Następna strona »

Demonizujesz, droga Aislinn… Demonizujesz. Wszystko jest ładnie napisane w naszym ojczystym języku, a jeśli czegoś nie wiemy, zawsze możesz poprosić o pomoc tego, który pomógł nam się tu przeprowadzić. Prawda? Chyba nie odmówi biednej kobiecie w potrzebie, znaczy Tobie? Zresztą, któż by mógł Ci czegokolwiek odmówić…

20 godzin do Bieszczad? To jak nad Morze i z powrotem. Łożesz, bogowie najmilisi! Zdecydowanie wolałabym jakąś trasę, która nie trwa prawie dobę. Ale, ale… to nie jest do końca tak, że jedzie się cały czas 20 godzin. Zapomniałaś wspomnieć, że w między czasie można przeżyć niezapomnianą noc na dworcu w Jaśle. ;) Co prawda i ponad dobę można jechać tam, albo z powrotem…  Przecież wszyscy kochamy PKP! Ale ja, szczerze mówiąc, boję się tego wyjazdu… Może nie tyle Bieszczad, co kompanów podróży i pobytu tamże. Straszne! :)

Mam dziwne wrażenie, że na siłę próbuję napisać dowcipną notkę. Ale szczerze? Nie chce mi się. Ostatnio słowa nie wychodzą mi najlepiej. Nie mam weny do czegokolwiek a tym bardziej do pisania. Referat o cesarzu Oktawianie Auguście potrafi wypruć ze wszystkich możliwości pisarskich. Aczkolwiek, referat się udał. Nawet został pochwalony przez dr R., a jego słowa o nim była niby melodia! „Jeśli ktoś słuchał referatu waszej koleżanki, to dowiedziałby się wielu interesujących rzeczy”. Tak, proszę zwrócić uwagę na słówko – jeśli… wygłaszanie referatu ma to do siebie, że czyta się go sobie a muzom. Smutne, ale jakże prawdziwe.

Z drugiej strony pisanie referatu w środku nocy to bardzo przyjemne doświadczenie. Cisza, spokój, nikt nie narzeka, że za głośno stukam w klawisze. Nikomu nie przeszkadzam. Są tylko Stosy kserówek, książek, komputer, muzyka i ja… A najpiękniej jest, kiedy już skończy się pisać, by móc w końcu odpocząć, choć nie czuje się zmęczenia. I kiedy człowiek kładzie się zdrzemnąć (bo trudno nazwać jakiś trzy-, czy cztero-godzinny lekki sen), a za oknem słońce już pięknie rozlewa pomarańcze i żółcie na wschodzie… jest po prostu pięknie. Ha! zresztą… nie sądziłam, że ptaki zaczynają ćwierkać niewiele po trzeciej nad ranem. Pamiętam, że wyłączyłam muzykę, by móc posłuchać ich porannych treli.

A gra w szachy o czwartej rano… niezapomniane przeżycie. Zwłaszcza, kiedy się przegrywa, a po każdym ruchu widzi się głupotę własnych posunięć… „Polak mądry po szkodzie”, prawda. W końcu przysłowia mają to do siebie, że tkwi w nich ziarno prawdy, albo nawet całkiem spora pestka. ;)

[Aislinn wygląda zza kotary, i wodzi przerażonym wzrokiem]. Ładnie tu, nie powiem, ale tak jakoś… Strasznie. Tyle tych dziwnych zakładek, możliwości, przycisków. Zdaje się, że mam uprawnienia administratora? Chyba powinnam uciekać z dzikim pędem, jestem pewna, że inaczej znajdę jakiś przycisk i będę się chciała przekonać, co on robi. Skutek chyba jest w stanie przewidzieć każdy, prawda?  To wszystko tak w ramach wstępu, bo tyle się rzeczy wydarzyło, że nie wiem, o czym pisać. Mówiłam wcześniej, że maj jest miesiącem urodzin, pamiętacie? Ostatni tydzień nawet bardzo obfitował w tego typu święta. To oraz nerwy związane z Wielką Inkwizycją na mojej uczelni odebrały mi jakoś ochotę do wysiłku myślowego, a co z tym idzie brakło mi weny do pisania. Nawet tutaj. 

