Następna strona »

O erotyce w pracy.

Prowadząca do kierownika:

- To jak? Gosia będzie naciągać napletki?

- …?? – po pełnej konsternacji chwili – że co?

- Naciągać napletki

- Acha, dobrze.

15 minut później z zaaferowaną miną wpada kierownik. Stoi dłuższą chwilę i z psotnym uśmiechem pyta:

- Co robi Gosia?

- Naciąga napletki.

- Acha. – Tyle tylko poszedł, dalej z tym podejrzanym uśmiechem.

15 minut później. Wpada kolega z sali obok z uśmiechem prawie dookoła głowy:

- Cześć Gosia, co robisz?

Dochodzi ósma godzina pracy i ponownie kumple z sali obok z podejrzanym uśmiechem mówią:

- Słuchajcie, co Gosia robiła całą noc?

-Rany, nie wiecie nawet takich prostych rzeczy? Naciągała napletki

- Jeśli robiła to całą noc, a teraz wróci do domu, położy się w łóżku, koło męża to, co będzie robić?

Koniec z trwającą do tej pory ciszą. Wróciłam!

A myśleliście, że będziecie mieli w końcu ciszę i spokój? O co to, to nie! [właśnie w tej chwili rozlega się dookoła mój iście diabelski śmiech: BUCHACHA CHACHA!]. Pozbierałam się do kupy, otrząsnęłam, dałam sobie wewnętrznego kopa i dołączyłam do klubu. Wam też radzę, świetnie energetyzuje.

Jakiś czas temu nie mogłam wyjść z podziwu jak to mój znajomy może nie spać prawie całą noc, w dzień też nie zażyć miłych chwil w objęciach Morfeusza i funkcjonować. Teraz poznałam jego tajemnicę. Nagle okazało się, że dobie brakuje godzin. 

Znacie Uberwaldzką Ligę Wstrzemięźliwości?  Zdaje się, że to w Potwornym regimencie Pratchetta przedstawiona jest pewna postać, która bez codziennej dawki kawy zachowuje się nieco… Uznajmy, że nietypowo. Dzięki cudnemu ziarenku jest jednak w stanie funkcjonować, stając się miłą i kulturalną jednostką w społeczeństwie. Idąc w jej ślady ostatnimi czasy żyję kawą. Boski napar. Ożywia, pobudza, pozwala myśleć, złącza w mózgu działają jakby szybciej. Po prostu funkcjonuję jako normalna istota ludzka. Buchacha! CHACHA!

Nawet nie chcę mówić, co by się stało gdyby brakło, owego dającego poczucie życia, ziarna. Pewnie bym mało co kontaktowała, godziny z dnia uciekałyby niczym woda, a ja chodziłabym jak zombi wołając kawy, kawy, KAWY. Po czym zagrzebałabym się pod kołderką i trzęsąc się jak w malignie ukryłabym się przed wszystkimi ludźmi zapadając w sen…

Nie, zawsze mam w torebce żelazny zapas kawy. Buchacha! BUCHACHA!!!! CHACHA!!!!!!!!!!

Bójcie się.

Jestem kobietą.

Ale odkrywcze, co? Jestem kobietą, ale jednocześnie chyba całkiem znośnym kumplem. Świetnie nadaję się na spontaniczne wyskoczenie do kina, przyjacielskie pogaduszki przy piwie lub chwile poważnych rozmów czy wysłuchania garści żalów [co nieznaczny jednak, że chciałabym wiedzieć o wszystkim. Mówiąc szczerze to wolałabym żeby mi zostały oszczędzone szczegóły z serii „co może pójść nie tak przy porodzie” lub inne takie… ]

Wracając do tematu: jestem kobietą, a jak powiedział znajomy: „kobiety charakteryzują się tym, że potrafią stworzyć problem z niczego”. A więc siedzę i tworzę, ale jestem sprytna i nie mówię „mam problem”. Oj nie, przecież to by było za łatwe. Siedzę, więc tworzę, czego nie ma, panikuję i uroczo się uśmiecham. Bo przecież wszystko jest w najlepszym porządku i nie może być inaczej.

Dziś rozmawiałam z serdeczną koleżanką i padły słowa „w końcu musi być lepiej. Nie może być inaczej”. Tylko zastanawiam się, kiedy wybuchnę. Czuję, że tracę grunt pod nogami i poczucie władzy nad własnym życiem. Nie lubię tego uczucia. Chyba jestem w dołku. I to na tyle potężnym, że nawet mój nerwowy słowotok się kończy i zaczynam baczyć na słowa.

Stwarzam problemy. Samej sobie najczęściej, mam nadzieję, że to wiosenne porządki pozwolą mi uporać się ze mną. Przecież wiem, że tworzę problemy, a te góry nie do przebycia to w rzeczywistości małe pagórki i większość można z powodzeniem rozwiązać w banalny sposób. Jak nic wiosenna depresja. I chyba największa, jaką w życiu doświadczyłam, bo tym razem zależy mi jak nigdy w życiu.

