Następna strona »

Nie jest lekko. Nikt nie obiecywał, że będzie. Właściwie nikt nas chyba przed przyjściem na ten świat nie uświadamia, na co właściwie się piszemy. Może to jest jak zesłanie? Nie wiesz dokąd cię rzucą, u kogo będziesz mieszkał kątem, i co cię właściwie może spotkać. A może wręcz przeciwnie, może jesteśmy jakimiś stworzeniami, które same pchają się tutaj, ale gdy już tu są – nie pamiętają, po co właściwie tu przyszły. I dokąd dążą. Chciałabym to wiedzieć, naprawdę.

„Ludzie są, i nie będą nigdy lepsi”

Nie będą. Nie mają powodu by się zmieniać, zawsze byli, są i będą. Tacy sami. Nawet kiedy stanie taki, jeden z drugim, niemal na skraju własnego grobu… Nie zmieni się, bo po co? Skoro i tak umrze, nie ma sensu się starać być innym, przecież tak jak było – jakoś było.

„Aniołowie, jeśli tylko są…
Kryją się w metalowych bunkrach”

Siła Wyższa. On pewnie ma gdzieś kartotekę, z naszymi podpisami, ze zgodą na to, byśmy żyli właśnie tu i teraz, z wszelkimi konsekwencjami tego czynu. Na pewno. Tylko dlaczego wykasował nam pamięć? A może w tekście były gwiazdki? Ukryty haczyk? Może to kredyt z wysokim oprocentowaniem? Nie wiem. Nic już nie wiem. Poza tym, że:

„Ludzie są, i nie będą nigdy lepsi”. Nigdy.

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak już jest? Wiem, że wyjdzie z tego. Będzie zdrowy, będzie znów tak jak było, bo się nic nie zmieni. Nie ma powodu, by miał się zmienić. I nawet jeśli mu kiedyś wybaczę. Nie zapomnę.

Jak to jest, że czasem im bardziej chcemy, tym bardziej nam nie wychodzi? Im więcej wkładamy wysiłku i starań, tym gorsze są efekty naszych działań?

Od wczoraj staram się napisać kolejną notkę, mam wiele pomysłów przez cały dzień, tak wiele do powiedzenia, lecz gdy w końcu siadam w domu przed klawiaturą wszystko to ucieka w jakiś (na pewno przez kwanty) tajemniczo-magiczny sposób i w rezultacie niemal doskonale jednoczę się z pustką, która nagle zjawia siew mojej głowie … no, pomijając całe bredzenie – nie wiem co chciałbym napisać. A raczej wiem … ale nie potrafię. Czuję się bezsilny, sfrustrowany i zły. Potrzebuję katharsis. Ma ktoś jakieś pomysły?

Ja mam. Napiszę notkę na blogu (uwaga, może zawierać czubki). Może i nie ma ona wielkiego sensu merytorycznego, ale co poradzę, że nie chcę znowu pisać o ludzkiej głupocie i małostkowości, które to w ostatnich dniach otaczały mnie ze wszystkich stron. Czy w komunikacji miejskiej, w pracy, czy też po prostu podczas spaceru z kolejki do domu. W domu na szczęście to zjawisko mi nie towarzyszy. Z moimi współlokatorami się praktycznie idealnie rozmijam, a o kocie trudno powiedzieć, że jest nosicielem wirusa ludzkiej głupoty (chyba, że ode mnie się zaraził xD).  Fakt, kocia głupota jest w nim zakorzeniona mocno i głęboko, ale akurat ten rodzaj jest słodki i niegroźny. No i przede wszystkim zabawny :)

A skoro mowa o kocie … cóż ostatnio zmieniłem obuwie na zimowe. I kot odkrył to niesamowite narzędzie zbrodni jakim są sznurowadła …

I jak tu nie kochać małego wariata?

Kfiatek

Spadł śnieg. To zdecydowanie najważniejsze wydarzenie minionego weekendu. Jasne, cieszyłem się jak dziecko gdy jechałem do pracy i patrzyłem na wielkie jak śliwki płatki śniegu padające za oknem autobusu. Był to jeden z tych nielicznych przejazdów gdy nie drzemałem w drodze. Trasa zajmuje ponad 20 minut, więc na co dzień to naprawdę solidna drzemka, jednak nie tym razem. Świat pełen rozszalałych, roztańczonych ogromnych płatków śniegu nie pozwalał mi zasnąć i na całą długość trasy przykuł mój nos do autobusowej szyby.

