drzwi i wpadam na pieszy patrol, a zza zakrętu wyjeżdża policyjny wóz? Skąd oni nagle się wzięli? Dobrze, może jest jakaś akcja „wzbudzać zaufanie obywatela”, albo coś podobnego. Kiedy jednak weszłam na ulicę równoległą i znów wdepnęłam na policjantów, a parę kroków dalej na policyjny samochód, jakoś przestałam czuć się pewnie. I tak przez kilka ulic. Moje poczucie bezpieczeństwa uleciało ze mnie jak powietrze z przekłutego balonika.

Nagle Policja wyległa na ulice, gdy do tej pory pijaczkowie radośnie usypiali na środku chodnika i tylko kilka telefonów zdesperowanych przechodniów potrafiło ich ściągnąć na miejsce. Jak mam wierzyć w ich zapewnienia, że nic się nie dzieje groźnego?
Gdy wcześniej nic strasznego i niebezpiecznego się nie działo ich po prostu nie było. [Nawet, gdy byli potrzebni trzeba było ich szukać].
Teraz jest ich wielu na ulicach mojego sennego miasta. Jak mam wierzyć w zapewnienia, że nic się nie dzieje?

Czy jest we mnie coś wartościowego?/Co jest we mnie wartościowego?

Kto nigdy w życiu nie zadał sobie tego pytania ręka do góry.

Podejrzewam, że nikt się nie zgłosi. I chyba nie ma w tym nic dziwnego, wszak wątpliwości, które nas czasem nachodzą są rzeczą ludzką. Jest tu jednak pułapka, którą łatwo przegapić i równie łatwo w nią wpaść. Te pytania zadajemy sobie zazwyczaj wtedy, gdy czujemy wewnątrz siebie pustkę, jesteśmy niedowartościowani, negujemy własne silne strony i eksponujemy słabości. W takiej chwili potrzebujemy wsparcia, gdy kolumny naszej niezachwianej pewności siebie zostały przegryzione przez termity i szybko chylą się ku upadkowi. I wtedy właśnie pytamy siebie:

Co jest we mnie wartościowego?

Czy jest we mnie coś wartościowego?

Paradoksalnie rzadko kiedy w chwili kryzysu zadajemy te pytania drugiej osobie, zazwyczaj dusząc się nimi, gdyż oczy nasze przesłaniają ciemne chmury i nie potrafimy dostrzec własnych zalet. Potrzebujemy wsparcia, lecz nie potrafimy o nie poprosić. Chcemy latać, lecz boimy się wysokości.

Lecz nie zadamy tego pytania drugiej osobie.

Bo mogłaby na nie odpowiedzieć.

A na to nie jesteśmy gotowi.

Kfiatek.

Ps. Aniu, ja obiecałem nie męczyć Was o wpisy. I robić tego nie będę :)

Dziwna sprawa. Jest tu poza mną jeszcze dwóch współpiszących i ani jedno z nich nie mówiło do mnie „zaniedbujesz bloga” od jakichś dwóch tygodni. Dziiiiwne. Z tego wszystkiego sama postanowiłam napisać blogę na notku, znaczy notkę na blogu.

Wczoraj były Mikołajki, czyli dzień św. Mikołaja, jak wszyscy to doskonale wiedzą. Zwłaszcza ci od Coca-Coli. Wczorajszego popołudnia miałam przyjemność zobaczyć drogą Panią Aislinn, Pana Mista (dzięki któremu mamy to miejsce, by się uzewnętrzniać bez głębszej przyczyny) oraz poznać szanowną Panią Sayoko i Pana Izume. Całej czwórce ogromnie dziękuję za naprawdę mile spędzone chwile, nawet nie wiecie jak bardzo mi pomogliście się oderwać od nieprzyjemności dnia codziennego. Pana Mista chciałabym jeszcze przeprosić, za „zapomnienie” tworzenia postaci i rzucania kośćmi – to mogłoby zepsuć atmosferę wieczoru.

Największym zaskoczeniem wczorajszego spotkania był kelner – który okazał się być również zainteresowany RPG. Co prawda pojęcia nie miał o tym, cóż to takiego Legenda… i bardzo dobrze, chwała mu za to, niech żyje w nieświadomości.

A ponoć najbardziej przerażającym był barman z knajpy, którą zaliczyliśmy po wyjściu z pizzerni. Osobiście nie uważam, by pan o dużych gabarytach z bródką a’la Richelieu i czarnymi włosami spiętymi w kitkę był przerażający… Może po prostu miał złego stylistę. Albo to przez te skojarzenia z Armandem Richelieu…?