Idą zmiany? Zmiany, których wyczekuję, chcę, pożądam i których się panicznie boję. Mały tchórz ze mnie i gdzieś w duszy tkwi pytanie: czy temu podołam, dam radę? Ja? ? ?

A wszystko to okraszone strachem wynikającym z niepewności. Czy jutro będzie takie same?

Musi.

Wpadka. Ale wstyd! Aż czerwienię się ze zdenerwowania.

Jak babcię kocham, ja żadnych tajemniczych przycisków na panelu ostatnimi czasy nie odkryłam i też nie miałam pokusy by sprawdzić, co się stanie jak to przycisnę. Wyjątkowo nie broiłam, chociaż przyznaję, że kusi mnie wprowadzić kilka zmian.

Tymczasem nasz techniczny przyjaciel, który wybawia nas z problemów i składa szczątki tego, co nabroimy zniknął. Chyba wziął urlop, zaginął, a ja tak szczerze to boję się dać ogłoszenie ‘Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie’, bo jeszcze się pojawi i zrobi aktualizację. W panelu od jakiegoś czasu straszy przycisk uaktualnij, a ja tak prawdę mówiąc nie przyzwyczaiłam się do obecnych rzeczy. Wciąż czytam ‘podrzyj’* zamiast podejrzyj i się śmieję, że autor spolszczenia miał żartobliwy nastrój w taki sposób nazywając usunięcie pliku…

Musimy sobie jakoś poradzić, bez pomocnej dłoni do czasu aż sam, dobrowolnie nie zdecyduje się powrócić. Pozostaje mi tylko grzecznie przeprosić za usterki techniczne. Co niniejszym czynię.

Mam szczerą nadzieję, że już niedługo będzie można spokojnie komentować bez miłej informacji, że jest to niemożliwe. Hm… kto wie, może nawet sama postaram się metodą prób i błędów dojść do źródła. Oczywiście problemu.

*Kochane dzieci to niepoprawne, więc wyrzućcie proszę obraz tego słowa z pamięci.

P.S. Dzień później.

Masz babo placek! Admin się znalazł i chyba wypoczęty, bo poprawił naszą niewielką usterkę. A może nawet za dużo nabył sił na tym urlopie, coś tam mruczy, że aktualizację trzeba by zrobić.

Aaaaaa!

O zgrozo!

 Wyobrażacie sobie? Ja jako postrach? Świat się kończy, moja wyobraźnia się poddała. Czysta abstrakcja.

Jakiś czas temu ze zgrozą słuchałam rozmowy moich przyjaciół i pada zdanie, które mają mniej więcej taki sens: „Ty! Ja zaraz powiem Aislinn co ty czytasz, zobaczysz!”

No przepraszam bardzo, ale co ja mam z tym robić? Przyznaję czytało się kiedyś Zbrodnię (I)kara albo innych Mistrzów czy Małgorzaty o Zmierzchu, ale to było dawno i nie prawda, a do tego to ja, ta uzależniona. Nie mam żadnego wpływu na to, co kto czyta ani też nie oceniam, no bo jak?

Przykro mi, nie radzę sobie dobrze z rolą postrachu. Też czytałam historię Harry’ego, Belli czy Zoey, niektóre z tych książek postawiłam na półce, zapomniałam, obrastają kurzem aż do chwili, gdy następna osoba zechce pożyczyć i przeczytać.

Historie o wampirach… Są. Ktoś je chce czytać. Ktoś się nimi interesuje. I dobrze. Że dla skierowany głównie do egzaltowanych nastolatek? I co? Czytają. Jest sukces, bo widziałam dziewczyny, które do tej pory zainteresowane tylko doborem koloru lakieru do paznokci pochłaniają z wypiekami niesamowitą historię Zmierzchu.

Zaś ja wietrzę w tym jeszcze inny sukces. Na rynku wydawniczym od jakiegoś czasu posucha, oprócz licznych wznowień książek, które jeszcze się zestarzeć nie zdążyły, cichosza nie ma nic, zaglądając w dział  zapowiedzi pewnej oficyny wydawniczej przychodzi mi na myśl strofa: „Porzućcie nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”. Rok mija, gdy pojawiły się zapowiedzi książki, na którą czekam długie lata. Po co wydawać coś nowego, jeśli można odgrzewać stare? Nawet nie można na tłumacza zwalić, bo książka rodzimego autora…

Wylewam żale, przepraszam. Jednak jestem na głodzie i w rozpaczy od chwili, gdy przekonałam się, że książki , które u nas pełnią rolę świeżych bułeczek okazują się starociami sprzed 10 lat, z tym, że tutaj można winę zrzucić na tłumacza i fakt, że do niedawna tematyka wampirów nie była tak popularna. Jest więc nadzieja, że niedługo pojawi się coś nowego, ciąg dalszy. Zaś ja w odruchu desperacji czytam w znienawidzonym języku. Z braku laku znajdzie się słownik i z oporami dam sobie radę, ale męczę się, idzie jak po grudzie. A do głowy wciąż wraca głupie pytanie: co znaczy harlequin? Nijak mi ryba lub arlekin nie pasuje do tytułu. Dobrze, że ta książka jest dalej na liście, może nim do niej dobrnę to zdążą ją przetłumaczyć i wydać u nas?  

