23:40, 23 marca 2008 roku wg Ery Dionizyjskiej.

Gdzieś w innym mieście, innym państwie – jest inny czas, inny dzień, a nawet inny rok. Niby dlaczego? Tak po prostu. A świat nie jest idealną kulą. A jednak się kręci! Widać ma taką potrzebę.

Chciałabym, żeby to była miła i przyjemna notka, czy wpis, jakby to nazwać. Ostatecznie mamy święta, a przynajmniej ci, którzy uważają, że należy je święcić. Inni mają chwilę wolnego, lub nie. A świat kręci się nadal. Choćby i nie było ani jednego dnia wolnego, ani chwili przerwy, świat kręciłby się nadal. Zresztą, on nie ma przerw, ani świąt.

Kiedyś ludzie pościli przez 2/3 roku, dziś niemal 1/3 mają wolną od pracy i poszczą o wiele rzadziej. Nawet Thietmar w kronice wspominał iż Dobrawa złamała parokrotnie post, aby przekonać swego małżonka, Mieszka, księcia Polan, do przyjęcia chrztu. Jakże to musiało ją boleć, że zamiast ryby jednego dnia zjadła niedźwiedzia. Swoją drogą podobno Polacy po przyjęciu chrztu – oczywiście – stali się mistrzami w przygotowywaniu potraw rybnych na tysiące sposobów. Ba! byli w tym nawet lepsi od mieszkańców niejednej wyspy… Ale nic dziwnego, skoro przez większość roku nie mogli jeść nic innego? Mogli, ale pewnie bali się ogni piekielnych.

I tak mi z miłej notki wyszły historyczno-kulinarne dywagacje o chrzcie i rybach. Ciekawe, co też człowiekowi przez klawisze na monitor przepływa, kiedy przestaje się specjalnie zastanawiać nad tym, co pisze. Doprawdy interesujące.

Tak prawdę powiedziawszy, to Dionizy Mały, który wymyślił, że Chrystus urodził się w ileś set lat po zbudowaniu Rzymu, machnął się o kilka lat… O czym pewno wszyscy wiedzą, więc dzisiaj być może powinien być rok 2016. Ale za dużo byłoby zamieszania w chronologii, zwłaszcza, że to i tak nie ma wielkiego znaczenia. Parę lat w tę, czy wewte, co za różnica? Przecież Dionizy ustanowił rok 1.wszy w VI wieku stworzonej przez siebie Ery! To dopiero sztuka…

A świat kręci się nadal. I niech tak pozostanie.

Miła być miła notka. O wszystkim i o niczym. Z pięknym doborem słów, taka ciekawa i w ogóle. Ale zacznijmy od tego: mam lenia, a o zgrozo nikt nie chciał go ode mnie wziąć. Chociaż proponowałam, że oddam tego pięknego, wypielęgnowanego lenia w dobre ręce, nawet mój dobry przyjaciel się wykręcił. Kurcze, nie ma chętnych. Może ktoś z was jest zainteresowany? To piękne stworzenie, zadbane, urocze, hm… nawet nie jest bardzo wymagające. To jak?

Napisałam już, co mam, ale do tego czegoś nie mam. Nie wiem jak się w to wszystko wplątałam, ale czas mi ucieka z garści. Pędzi jak szalony. Jeszcze całkiem niedawno było szaro i niemiło. (Ha, niech mi tylko ktoś napisze, że była piękna zima w tym roku!) A teraz zaczyna się świat zielenić, a na moim trawniku pysznią się kolorowe krokusy (z rozmach prawie napisałam Crokusy, a przecież Crokus jest jeden i bardzo daleko od mojego trawnika). O, znowu mała dygresja. Wracając do ogrodowych spraw, zacieram rączki na myśl, że już niebawem zakwitną fiołki. Kocham te kwiaty, mam nadzieję, że zakwitną te nowe przytargane z miasta oddalonego kilka ładnych kilometrów ode mnie. Pisałam już o nich, prawda? Posadziłam śliczne kępki przy starej jabłonce. Będą pięknie wyglądać, jeśli tylko uda mi się je zobaczyć.

Dlaczego? Bo znowu: czas gna jak szalony, a od kwietnia będę rzadkim gościem w domu, co mnie nawet cieszy. Lubię jak coś się dzieje, o to mi niespodzianka. Lubię, gdy życie gna, lubię spotykać się z przyjaciółmi, nawet nie wiecie jak wiele czerpię ciepła na samą myśl o waszej obecności. Poznaję coraz więcej nowych, ciekawych osób. Udaje mi się sprostać coraz dziwniejszym wyzwaniom. No, bo kto z osób, które mnie znają albo tych, którzy czytają czasem moje wypociny i domyślają się jak wyglądają moje stosunki z komputerem, wpadliby na pomysł, że będzie on jednym ze źródeł zdobywania gotówki? Fakt, aparat fotograficzny to jeszcze dziwniejszy pomysł. Tylko, że to początek – jak na razie nie zgodziłam się pełnić funkcji fotografa na ślubach. Ciągle śmieszy mnie ten pomysł. Nie jestem artystką, nie mam super wypasionych aparatów. Wygląda na to, że żeby wyglądać ‘profesjonalnie’ wystarczy robić mądre miny i mieć statyw… W każdym razie: po chwilach zastoju i totalnego dna (do którego się radośnie dokopałam) zrobiłam sobie z mojego emocjonalnego dołka śliczny basen, postawiłam ławeczkę, grilla i cieszę się chwilą.
Lubię całe to zamieszanie pod warunkiem, że mogę w pewnej chwili się zatrzymać, wziąć głęboki oddech i popatrzeć jak… kwitną fiołki, na przykład.

Wygląda na to, że mimo pewnej ilości kłopotów wpadłam w dobry nastrój, i nieprzerwanie śmieję się z pewnej obietnicy, Molu nie myśl, że zapomniałam (obiecałam sobie nie wrzucać komputerowych minek, ale jak mnie kusi by rzucić tutaj teraz pewien znaczek!). To chyba zbliżające…, jednak nie wizja zbliżających się świąt (przecież i tak je przepracuję) wprawia mnie w tak szampański nastrój. A zbliżający się kwiecień. Lubię ten miesiąc. Nie dość, że czas sam gna, to ja wybiegam myślą taki kawał do przodu. To pewnie dlatego, że być może uda mi się namówić kilka osób na złożenie pewnej wizyty. Ktoś jest zainteresowany wizytą w pewnym pięknym i spokojnym miejscu? Tak prawie bez okazji?

P.S. Dlaczego Jajko Niespodzianka? A dlaczego nie?
Dobrze, powód jest. Może go kiedyś wyjaśnię. Kiedyś.