No, ale wczoraj był dzień błogiego relaksu i leniuchowania [paru innych spraw także, ale o tym lepiej nie mówmy]. Wyjechałam poza moje rodzinne miasto by z pewną Papryczką Chibi świętować urodziny. Okrągłe. Ale za nim do niej dojechałam doszłam do bardzo ‘mądrych’ wniosków. Jazda PKS’em dokształca. W długi majowy weekend dowiedziałam się, że w Książu jest dużo przystojnych facetów, zapamiętałam to, zapisałam i koniecznie muszę odwiedzić to miasto ;). Dowiedziałam się wtedy, o czym mówią kobiety, oraz że takie głośne rozmowy strasznie głupio brzmią. A do tego są nudne. Ile można słuchać o tym, jaki jest on przystojny, jakie ma piękne oczy? Powiem Wam ile, bitą godzinę. Ale to nic, wobec 45 minut słuchania na temat jak ta pani miała złe ciśnienie i jak świetnie działa koniaczek. Nie znoszę tego alkoholu [ale to nie  jest aż takie ważne], warto jednak sobie zapamiętać jak będę miała kłopoty z krążeniem. Ale, dlaczego mówić o tym zupełnie obcym osobą? Jedno jest całkowicie pewne: nie ważne ile kobieta ma lat: 18 czy 68,gada równie głośno o błahych sprawach. Przyznaję, to są całkiem poważne sprawy [koniec końców sama chcę jechać do tej obfitującej w mężczyzn miejscowości ;) ], ale żeby perorować o nich taki kawał czasu? Wniosek jest jeden: Chibiaczku żadnych wyjść na piwo, bo gadamy tak samo nudnie, a do tego zdradzamy wszystkie babskie tajemnice facetom pinie się przysłuchującym. Jak mi się przypomni mina tego pana zza baru… Chyba lepiej żeby mi się nie przypomniała. 

Już zacieram rączki na samą myśl o drodze w Bieszczady. Może pojedziemy te 20 godzin? Tyle plotek, tyle ważnych informacji. Jest jeszcze tak wiele rzeczy, o których muszę się dowiedzieć, a czas goni. Wyjazd w góry będzie świetną okazją do nadrobienia zaległości. [A do tego tani bilet PKP/PKS. Same plusy normalnie]. 

Mam ogromny zaszczyt, by napisać pierwszy wpis w nowej odsłonie naszego bloga. Tak, droga Aislinn, niech nastanie zgoda, co do nazewnictwa. Niech to będzie nasz blog. Aczkolwiek twierdzę, że jest bardziej Twój, niż mój. No, cóż… Takie jest moje zdanie i nie musisz się wcale z nim zgadzać. Przypuszczam, że się faktycznie nie zgadzasz.

Właściwie, po zastanowieniu muszę jednak powiedzieć - to nasz blog. Ostatecznie, obecnie obie jesteśmy administratorkami, więc mamy równouprawnienie, hyhy… Ech, już się nie wymigam. ;) Dobra, zaczynam pisać od rzeczy…

Wiesz, jakby tak się zastanowić, to pomysł z przeprowadzką, jest trafiony. Podoba mi się tutaj, ma więcej opcji i w ogóle, można dużo ciekawych rzeczy porobić. I ogólnie to wizualnie też przedstawia się przyjemniej. Tak… jednak wordpress mimo iż w ingliszu, ma swoje plusy i dodatnie minusy. ;) Co prawda mam nadzieję, że liczba opcji to nie będzie „klęska urodzaju”… Ale jakoś obie znajdziemy się w tym miejscu, taką przynajmniej mam nadzieję.

Wspominasz o juwenaliach. Był koncert i cóż z tego, że był kiedy nie miałam się na niego jak dostać. Dobrze, dostać się na lotnisko jeszcze by było – jak, bo autobusy jeżdżą w ciągu dnia. Właśnie, w ciągu dnia… Problem polega na tym, że ostatni bus w kierunku mojego miejsca zamieszkania odjeżdża po 22.00, natomiast koncert jak śmiem przypuszczać trwał, co najmniej dwie godziny dłużej. Oczywiście, organizatorzy koncertu pomyśleli o tym i zorganizowali transport do centrum i do miasteczka studenckiego, a reszta musiałaby sobie jakoś radzić. No, cóż… Piechotą i w nocy, jakoś nie miałam ochoty iść tych kilku kilometrów do domu. Lepiej posiedzieć w domu było i czytać, na ten przykład „Dzieci Húrina” J.R.R. Tolkiena.

