Słowa często są ulotne niczym płatki śniegu. Mija chwila i już odchodzą w zapomnienie. Oczywiście tylko te dobre. Złe potrafią dźwięczeć przez długi, długi czas, męcząc i trując człowieka. Dziś jednak będzie o tych miłych słowach, które warto zapamiętać. Powrócić do nich, pośmiać się i otrzeć łezkę rozrzewnienia.

Jako, zapalony erpegowiec przywykłam już łapać w garści i skrzętnie zapisywać cytaty, słowa, do których chętnie wracam. Myślę, że taki „Festiwal kwiatów spadających wiśni” będzie do mnie wracał nieprzerwanie. Stare, a sławetne moje zdanie wypowiedziane na jednej z pierwszych sesji.

Hasłem dni około sylwestrowych będzie To Zielone. Oraz Będę zdziwiony jak przyjdę tutaj jeszcze raz i zobaczę nazwę To Zielone. Jest to nazwa owocowego napoju*, którego mieliśmy okazję spróbować we Flisaku [co za cudowne miejsce]. Nikt nie wiedział, jak ów napój się zwie, więc spontanicznie zwaliśmy to Tym Zielonym. Flisak, sprzyjał takim ciekawym i nowatorskim tworom. Kiedy rozluźniona, we wspaniałej atmosferze i doborowym towarzystwie rzuciłam: Gdyby nie to, że jesteśmy trzeźwi, to pomyślałabym, że jesteśmy pijani, spowodowałam salwy śmiechu, od których większość rozbolał brzuch [sama nie wiem, czemu… byliśmy trzeźwi!]
Niestety, ten głupi ciąg myślowy powstały w tym samym miejscu, a który miał być tak głupi, że go zapamiętamy na zawsze okazał się na tyle mądry, że uleciał z pamięci. Jeśli ktoś sobie przypomni, proszę pisać tu, lub na gg, chętnie uzupełnię braki w pamięci.
Dzień wcześniej, także zupełnie na trzeźwo [no, prawie] tworzyliśmy radosne kwiatki słowne. Nie wszystkie niestety zapisałam, ale większość wiązała się z legendową sesją [mało mi, mało mi, więcej sesji by się zdało].

I tak o to, nie wiem, kto komu tłumaczył, na czym polega broń polna. Ale padły bardzo mądre słowa: Broń polna? To taka broń i wkładasz koniki polne. Któż popełnił te słowa? Bo wyjątkowo nie ja. Jak widać nie tylko ja jestem zdolną bestią.
Moim osobistym faworytem jest jednak zdanie wypowiedziane przez znajomego, ten jego pełen irytacji ton przy wypowiadaniu zdania: Ten koń naprawdę nic do mnie nie czuje? Sama nie wiem, jakie były oczekiwania owego mężczyzny. Ten koń miał czuć miłość, nienawiść? Kto to wie?
Od części kwiatków, które padały gęsto i radośnie muzyka odwróciła moją uwagę, ale kiedy z delikatnej i nastrojowej zmieniła się w taką groźną i gwałtowną, padło zdanie, które w jasny sposób określają, o czym myślą kobiety i mężczyźni w tym samym czasie:

Kobietka [E.]: Niepokojąca muzyka.
Mężczyzna [M.] To dobrze, bo będzie obiad.

Obiad był faktycznie, z resztą bardzo pyszny, nie powiem, a po obiedzie ciąg dalszy. Dzięki czemu całe towarzystwo dowiedziało się, że Osa jest rodzaju męskiego, a Sokół żeńskiego. A oni zachowywali się jakby młócili mięso. Nie wnikam. Nie wiem, kto młóci mięso i chyba tego nie chcę wiedzieć.

Cała sesja była miła, mimo wielkiej jej wady: była za krótka. A zakończyła się opisem przyszłych zachowań pewnej samurajko: Jutro spotkanie z Maho o 18. Nie, to nie idę.

Czy to wszystko? Nie wiem, jak pisałam, słowa szybko ulatują za pamięci, topnieją i znikają.

W przyszłości, być może, pokażę co jeszcze można zrobić ze słowami na sesji. Ale to później, by nie być monotematyczną. Umieścić je jednak będę musiała. By samej do nich powrócić i się szczerze pośmiać. Sylwester minął, czas wolno wracać do pracy.

Ja jeszcze tylko pozwolę sobie złożyć wszystkim Wam życzenia Szczęśliwego Nowego Roku. Oby ten nowy roczek nam się udał.

*Bardzo dobrego, był tam lód, kiwi, brzoskiwnie, ananasy… I sama nie wiem, co jeszcze.

Mówią, że miłość umiera. Że to uczucie, jeśli niepielęgnowane wypala się. A ja, mimo niewielkich starań wciąż jestem zakochana. W ciąż słyszę tę samą melodię, która powoduje, że śmieję się niczym mysz do sera, nieprzerwanie mam ochotę siedzieć wpatrywać się i słuchać. A przecież nic nie robię. Tylko jakoś tak ludzie przeszkadzają swoją obecnością. Aż chciałoby się uciec i cieszyć oczy widokiem samemu lub tylko z przyjaciółmi. Bo nie ma nic piękniejszego niż widok morskiej tafli zimą. Nie wiem kiedy, ale to nasz polskie morze zaczarował mnie swoim widokiem na tyle mocno, że zimą na kilka dni tylko chcę wyjechać i przez chwilę tylko pospacerować na plaży.


Widzieliście kiedyś mroźne, zimowe morze? Naprawdę nie ma nic piękniejszego. Jest zupełnie inne niż to letnie. Tafla wody mieni się granatem i jest niczym powierzchnia lustra, gładkie aż po horyzont, w której odbijają się ciężkie, powolne chmury. A jeśli ma się szczęście i na ośnieżonej plaży pozostają tylko ślady mew… Po prostu cudo. Nic więc dziwnego, że witałam Nowy Rok nad morzem.


Sylwestrowy spacer z przyjaciółmi nad morzem, to jest coś, co mogę polecić. Cieplutka atmosfera na tle zimy. Mniam.
Jak spędziłam Sylwestra? To opowieść na jutro.
Jutro opowiem, co widziałam, słyszałam i powiedziałam. Dziś jeszcze zachowam delikatny szum morza. Pozostało tylko czekać kolejny rok. Wciąż jestem zakochana w widoku zimowego morza.

Będę tęsknić.