Człowiek trochę zajmie się innymi sprawami niż blog, a już go obgadują, w dodatku w miejscu publicznym. Droga Aislinn, a nóż ktoś to przeczyta?! Ładnie to tak? Zdradzać czyjeś tajemnice na forum? [Co prawda to nie Forum Romanum, ani Forum Augusti, ale mimo wszystko - miejsce publiczne]

A tak, pani Aislinn jednak powiedziała prawdę, ale tylko w połowie, właściwie to w niewielkiej części. Po pierwsze – nie opuszczam bloga, po drugie nigdy w życiu nie pojechałabym do Ameryki! Ale cała reszta leży niebezpiecznie blisko prawdy. ;) I tak, mam zamiar pisać w czasie podróży. Za koślawe litery już z góry przepraszam.

I co ja mogłabym więcej powiedzieć w tej – poniekąd - pożegnalnej notatce? Że dzisiejszy dzień był piękny, chociaż dość ciepły. Że spotkałam się z cudownymi ludźmi z mojej grupy. Było miło i przyjemnie. A knajpa znana jako Grota to bardzo klimatyczne miejsce. Piwnica, kolebkowe sklepienie, goła czerwona cegła, drewniane ławy i stoliki, oświetlenie dość skromne – w większości stanowią je świece, które za świeczniki mają butelki po czystej. I zdaje się, że zaczęliśmy utrzymywać tę knajpkę, bo dziś poza naszą dziewiątką siedziało tam jeszcze tylko dwóch panów. [Mam nadzieję, że nie wykurzyliśmy pozostałych klientów. ;) ]

Dziewiątka… jaka to piękna liczba! Właśnie mi się przypomniało, że Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa w momencie, kiedy został założony również liczył sobie ledwie dziewięciu chłopa [znaczy szlachcica, właściwie to rycerza]. Czy to nie ironia losu, znaczy… ta nazwa trochę ironicznie brzmi… Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa, który był najbogatszym zakonem rycerskim w historii. Do tej pory poszukiwacze przygód mają nadzieję na odnalezienie skarbu Ubogich Rycerzy, dalej znanymi jako Zakon Świątyni, a więc Templariusze. [Pewnie każdy kto to czytał wiedział od samego początku o kogo mi chodzi, ale czasem lubię rzucić jakąś łopatologią stosowaną. ;) ]

Wydaje mi się, że to wystarczy na pożegnanie. Oby, oby… Bo jutro już nie będę tu zaglądać, pociąg co prawda odjeżdża w południe, ale przydałoby się zjeść coś wcześniej. A Ty, droga Aislinn, nie bój żaby! Będzie dobrze, obiecałam przecież, że będę trzymać kciuki! Za rękę Cię nie potrzymam, ale przejeżdżając przez Twoje Miasto będę intensywnie myśleć o Tobie i Twoim egzaminie. Tzn. bardziej intensywnie niż wcześniej.

Cóż… Au revoir! Auf Widersehen! Good bye [and good luck]! Do zobaczenia. :)

Ostatnimi czasy moje przyjaciółki chodzą i śpiewają tę melodię. Ktoś z Was ją zna? Ja nie, ale nie jest to trudno zrozumieć- muzycznie zawsze jestem do tyłu. Nie powinno też nikogo dziwić wybór melodii do śpiewania. Po pierwsze uczą się rosyjskiego, a właściwie uczyły, bo został im tylko egzamin. Po drugi pachnie już wakacjami, prawda Pani Chaosu? Muszę zdradzić jej sekret, zanim ona to zrobi. Ellaine rzuca nasz [!!] blog. Jedzie sobie w pół Ameryki i jeszcze dalej. I pewnie będzie milczeć. Niby czasu to ona będzie teraz miała więcej, a jednak coś mi się zdaje, że będzie jeszcze bardziej zajęta niż w czasie sesji. Biedny, biedy blog. Ale jakby co mam jej numer telefonu, więc niech się boi ;). Jest też nadzieja, że w czasie tak dalekiej drogi weźmie się za pisanie listu do mnie. Bo mi wisi już kawał czasu. A i może przypomni swemu panu, że i on mi list obiecał? Ile to już lat czekam na ten list? Dwa? Nie tracę jednak nadziei, może to tylko Poczta Polska zagubiła gdzieś kopertę i niedługo ją znajdzie? Komu, jak komu, ale mnie jeszcze nie [nie chcę być pesymistką, ale pewnie zapachną dopiero w październiku]. Zaczynam sesję. I tym samym kończę ten dość nerwowy okres przed sesyjny. Oj było ciężko! Problemy z ‘daj pan zaliczenie’, oraz kilka innych powodowały, że gryzłam [Nie dosłownie!]