Jeśli mowa już o Tolkienie, to chyba przeproszę się z tym autorem i sięgnę po „Władcę pierścieni”, może tym razem się uda…

PS.: Wielkie podziękowania dla pana Mista, bez którego przeprowadzka nie byłaby możliwa. :)

Aniu, znaczy Pani Chaosu, widziałaś? Naprawdę mamy super bloga ;). Jaka jestem grzeczna? Mówię ‘nasz’ blog, bo mamy tutaj małą dysputę czyj to jest blog i do kogo są skierowane te słowa. Ja tam jestem za opcją, że to do Ani.Nie wiem jak ona, ale mnie cieszyłyby te słowa, ale to tylko… słowa. Czy mówiłam już, że podchodzę do słów dość sceptycznie? Słowa znaczą mało. Czy taka opinia może być szczera i prawdziwa, jeśli dalej widnieje adres strony, zamiast autora? Komu razem z Anią mamy dziękować za tak miłe słowa, jeśli autor się nie zechciał ujawnić?Słowa, słowa… Ech, słowa. Ostatnio w tych słówkach brodzę i nijak nie umiem rozpoznać prawdy. Półsłówka, niedomówienia, obowiązek wysłuchania ‘co autor miał na myśli’, bo nie to, co powiedział. To nawet dobrze, jeśli masz szansę wysłuchania tego, swoistego tłumaczenia. Ale gorzej, jeśli musisz podejmować decyzje kierując się domysłami. Nie ważne, zaczynam filozofować i to mi nie wychodzi na dobre, właściwie zaczynam sobie kopać dołek. Właściwie to go pogłębiać, oj będzie jeziorko, a obok stoliczek i krzesełko.Pani Chaosu, bo ja się zaczynam bać, że palnęłam głupstwo. A wysłanie tej kartki było naprawdę, prawdziwym błędem. No i nie odważę się złożyć następnych życzeń.

Maj, jest pięknym miesiącem, większość przyjaciół, rodzinki właśnie w tym miesiącu ma urodziny. Od jakiegoś czasu latam po sklepach w poszukiwaniu ‘tego jedynego’ prezentu dla mojej najlepszej przyjaciółki. Wymyśliłam sobie coś i nic mi się nie podoba. Chyba przejęłam jej cechy charakteru. Ona zawsze coś sobie zaplanuje, a później nic nie pasuje do tego, co ona sobie umyśliła.

Szukam czegoś specjalnego, bo to nie bagatelne urodziny, okrągła rocznica. W końcu i ona wchodzi w ten najlepszy etap życia. Jeszcze tydzień tylko a ja nie mam dla niej prezentu. Straszne! Bo, niestety ja nie odkryłam w sobie tej cechy kobiecości, jaką jest uwielbienie robienia zakupów i ogromna satysfakcja z łażenie po sklepach. To jest okropne! I nudne. A i tak tego, co chcę znaleźć nie ma! No nic, w poniedziałek udam się na łowy raz jeszcze.

A jeśli chodzi o juwenalia… Masz szczęście Pani Chaosu. Masz jakiś koncert. Coś się dzieje. Można iść razem ze znajomymi, pobawić się, poznać innych ludzi. A u mnie? Szkoda gadać. Ja chcę do Warszawy! Tam jest żywo, gwarno i kolorowo. A u mnie jest umarłe miasto. Nie chcę narzekać, to nie leży w moim charakterze, ale czy przeciąganie liny i dyktando nie do napisania jest wszystkim, co powinno być na juwenaliach? O, przepraszam, zapomniałam o ping- pongu.

Przykro jest patrzeć na to, co się dzieje. Przykro jest wiedzieć, że jedyne centrum kulturalne w moim mieście zrobi z nas wszystkich ograniczonych…

No cóż, jakby się tak zastanowić, to niedługo cały kraj będzie taki sam jak moje miasto. Ale to nie ma być blog polityczny. Prawda?

O, ale mi się długi tekst zrobił.

Oj, Aislinn, Aislinn… Ty to masz pomysły… Aże mi słów brakło. Dziękuję za ten piękny śpiew, doprawdy wzruszyłam się. Życzenia i w ogóle. Chusteczkę byś mi podała, żebym łezki wzruszenia nie ocierała rękawem flanelowej koszuli. No, tak i Ty mi musiałaś przypominać o tym feralnym siedemnastym maja, gdy o ósmej rano ujrzałam ten padół? ;) Co prawda nie pamiętam tego dokładnie, właściwie ledwie z opowiadań… A może to nie był siedemnasty maja, może wcale nie miałam dzisiaj urodzin. I co wtedy? …

Juwenalia. Hm, chyba gdzieś słyszałam… A tak, jutro mają się ku końcowi. Nawet jest koncert Dżemu o 23.00 na „płycie” lotniska, niestety gdyby nie brak możliwości dotarcia na koncert i taki sam brak możliwości powrotu bezpiecznego w domowe pielesze, być może nieomieszkałabym się wybrać i posłuchać.