Poza tym – uważam, że mieliśmy ogromne szczęście. Znalezienie miejsca najpierw w pizzerii, a potem w knajpie – w sobotę wieczorem w najbliższym sąsiedztwie dworca PKP, uważam za ogromny sukces!

I jeszcze raz dziękuję. Dziękuję za chwilę uśmiechu w Waszym gronie. To mi było naprawdę potrzebne.

Cóż, tak po prawdzie nie zamierzałem tego jeszcze TUTAJ pisać, ale ponieważ życie płata najróżniejsze niespodzianki, a ta, którą sprawiło mi dzisiaj w nocy należy do kategorii hardcore, to napiszę i o tym.

O czym?

Cóż, wypadało by powiedzieć o sobie jedną rzecz. Nie jestem całkiem zdrowym człowiekiem. Mam cukrzycę typu I. Od ponad półtora roku. Co to ma do rzeczy? Ano ma. Dziś w nocy obudził mnie rekordowo niski cukier. Dla „starych” cukrzyków wynik 29 (norma 90-120 mg cukru na 1 litr krwi) może i nie byłby szokujący, ale ja po raz pierwszy spadłem tak nisko. Uczucie było … wyjątkowe o.0 Teraz już niby jest lepiej, ale trafianie w przyciski na klawiaturze dalej stanowi nie lada wyzwanie. Tak czy owak ja wracam spać, wszak o 5.30 muszę wstać do pracy.

A wspomnienie tej nocy będzie mi towarzyszyć długo.

Ku przestrodze.

Kfiatek.

Cóż, raczej nie będzie pocieszeniem dla Ciebie Aniu fakt, że nie tylko Ty masz problem ze swoim ojcem. Mówiąc szczerze … już dawno nie miałem w sobie skumulowanej tak wielkiej negatywnej wiązki uczuć. O co chodzi?

Czuję się:

Oszukany

Wykorzystany

Traktowany przedmiotowo

A do tego jestem cholernie wściekły i mam ochotę pierdolnąć wszystkim w diabły.  Pisałem niedawno (choć nie wdając się w szczegóły) jak wygląda mój tydzień. Dominuje w nim praca. A nie tak miało być. Gdy w maju składałem wypowiedzenie z pracy po kilku dniach ojciec przyszedł do mnie z PROŚBĄ, żebym jednak w firmie został, tylko zmienił oddział, bo bardzo potrzeba mu tam pracownika. Miałem zmienić tryb pracy – z pełnego do 3/4 etatu, mieć wolne wszystkie soboty i ogólnie więcej luzu i wolnego czasu. Redukcję pensji też, ale nie pieniądze są wszak w życiu najważniejsze. No i tak było … przez półtora miesiąca. Potem rozmaite przygody z pracownikami sprawiły, że najpierw pojawiła się potrzeba, bym przychodził do pracy na pełne 8 godzin, potem w soboty, a od jakiegoś czasu dwa razu w tygodniu jestem w pracy od 7 do 18.30 (w pozostałe dni mam kursy językowe :P). Nie wiem, może jestem trochę przeczulony, ale nie wydaje mi się, żeby to było w jakimkolwiek punkcie zbieżne z tym, co mi obiecano. No, tak czy owak nie to jest tu największym problemem.

Tak naprawdę leży on w osobie mojego szefa i ojca w jednej osobie. I w tym jak traktuje swoich pracowników, a jak traktuje mnie. Bo jak to jest możliwe, że w innej filii chłopak na 3/4 etatu i niższym stanowisku zarabia (bez liczenia nadgodzin i sobót – wszak to są DODATKOWE składniki pensji i nie wliczają się do pensji bazowej) więcej ode mnie? Czemu ani razu nie usłyszałem ani pieprzonego dziękuję za pół roku mojego życiorysu niemal w całości poświęcone pracy zawodowej (bo nie oszukujmy się, z wielu rzeczy musiałem ostatnio zrezygnować), ani słowa pochwały za naprawdę ciężką pracę wykonywaną bez marudzenia? Fakt, nie jestem pracownikiem idealnym, popełniam błędy, mam swoje wady. Ale do jasnej cholery jestem lojalnym i uczciwym pracownikiem, wkładającym w to co robi tyle ile jest w stanie włożyć. Co dostaję w zamian? Jedno wielkie NIC. W najbliższych dniach czeka mnie z nim rozmowa, przyszłość jest … niepewna.

A motywacja do pracy poszła w las …

Ale … ale może bdzie to miało jakiś pozytywny efekt. Może … może czeka mnie kolejna przeprowadzka? A to byłoby chyba najlepszym, co w tej sytuacji może mnie spotkać.

Kfiatek