Ale były też przyjemne dni. O, taki 13 czerwca na przykład. To była środa [nie da się zapomnieć, bo było to dzień, kiedy usiłowałam poprawić się z mojego ulubionego przedmiotu, chyba nie muszę mówić, z jakim skutkiem?]. Po tych stresujących chwilach jechałam sobie do domku autobusem. Chyba każdy, kto patrzył na wyświetlacz uwierzył, że że jest wtorek, a nie środa. Mało zabawne, prawda? Ale mina ludzi, którzy najpierw patrzą na mnie, a później usiłują dojść, z czego ja się śmieję. Oglądali za siebie i nie mogli zrozumieć, o co mi chodzi. A ja nie mogłam się powstrzymać, kiedy pomyślałam o tym wtorku w środę i „Fieldorfa Kuku” to pękałam ze śmiechu. „Fieldorfa Kuku” i „Najświętszej Maryi Pa” to napisy, które były wyświetlane w autobusach mojego miasta, oraz czytane przez poważny głos lektora. Tak, tak temu Fieldorfowi to się w chowanego bawić zachciało. Do tej pory, muszę to przyznać, śmieję się radośnie. Jaka ta komunikacja grzeczna, wysiadających ludzi żegna. Tylko, dlaczego ich nie wita?

Ech, wracam do kucia angola. Nawet nie wiedziałam, że coś z niego umiem. No, normalnie jestem zszokowana. Tyle, że wszystko zaczyna mi się mylić i matko moja ja właściwie nic nie umiem. PUSTKA. KOMPLETNA. To się chyba nazywa panika. Aaaaa! P.S. Ja doczytałam do końca :PP.S.II Zapomniałam swojego hasła. Dno. Ale pewnie się od niego odbiję, nie? Kurcze, ja nie umiem pływać. Jest źle, źle, źleee. Kto za mnie pójdzie na egzamin? Albo chociaż mnie za łapkę potrzyma? Ale lewą, bo to pisemny. Źle, źle zawsze i wszędzie, jak powiedział Norwid.

Tak, wiem. Rozsyłam plotki o tym iżby droga Aislinn zaniedbywała blog, kiedy w tym samym czasie ja, nie robię nic by ukazała się nowa notatka na tymże. W prostym rozrachunku wychodzi na to, że jestem po prostu kłamcą i oszczercą. Dobrze, niech i tak będzie. Mnie to wszystko jedno.  :)

Nie mam czasu… Tak mogłabym się tłumaczyć. Ale kto mnie zna, ten stwierdzi znów, że to kłamstwo! Wierutna bzdura. I pewnie będzie miał rację. Czas mam i to – chyba – sporo, bo aż do samej śmierci. Tak przynajmniej tłumaczyła nam to w podstawówce [gdzieś koło klasy piątej, ewentualnie szóstej] nauczycielka języka polskiego, trzeba dodać - najwspanialsza nauczycielka języka polskiego jaką miałam w ciągu dwunastu lat obowiązkowej nauki. [Zaraz za nią w rankingu uplasował się prof. polskiego, który uczył mnie w liceum. Brawa dla tego pana w okularach!]  Wracając jednak do sprawy – na tamtej pamiętnej lekcji języka polskiego, omawiany był obraz [niestety nie pomnę ani tytułu, ani autora]. Obraz ów przedstawiał człowieka, który był uczepiony wskazówek zegara, a może na nich stał? W każdym razie… Coś było w tym takiego, że człowiekowi owemu groził upadek z zegarowej tarczy i śmierć w związku z tym. Pani W.G. w komentarzu do tego obrazu powiedziała, że nie można mówić iż nie ma się czasu, ponieważ czas się ma zawsze – aż do śmierci. A skoro człowiek nie ma czasu, oznacza, że nie żyje.

Dlatego, nie powinnam mówić, że nie miałam czasu. Bo czas mam, ostatecznie – wciąż żyję.

Z podobną kwestią spotkałam się w Kosiarzu, T. Pratchetta, w którym Śmierć otrzymał czas, tj. własny czasomierz. Śmierć był zadowolony z tego, bo nie znał upływu czasu, nie mógł go ani zmitrężyć, ani na nic przeznaczyć, bo go po prostu nie miał. Śmierć nie może mieć czasu, bo nie żyje. Tylko żywym przysługuje… bo ja wiem, zaszczyt ? posiadania czasu. Proszę o wybaczenie za taki długi wstęp, który prowadzi do niczego, a wręcz pętli się coraz bardziej z każdym kolejnym słowem. Ach, te słowa… i moje pokręcone filozofie i wynurzenia.