Ale zaraz… przecież ja nie cierpię koncertów. Prawie tak samo jak urodzin. Aczkolwiek to drugie mogłabym polubić, a pierwsze – też, gdyby muzyka była trochę bardziej cicha ;)

Wdech… I wszyscy równym głosem:Sto lat! Sto lat! Sto lat!Niech Pani Chaosu żyje nam![z tego śpiewającego, co najmniej na trzy głosy, chóry, wyróżnia się lekko fałszujący mój głosik. Ale, jakże inaczej: życzenia z głębi serca]. Otóż, jeśli ktoś jest niedomyślny, to Pani Ch. ma dziś urodziny, jeśli tylko chce, do tych życzeń może się dołączyć.

Z pewnych źródeł [niestety mój informator wolałby się nie ujawniać] wiem, że Pani Ch. starości nie czuje, jednak ma pewien problem jak wyeksponować urodzinowe podarki. Łezka się w jej oku kręci ze szczęścia i ledwo ukrywa wzruszenie.

No, to dziś tylko tyle w ramach pisania bloga. Reszta informacji przyjdzie z czasem. Może się przekonam, że juwenalia w moim mieście nie osiągnęły dna, jeśli dojdę do takich wniosków nie omieszkam Wam o nich napisać. [Żalić się pewnie też będę, a co!]

Aaa… Zapomniałabym jeszcze Pani Ch. dużo Moli, tfu znaczy Mola :)

Teatr… Hm, o ile mnię pamięć nie myli, to kiedyś byłam w teatrze. Nawet parokrotnie, jednak z przykrością muszę stwierdzić, że to było co najmniej dwa lata temu. Doskonale pamiętam jedną sztukę teatralną, o wdzięcznym tytule „Sztuka” wystawiane w teatrze Korez. Pamiętam ją, nawet pamiętam, w którym miejscu siedziałam.

Ach, to były czasy… Liceum mieliśmy bardzo kulturalne, chciało nas uduchawiać chyba, bo w teatrze w ciągu jednego roku byliśmy, co najmniej dwa razy, a poza tym poszliśmy do kina, albo do filcharmonii. Czy też sami wystawialiśmy przedstawienia (co prawda nie wiem na ile okazało się żywotne nasze kółko teatralne). Teraz ani czasu nie starcza, ani pieniędzy by się ukulturalniać i uduchawiać. C’est la vie… Podobno.

Co do sztuki pod tytułem „Sztuka”, opowiadała o sztuce współczesnej, tej bardzo abstrakcyjnej i niezrozumiałej; właściwie to o obrazie. A najbardziej w pamięć zapadł mi tekst jednej z postaci na temat owego obrazu „To jest białe gówno! Ale białe gówno z myślą!” lub inny tej samej postaci: „Kolory? Jak mogą ci się podobać kolory, skoro tam do cholery nie ma żadnych kolorów!” Aż się chciało krzyknąć z widowni: A co z białym?! Ostatecznie, biały to też kolor.

Pani Aislinn, jak tak można obrażać histeryków, ja tam żadnym histerykiem nie będę i nie mam zamiaru być. Ten kierunek nazywa się HISTORIA, ileż razy można powtarzać? A to, że na filologii też mnie chcieli, to już nie moja wina. Nie poradziłabym jednocześnie studiować dwóch kierunków. Proszę, wybacz. Jeśli chcesz, mogę Pani nawet list wysłać z prośbą o wybaczenie. A za brawa i cytat z Goethego, serdecznie dziękuję. :)

I nie martw się. Nie będę przesadnie dociekać, co do monet. A pana G. Juliusza C. też specjalnie pod lupą trzymać nie będę, ale miał ciekawe życie, nie powiem. Jeszcze jak ktoś ciekawie o ciekawym człowieku opowiada, to w ogóle robi się ciekawie. Ach. Chyba jednak zaraz wezmę go pod lupę, bo wieczór taki piękny…

‘Nie’ to takie urocze słowo, prawda? Krótkie, a tyle w sobie zawiera. Ma w sobie sporo mocy, a wydaje się takie kruche. Mimo wszystko to ‘nie’ jest takie definitywne.

