Najwyższy czas powiedzieć coś od siebie. I ja również powspominam…

____

23.X.04.-23.VI.06.

Pusty pokój, najlepszy czas by pisać, coś cicho gra w głośnikach, czyżby Śmierć naprawdę potrafiła tańczyć? Odgłosy prawdziwego życia wpadają niechciane do ucha przez otwarte okno. Biała płaszczyzna edytora wwierca się w źrenice, nie trzeba patrzeć na monitor, na klawiaturę też nie. Napisze się samo.

Zaczęło się niewinnie, starszy pan z kotem na kolanach, drzemie w bujanym krześle. Skromna chata, ale czysta, pokrzywione stare sprzęty. Stół duży, dębowy, rozklekotany, a na nim… podobne do jaszczurki, dziwaczne stworzenie. Ni to pies, ni wydra. Właściwie, ani pies, ani wydra, ale smok, tylko mały, bo pseudo-smok. Historia sama zaczęła płynąć. Miała być krótka, zabawna i bez sensu. Historia jednak nie chciała na to pozwolić, nie miała zamiaru się szybko skończyć, ani nie mieć sensu. Historia widziała dla siebie światłą przyszłość, a ja jej wróżę ciemność szuflady i dysku.

Zaraz po Rudym, gadającym kocie i Huncwocie pseudo-smoku pojawia się maleńka leśna nimfa, tuż po chwili Lir, bard trzeciej kategorii, Merita córka sołtysa o reputacji poniżej zera, kupiec wielki – Dzik, jedwabiem handlujący, białowłosa Lotos – kopiująca obrazy za pieniądze, Epsilon, uzdrowiciel o zamiłowaniu do czaju, Mirfak kobieta-kot o zielonych oczach, niski bibliotekarz, i bogowie. Bogowie muszą być, to rzecz oczywista! Jednak śpią, mimo wszystko. Magia jest też, ale zakazana cesarskim edyktem, inkwizycja ma się dobrze.

Historia płynie dalej, aż na pustynię Nes, która snem wydawać się powinna, gdzie miasto Fantasmagoria leży. Historia chce skończyć w piaskach pustyni, o której wiele się słyszało, a skąd nigdy się nie wraca. Jeden wrócił, ale myślano, że oszalał, bo takie dziwy o świecie opowiadał. Historia pisze się sama, jest słodko gorzka, gdzie żart jest czarny, jak smutek, jak łuski smoka. Złośliwości tegoż są cięte, jak kwiaty w wazonie.

I ja, w tym wszystkim, w korowodzie zdarzeń niewytłumaczalnych. Po stronach internetowych spacerująca wolnym krokiem w poszukiwaniu nazw miesięcy. W Exelu tabelę zrobiłam, by nie pogubić się w czasie moim i tym z historii, gdzie 10 Kartika to pierwszy listopada, a 1 Caitra to ich Nowy Rok, a nasz początek wiosny. Kalendarium w innym pliku, bo historia musi mieć chronologię, kiedy powstało cesarstwo, od kiedy panuje cesarzowa, kiedy żył ten, który z pustyni wrócił? Obrazy kotłują się w umyśle, na kartkę przelewam wizje nie zawsze słowem. Kto by zliczył te obrazki, oczy, ręce, fryzury, budynki?

Historia biegnie dalej, wciąga mnie w nieznany świat. I już, stoję na rynku w Darze z bohaterami przyglądając się twierdzy w środku miasta. Zastanawiam się, po co ktoś ją wybudował, po co ją tu umieścił? Wysoka, przykro szara z zielonymi chorągwiami na szczytach wieży, czarny kir plącze się z flagą na wietrze. Ktoś umarł. Wczesnojesienne słońce grzeje, jak w lecie, białe chmury leniwie toczą się po niebie. Niewielu ludzi na ulicach miasta; żałoba. Umarł ktoś ważny.

Lekcja matematyki, nie interesuje mnie stereometria. Wyjmuję kawałek kartki, i historia znów zabiera mnie do świata, gdzie wampiryzm nie jest chorobą, ani niczym nadzwyczajnym, bo jak mówi Huncwot: Pchły i komary piją krew, a nikt nie uważa ich za chore.

Historia nie zatrzymuje się na długo, strumień skacze po kamieniach, czasem tylko zwalniając. Pan Lasu przyjmuje z wielką fetą strudzonych podróżnych, wymieniając życzliwości z Huncwotem, któremu jarosza strawa nie w smak. Smok rozumie, że Pan nie zabije poddanych, których po wiekach snu odzyskał. Przyglądam się temu z zainteresowaniem, krople nektaru na kielichach z kwiatów lilii błyszczą złociście. Delikatna melodia harfy i ptasi trel wznosi się ponad korony drzew Lasu Szeptów.

Jestem po uszy zadurzona w historii, więc dlaczego jej nie piszę? Nie kurzy się na nią, jest tylko plikiem, jednym z wielu. Historia doczekała się własnego folderu, nie mogę przecież szukać osobnych wątków po całym, trzydziesto gigabajtowym dysku. Wszystko zamarło w bezruchu, nawet Starzec, który ściga kota i pseudo-smoka. Jeszcze nie wiem dlaczego, nie wiem, kto zginie pierwszy, kto dotrze do celu, i czym cel się okaże. Historia pisała się sama, ale nie wie już o czym ma opowiadać. Zagubiła się w sobie.

Siedzę przy otwartym oknie, wiatr bawi się firanką. Zielony motyl-zaczepka zdaje się chcieć ulecieć w stronę szarego nieba. Radio gra, nic szczególnego. Rudy śpi gdzieś w mojej głowie, Lir gra na lirze, Merita rozmawia z Mirfak, Epsilon delektuje się herbatą, Dzik handluje jedwabiem… Starzec zniknął ze sceny, ukrył się gdzieś głęboko w cieniu. Odgłosy prawdziwego życia docierają do mnie, choć oddalone są ode mnie o dwadzieścia cztery metry wysokości. Patrzę z góry, cały świat mam w oku…

A wszystko zaczęło się w samo południe, dziewięć minut po dwunastej. Pewnego, pewnie słonecznego, jesiennego dnia. Dokładnie rok temu i osiem miesięcy. Zaledwie rok i osiem miesięcy, jedyne 250 stron i wiele tych niepoliczonych, które ukryły się w zeszytach, w osobnych plikach. 16 rozdziałów. A historia, mimo wielu przestojów i urlopów, toczy się nadal, nieprzerwanie. Do Fantasmagorii mamy przecież tak daleko…

____

I niedawno, powróciłam do ich historii, bo ona jednak chce zostać napisaną… Kto wie, co przyniesie czas? Od chwili, gdy zaczęłam ją pisać minęły już trzy lata, i dokładnie pięć miesięcy… A kiedy nastąpi szczęśliwy koniec? Kto wie, wszak do Fantasmagorii wciąż mamy tak daleko…