Czy tak trudno było mi powiedzieć, że po prostu obecnie nie mam głowy do zajmowania się blogiem? Że jest sesja, tj. system eliminacji studentów jest aktywny, i że zamiast pisać tutaj, to powinnam ślęczeć nad książkami i notatkami? Że powinnam powtarzać jak mantrę nazwy państw i ich ustroje polityczne, ich terytoria zamorskie? Oczywiście, że było by łatwo. Ale po co skracać sobie przyjemność, wiedząc, że jeśli ktoś nie znudził się na początku to być może dotrwał w czytaniu do końca?

Pozdrowienia dla wytrwałych! :)

Te tytułowe plotki dotyczą kilku spraw. Dokładniej dwóch.

Otóż niedawno zarzucono mi, że skłamałam na blogu. Otóż nie, jeszcze (przecież nie wiem, jak będzie dalej) nawet nie minęłam się z prawdą. Zwyczajnie nie pisałam o wszystkim, myślę jednak, że to jest zrozumiałe. Bo jest, prawda? Już spieszę z wyjaśnieniami. Miłe panie w autobusie do Wrocławia mówiły o dużych niebieskich… oczach swoich lubych. Oczywiście, mówiły także i o czymś innym, ale o czym, tego nie zdradzę. Koniec końców sama należę do kobiecego rodu i nie będę zdradzała naszych słodkich tajemnic. Takich spraw ujawniać nie można (tutaj każda kobieta pewnie szeroko się uśmiechnie, a każdy mężczyzna nadstawi ucha, ale nic więcej nie powiem.) W każdym razie upewniłam się, że nie tylko ja plotę głupoty :).

Druga sprawa to informacja jakobym zaniedbywała to miejsce. Nie. Nigdy nie miałam w planach pisania dziennika. Aż takiego zapału to we mnie nigdy nie było. Co jakiś czas notatka wystarczy, mam taką nadzieję.

Teraz jestem troszkę zajęta, więc i częstotliwość się zmniejszy. Bo wiecie, robię film. Ja. Ta, która nie zna się na komputerach, teraz siedzi i dłubie przy reportażu nakręconym wspólnie ze znajomymi. Ciężka praca. A cierpliwości brak, oj, mówię Wam, zaraz pójdzie w ruch siekiera, motyka i co tam jeszcze będę miała pod ręką. Młotek.

Czy oni powariowali tam? Piszą, że to program dla laika, że każdy zrozumie, o co chodzi. Phi, nie każdy. I zaznaczam, blondynką nie jestem (po sesji to się może zmienić, do fryzjera czas. Ale jeszcze nie teraz, jestem przesądna). O czym jest ów wspaniały, przecudny, najwspanialszy (niepotrzebne skreślić) film? Ten, kto jakiś czas temu oglądał Fakty, wie o koszulkowej sprawie (jejku jej jest naprawdę dobra i ładna), my kontynuowaliśmy ten temat. Niestety nie mogę tego umieścić na sieci, gdyż studenci zastrzegli sobie  ‘prywatność’, nie dziwię się, ja sama zaczynam się bać i zadawać pytanie czy ten materiał powinno się oddać do oceny. Gdyż jest to forma mojego egzaminu, a materiał dość… prowokacyjny. Ciekawe, dostanę zaliczenie, czy też nie? Przekonam się już za tydzień. Trzymajcie kciuki.

Wracając do tego, co chciałam powiedzieć już wcześniej, ale jak zwykle słowa mnie pokonały: kręcąc ten materiał, przekonałam się jak wielką siłę mają słowa, jakie są polityczne, a ludzie jak bardzo są wobec nich słabi. Jedna z osób tam występujących zmuszona była wypowiedzieć kilka zdań, która podejrzewam nawet nie były autorstwa tej osoby, ba nie były nawet zgodne z przekonaniami (wiem, bo wcześniej rozmawiałam, tak szczerze poza kamerą). Ale paść musiały. Dlaczego? Sama nie wiem, chyba dlatego, że nasza rzeczywistość jest twarda. Szkoda, że niektóre słowa nie są słyszane, kiedy są szeptane, ani kiedy są wykrzyczane. Może naprawdę lepiej mieć zaklejone usta?