Skąd mi się wzięło to słówko w głowie? Otóż dzisiaj byłam na przedstawieniu grupy teatralnej z mojego rodzinnego miasta. Rzadko udaje mi się uskładać pieniążki na dobre przedstawienie, a tam gdzie bilety bywają tanie różnie bywa… Ech, z rozczuleniem wspominam ‘Szalone nożyczki’ teatru Kwadrat? Widzieliście to? Jeśli nie, a będziecie mieli okazję to polecam! To był istny rarytas. Ale to dzisiejsze przedstawienie też było dobre. Przyznać muszę, że ‘sprawdzało’ wiedzę widza, ale dzięki temu było jeszcze zabawniej. „To aktor się pomylił, czy moja pamięć jest zawodna? A może tak ma być?” Właśnie w tej sztuce pojawiły się słowa z tematu dzisiejszej notatki. Wiecie, dlaczego wielki poetą Mickiewicz był? Bo w odpowiednim czasie pewna pani powiedziała właśnie to krótkie i okrutne słowo. To dzięki płci pięknej zaistnieli na firmamencie gwiazd dwaj mistrzowie pióra: Mickiewicz i Słowacki. Trzeci z wieszczów jest troszkę gorszy, bo jego Delfina mówiła ciągle tak, „rano: tak, w południe: tak, na emigracji: tak…”

Oczywiście nie wszystkie fragmenty tego muzycznego przedstawienia mnie porwały, ale większość scen była genialna w swej prostocie. Pytanie tylko, kiedy będzie moja następna wizyta w teatrze? Już tęsknię. A może tym czasem wybiorę się do kina? Zaraz, zaraz… U mnie zaczynają się właśnie juwenalia, może więc jest szansa na coś interesującego? [Chyba się nawet z kimś umówiłam, ale skleroza... Wiem! Będę się uczyć salsy, hihi]

Pani Chaosu, ja ciągle rozpaczam z powodu Pani studiów. Mieć szansę pracować na takim wydziale i co? I wybrać HISTERYKÓW! Ech, łza się w oku kręci.

Specjalnie dla tej Pani brawa, oraz cytat z Goethego:

„…Historia nauki zawsze nabiera doniosłego znaczenia w punkcie, w którym właśnie znajdujemy się; wprawdzie cenimy naszych poprzedników i w pewnym stopniu jesteśmy im wdzięczni za przysługę, jaką nam wyświadczyli, nikt wszakże nie lubi traktować ich jako męczenników, których własne niepohamowane dążenia stawiały w niebezpiecznej sytuacji, a nieraz – w położeniu prawie bez wyjścia;…”

Dlatego właśnie nie badaj za dokładnie pana Juliusza C. pod lupą, ani też nie dochodź skąd denar w ręku pana K. (oby żył w szczęściu i zdrowiu!).

I znów słowa wygrały batalię, ale o mały włos!

Cóż, może wystarczy już tej kurtuazji, moja droga Aislinn? Zrobię co w mej mocy by zapanował tu Chaos, bo jak wiadomo na początku był Chaos,… a Porządek to jego pseudonim artystyczny. ;) Męczysz kogoś? Tylko nie przesadź, bo denat to raczej niewiele tutaj napisze. Poza tym znęcanie się nad ludźmi jest karalne, zresztą nie tylko nad ludźmi.

Mówisz? Pamiętnik jak się patrzy? Wciągnęłam się w tą poranną opowieść, a Ty w takim ciekawym momencie urwałaś! I co teraz? Będzie ciąg dalszy? Proszę, proszę, proszę! Nie bądź okrutna, o wielka Aislinn! Ach, nie dowiem się gdzie zajrzałaś zaraz po kawie [tym ożywczym napoju, który na Ciebie już nie działa]? Och, ja nieszczęśliwa…

Dobrze, jeśli to ma być pamiętnik… To trudno. W końcu Ty tu rządzisz.

Miałam dzisiaj bardzo przyjemny wykład z Historii Starożytnej Powszechnej [HSP]. Prawdę mówiąc wszystkie wykłady z HSP są przyjemne, zapewne jest to wi… zasługa naszego wykładowcy, prof. K. – oby żył w szczęściu i zdrowiu! * Tak, niesamowity człowiek, a do tego jaki ma dowcip! Dzisiaj podzielił się z nami monetami, tzn. pozwolił je nam nawet trochę poma… dotknąć i się przyjrzeć im dokładnie. Jedna pochodziła z czasów rządów Lucjusza Korneliusza Sulli, pozostałe cztery z okresu cesarstwa rzymskiego. Tylko zachodziliśmy w głowę – skąd prof. K. (oby żył w szczęściu i zdrowiu!) wytrzasnął owe monety? Może pożyczył od Muzeum jakowegoś. Hm… Intrygująca sprawa!