Oczywiście gdy przyjechałem do pracy radość tak nagle jak się zaczęła – tak nagle się i skończyła. Jestem jedynym osobnikiem płci męskiej w tym oddziale firmy, więc nawet nie pytając o nic koleżanek chwyciłem za łopatę do śniegu i dawaj na parking … dobrze, że przynajmniej przestało padać.

Godzinę później … wróciłem do sklepu i zaczął się dla mnie normalny dzień pracy …

Cóż, muszę przy tym przyznać, że sobota była zaiste dniem niezwykle obfitującym w wyjątkowe wydarzenia. A przynajmniej wydarzenia godne opisania przez niżej podpisanego na tym Wielce-Szacownym-Blogu :)

w zasadzie sytuacja z życia wzięta. Ot, normalny przystanek, zatrzymujący się autobus, ludzie wysiadają i wsiadają. Jedna osoba biegnie, wsiada i staje w drzwiach, zmuszając kierowcę, by nie zamykał drzwi i czekał aż jej matka (bo okazała się młodą dziewczyną) i młodszy brat (który okazał się kilkuletnim chłopakiem) dobiegną do autobusu. Scena jakich na co dzień tysiące. Gdyby nie kierowca, który i tak już miał kilkuminutowe opóźnienie (trwają prace remontowe na jednej z dróg, wiec robią się korki, wiec autobusy się spóźniają, czego jestem oczywiście ofiarą, bo nigdy przez to nie zdążam na przesiadki :( ) wiec nie zastanawiając się wiele najpierw zawołał do dziewczyny, że ma się odsunąć od drzwi, po czym … zaczął je zamykać. Dziewczyna stała w nich twardo, choć widać po niej było, że przestraszyła się nie na żarty. W końcu kierowca spasował, rodzinka cała wsiadła do autobusu i wszystko byłoby w porządku, gdyby nie słowa, które wówczas wyrzucił z siebie ewidentnie zirytowany całą tą sytuacją.

„(…) Przecież to nie autobus ma czekać na ludzi, tylko ludzie na autobus!” wykrzyknął gniewnie, po czym ruszył.

Być może jestem przeczulony, ale moim zdaniem w tym krótkim zdaniu i całej tej sytuacji czai się tyle paradoksów, że nastręczyły by pracy całemu stadu osób, które zajmują się paradoksami (nie mam zielonego pojęcia do jakiej dziedziny nauki to się zalicza :P )

Tym niemniej … same te słowa mają dla mnie komiczny wydźwięk. Otóż jedną z ich implikacji jest to, że to nie komunikacja miejsca jest dla ludzi, lecz ludzie dla komunikacji miejskiej. Scena w zasadzie godna Terrego Pratcheta – komunikacja miejska staje się oto żywym stworzeniem, żywiącym się ludzkimi spóźnieniami i ogólnymi problemami komunikacyjnymi. Przerażająca wizja :P

Natomiast co mnie w tej całej sytuacji smuci … cóż, przecież wystarczyłaby odrobina ludzkiej wyrozumiałości i życzliwości. Tak niewiele. Ale jak okazuje się za dużo.

Natomiast droga Magdo, owszem, nad Morzem spadł śnieg. Mnóstwo śniegu :) Jest biało i pięknie. I jak tylko odzyskam aparat to wybieram się nad morze (aparat pożyczyłem rodzicom :P ). A w przyszłym roku … cóż, wiesz, w Trójmieście zawsze jesteś mile widzianym gościem, niezależnie od pory roku.

Kfiatek

Ps. Aniu, Ty oczywiście też ^^

Wczoraj się kajałam. Zmuszona byłam do wypowiedzenia czułych słówek i przeprosin. Świat nagle stał się biały, więc ważąc każde wypowiedziane słowo, z czułym gestem sięgnęłam po czapkę i rękawiczki. A także odwoływałam wszystkie złe słowa, jakie padły z moich ust w stronę butów. Że niby je wyrzucę, że są niewygodne, że ciężkie i w ogóle że… to wszystko okazało się nieprawdą.

Zima.

Świat otulony został ciepłą pierzynką. Jest pięknie. Wczoraj, gdy wracałam wieczorem z pracy padał gęsty, przyjemny puch. Spokojnie, z góry na dół – tak, jak najbardziej lubię. Bo przecież śnieżne płatki, różnie padają. Ale wczoraj, wczoraj aż zapraszały na spacer. Takie magiczne chwile: cały świat był biały, i delikatne światło lamp. Gdy wróciłam do domu byłam przemarznięta, przemoczona i bardzo uśmiechnięta.