Prof K. (oby żył w szczęściu i zdrowiu!) powiedział nam, że za jednego denara – tego republikańskiego na przykład (tj. z czasów Sulli), można było kupić sobie całkiem dobre wino, albo inne paliwo. W ogóle jeden denar miał dość dużą siłę nabywczą. Natomiast żeby kupić nauczyciela, potrzebne byłoby ok. 100 denarów. Gdy jednak ktoś zapragnął mieć piękną niewolnicę (lub niewolnika) musiał ze swej kiesy wyjąć od 250 do 300, lub więcej, denarów. Denar, to jeszcze tak gwoli wyjaśnienia – srebrna moneta, i nieduża w sumie, mniej więcej wielkości naszych 20 gr, albo ciut większa.

Dowiedzieliśmy się również, że jeśli podobizna cesarza, cesarzowej, następców lub córek cesarza wybita na monecie nie miała nakrycia głowy (korony, wieńca laurowego, welonu) oznaczało to ni mniej, ni więcej, że emisja została dokonana po śmierci osoby, której portret znalazł się na awersie.

To się rozpisałam… I widzisz, Aislinn, co zrobiłaś? Wpuściłaś historyka in spe na swój blog, to teraz masz! [diaboliczny śmiech]

_____

*pomysł zawołania beszczelnie zerżnięty z J. Lipińskiej, M. Marciniaka Mitologii starożytnego Egiptu – zawołanie to znajduje się w każdym miejscu źródła, w którym wymienia się osobę Faraona (oby żył w szczęściu i zdrowiu!), dokładniej chodzi o Legendę o dwóch braciach z Papirusu d’Orbiney z końca XIX dynastii.

Pani Choasu, być może, zaprowadzi troszkę zamieszania i to miejsce stanie się ciekawsze, czyż nie? Chyba nikt w to nie wątpi. [Aislinn dyga powitalnie]

Jeszcze jedną osobę męczę o to, żeby stał się współautorem tego miejsca, niestety jest ona oporna. Będę musiała popracować nad ową osobą ‘na żywo’. Co zrobić, że wplątuję osoby dla mnie ważne w coś, w co sama jestem zamieszana?

Jak najbardziej, Aniu, to będzie pamiętnik co się zowie! To taka mała próbka: ‘Wstałam dziś rano razem z pierwszym biciem dzwonu. Warcząc na specyficzny ‘budzik’ zwlekłam się z łóżka. To nic, że mój własny, osobisty budziki był ustawiony na późniejszą godzinę, mam pecha, bo ten dzwon jest głośny, ale to jeszcze nie ‘ten czas’ i wokół mojego domku panuje zazwyczaj przyjemna dla śpiocha cisza. Lekko zamroczona udałam się w kierunku kuchni po pierwszy łyk ożywczego napoju [kurcze, tylko dlaczego ten ożywczy napój na mnie nie działa?]. Ale wracając do rzeczy, znaczy do tematu właściwego, po kawie [tak, tak to właśnie ten ożywczy napój, który nie działa] zajrzałam do…’ Nie macie już dość? Bo ja tak :)

Mój smutno-refleksyjny nastrój ciągle mnie nie chce zostawić. I ciągle zadaję sobie pytanie niby jakim cudem zostałam zaplątana w słowa tak, że trudno mi teraz z nich się wyplątać. Chociażby teraz: piszę o wszystkim i jakoś nie udało mi się dobrnąć do tego głównego tematu, o którym miałam szczery zamiar pisać. Kiedyś Wam powiem o słodkich flirtach z przystojnymi… Zaraz to nie ta bajka! O mały włos, a nie te właściwe słowa by wypłynęły ;).

Wciąż powracają do mnie zasłyszane słowa, o tym, że jesteśmy w tym samym miejscu. Chciałabym. Być może było łatwiej, być może za jakiś czas o tych chwilach też będę myśleć z uśmiechem na ustach. No dobra, wcale nie są takie złe. Są gorsze i lepsze chwile, taka zwyczajność.

A jeśli chodzi o ‘właściwy’ temat, to do niego być może dotrę następnym razem. Jeśli tylko słowa mnie nie pokonają.

Następna strona »