I tylko jeden widok jest piękniejszy. Tęsknię za nim. Śnieg na plaży… Spokojny szum fal. Jednym słowem piękno.
Pocieszam się myślą, że tam może zima jeszcze nie gości? I może nie zajrzy w tamte miejsca. Tak, jest miła myśl. Taka pokrzepiająca serce. Bo w końcu mnie w tym roku nie będzie nad morzem. Ale za to co zobaczę? Albo co zobaczymy!

Na pocieszenie zostanie tylko letnia muszelka. Mały, delikatny skarb cieszy oko.
Za rok. Za rok być może znów się spotkamy.

Przez chwilę człowiek nie zagląda i już dzieją się ciekawe rzeczy. Coś się chyba zmieniło w okolicy hm… Czyżby nowa czcionka, czy to może odmienny kolor, a – czy mi się zdaje, czy jest tu jaśniej? Dziwne, wydawało mi się, że mieliśmy czarne tło. Widać zmiany. Mamy o jednego człowieka dzielącego się swym słowem więcej i inny wygląd. A jednak wszystko jest po staremu… Bo dlaczego by miałoby być inaczej?

Czy stało się coś nowego? Aż mi przypomniała się anegdotka, o Norwidzie.

Pewnego razu Cyprian Kamil Norwid przeglądał zagraniczne gazety, a obecny przy tym jego przyjaciel zapytał:
- Czy jest dziś coś nowego?
- Owszem – odparł artysta.
- A co?
- Data – wyjaśnił Norwid.

A nie tylko! Spadł śnieg. I wciąż jest.

Nie lubię śniegu, świadomość jego istnienia tuż za oknem jest rozleniwiająca. Bo to tak, jakby już przyszły święta, że to już… Można odpocząć, odłożyć wszystkie „mądre” książki, położyć się na tapczanie i marzyć. O wszystkim, i o niczym. A to nieprawda. Do świąt jeszcze ponad miesiąc, jeszcze wiele dni i nocy nieprzespanych, chociaż nie z powodu nauki. Wiele pracy, zanim będzie można odpocząć. Trzeba zapomnieć o śniegu za oknem, który ubrał w świąteczną atmosferę moją Dzielnicę. Miasteczko św. Mikołaja. Po prostu ułuda.

Nic się nie zmieniło. Poza kolorystyką za oknem, bardziej białą. Nieprzyjemną. Przeczekać trzeba, do wiosny. Byle do wiosny.

ps.: Widzisz, droga Pani Aislinn, gdy mówię, że napiszę w sobotę – to w sobotę. Teraz mogłabym Ci powiedzieć, te dwa krótkie słowa… na „z” i na „b”.

Zaniedbuję bloga.

Taki oto przełomowe wieści dotarły wczoraj po raz pierwszy do uszu moich. Niby byłem na to przygotowany, ale dalej było to co najmniej zaskoczenie. Choć przyznać muszę, że pierwszy szok już minął (tak samo jak zmęczenie po kilku ostatnich dniach), więc siadam i piszę, żeby móc za kilka minut przerzucić oskarżenie na kolejną osobę. (tak tak Aniu, to będziesz Ty ;D)

Wracając do kilku ostatnich dni … cóż, jak powiedział kandydat na prezesa pzpnu do nowo wybranego prezesa tejże wielce szacownej (!!) instytucji – „Chciałeś rower? To pedałuj!”. Tym oto bardzo mądrym zdaniem można podsumować moją sytuację zawodowo-naukową.  Najprościej (nie wdając się za bardzo w szczegóły) mogę rzecz, że zaczynam czuć się przemęczony. Praca + angielski + hiszpański + wyjazdy weekendowe albo sesje … dużo tego. Zżera to wszystko mój czas w takim tempie, że dni mijają niczym drzewa za oknem pociągu. Zaczepiście szybko. W zasadzie od mojej pierwszej notki minęły już dwa tygodnie, a ja przyrzekłbym, że dopiero kilka dni :)

Koniec z żaleniem się.

Obiecuję.

Przynajmniej do następnej notki xD

A teraz mały kawałek lektury w ramach relaksu
NEWS

I kto mi powie, że dziewczyny mają więcej oleju w głowie od facetów?!

Z pozdrowieniami dla wszystkich Pań :)
Kfiatek

Zima się zbliża. Odkrywcze to stwierdzenie zmusiło mnie do powzięcia bardzo trudnej decyzji. Chcę czy nie chcę, nie ważne, ale muszę udać się na zakupy.

Pies miał znaczący wpływ na przyspieszenie procesu rozpadu mojej własnej zimowej kurtki. I nagle stoję przed typowo damskim problemem: „Ja nie mam co na siebie włożyć”. Wyjścia nie mam. Niestety. Nie lubię chodzić na zakupy. Zdecydowanie coś ze mną jest nie tak…

Dziś właśnie po wyjściu z pracy ruszyłam na rundkę po sklepach. I właśnie już praktycznie w drzwiach, gdy szykowałam się do wyjścia przyłapał mnie mój znajomy. Rozmawiamy. [Swoją drogą to istny szaleniec, jeśli dobrowolnie zaczął rozmowę o zakupach z kobietą]. Ja, jak to ja, marudziłam, że nie ma tego, co sobie wymarzyłam, że nie ten materiał, nie ten krój, o cenie nawet nie wspominając… Jak to się stało to ja nie wiem, ale nagle zeszło na sukienki. Bo jakbym chciała jego znajomy mi uszyje, ładną, zgrabną i w ogóle naj.
Sukienki. Których ja nie noszę, nie lubię, nie trawię i mało ich mam w szafie. Spodnie są zdecydowanie wygodniejsze. I z butami łatwiej. Ta zgroza w oczach Pawła… Aż miałam się roześmiać.
Myślał, myślał. Aż nagle z błyskiem w oku zapytał:

„Słuchaj. Wolałabyś uciekać w sukience uniesionej w górę? Czy może w spodniach opuszczonych w dół?”

Planowałam kolejną smutną notkę. Z łzawym nastrojem i cichym wyrzutem. Żeby się opanować. A może żeby wyrzucić z siebie wszystkie złe myśli.

Ale właśnie w tej chwili, tak ważnej zaczyna brakować słów. Tyle by można było powiedzieć, tyle by się chciało. Dlaczego te brykające słowa właśnie teraz postanowiły się znarowić? Kiedy skrawki nadziei prują się niczym stare płótno. A czas ucieka jeszcze szybciej.

Gdzie są słowa, gdy są potrzebne? Kiedy trzeba kłamać z uśmiechem a w duszy wyje żal i bezsilność.

Smutno. Tak bardzo.

I pięknie jest, gdy wkoło kwitną kff… kwiatki, znaczy się. Witaj, Kffiatku w tych skromnych słowach, bo progów tu nie uświadczysz. I będę szczera: Nie lubię tej wersji Twojego nicku, zbyt kalający ortografię, ale trudno. Przeżyję. Nie mam tu nic do gadania. To znaczy na tym blogu teoretycznie mam coś do gadania, owszem. Ale nie w kwestii Twego nicku.

Jak mawiali Rzymianie: De gustibus est non disputandum (a że wszyscy to znają, tłumaczyć nie będę)

Baw się dobrze słowem, Braciszku. I tak – mam nadzieję, że notki dzięki temu pojawiać się będą – jeśli nie regularniej, to chociaż częściej niż dwa razy w miesiącu. Jest nas teraz troje, więc powinno wypadać po co najmniej trzy wpisy na miesiąc. Wybaczcie te statystyczne wtręty wstrętne, tak mi już zostało po pierwszym roku i nieprzyjemnym przedmiocie. Choć, nie był aż taki nieprzyjemny… ale to matematyka, a ja nie potrafię liczyć! Zdarza się.

Późno już, więc ograniczę się do paru słów:

Salve! Salem alejkum! Sława! Po prostu: Witaj, Braciszku. Myślę, że teraz nasz blog jeszcze piękniej rozkwitnie, skoro pojawił się na nim Kffiatek, pomimo jesieni.

No i stało się. Sam nie wiem jak i dlaczego, ale od dnia dzisiejszego zaliczam się w poczet autorów tego szacownego bloga. Tylko co ja tu robię? xD Na to pytanie w zasadzie powinna Wam odpowiedzieć Ais, jaki pomysłodawca mojej tu obecności. Mi też by się przydało, bo właśnie siedzę i się nad tym zastanawiam. Po kiego grzyba…?

Ale wszak to tylko słowa, więc może zagubicie się wśród rozmytej logiki moich wypowiedzi i błędnych ścieżek naciąganej erudycji, może prawdziwy sens (o ile jest jakiś) moich wypowiedzi zgodnie z moimi zamiarami zostanie całkowicie niezauważony i w 100% pominięty. Kto wie?

Tymczasem jednak chciałbym podziękować obu autorkom za to, że zgodziły się bym tu pisał. Mam nadzieję, że tej decyzji któregoś pięknego dnia nie pożałują ;) Kochane z nich Siostrzyczki :) Obiecuję, że będę pamiętał o tym miejscu i że postaram się regularnie pisać.

A zatem, w największym skrócie: witaj nowy domu, powierniku mych najbardziej publicznych sekretów. Obyśmy zostali przyjaciółmi na dłużej …

Następna strona »