Bardzo rzadko piszę kierując swoje słowa do konkretnej osoby, częściej rzucam je w przestrzeń by swobodnie żeglowały. Tym razem jest inaczej. Tym razem piszę notatkę dedykowaną, poświęconą stałej naszej czytelniczce, która znalazła to miejsce sama, przeczytała i została. A co dziwniejsze mówi, że czyta systematycznie, a szczególnie lubi, kiedy cała nasza dzielna trójka porusza jeden temat.

Z tego też powodu, skromna autorka tego tekstu z niziutkim pokłonem i grzecznym uśmiechem chciałaby cichutko spytać: ej, wy tam po drugiej stronie monitora współautorami zwani, kiedy ruszycie się do pisania? Pani Chaosu? Kfiecie? Dość lenienia, ja tu czekam! Przedstawienie musi trwać, znaczy notatek przybywać, bo zaczyna się robić monotematycznie. Tylko ja tu piszę, a reszta co? Śpi? Nie spać, zwiedzać, pisać!

Tak oto odbiłam piłeczkę, mając cichą nadzieję, że uśmiech pojawił się tam, gdzie miał, a teraz tuptam sobie chorować dalej ;)

Myśląc o kobietach mężczyźni pewnie sobie wyobrażają, że spędzamy czas tkając zgrabną sieć intryg, iluzji powabu, czaru i uroku. Zaś od czasu do czasu te koszmarne istoty, bez których żyć się nie da [żeby nie było wątpliwości: kobiety], mają wobec swoich mężczyzn idiotyczne oczekiwania, robią testy, które mężczyzna zdać musi, chociaż nawet pewnie nie wie, że jest właśnie poddawany sprawdzianowi.

I ja ostatnimi czasy zauważyłam, że na stole w mojej kuchni brakuje kwiatka, wyraziłam więc ŻYCZENIE: ‘kochanie kupiłbyś mi kwiatka?’

Wbrew pozorom to bardzo wymagające zadanie, znaleźć kwiaciarnię i dokonać wyboru. A to, co zostanie wybrane wiele powie. W duszy zacierałam ręce z radości, wyobrażając sobie co też mój kochany znajdzie, co wybierze. Czy będzie to duży kwiatek, czy mały, wysoki, niski, czy będzie kwitł, jakiego koloru i czy będzie pasował do tego miejsca w kuchni.  

Kiedy Kochanie usłyszał moje małe życzenie uśmiechnął się, kiwną głową i było na tyle.

Oblał egzamin? Kilka dni milczenia w tym temacie oraz widoczny brak kwiatka na to by wskazywał.

Mężczyźni to jednak szczwane istoty. Pod koniec urlopu zaciągnęłam mojego lubego do wielkiej galerii [tak, to kolejny test, zdał go śpiewająco], kochanie milcząc holuje mnie do kwiaciarni.

‘To jakiego chcesz kwiatka? Wybierz’

Ale… Ale! To był test, sprawdzian!

 Zielono-czerwony kwiatek pyszni się na moim stole w kuchni.

Burza uczuć i negatywnych emocji. Złych wrażeń i doświadczeń.  Pozwólcie więc, że wyjątkowo pójdę na łatwiznę i posłużę się, tej jeden raz, cudzymi słowami.Fragmenty utworu Jacka Kaczmarskiego doskonale przedstawiają to, co aktualnie myślę.

Nie lubię

(wg W. Wysockiego)

Nie lubię gdy mi mówią po imieniu
Gdy w zdaniu jest co drugie słowo – brat
Nie lubię gdy mnie klepią po ramieniu
Z uśmiechem wykrzykując – kopę lat!
Nie lubię gdy czytają moje listy
Przez ramię odczytując treść ich kart
(…)

Nie znoszę gdy do czegoś ktoś mnie zmusza
(…)
Nie znoszę gdy z butami lezą w duszę
Tym bardziej gdy mi napluć w nią starają się
(…)

Nie cierpię poczucia bezradności
Z jakim zaszczute zwierzę patrzy w lufy strzelb
Nie cierpię zbiegów złych okoliczności
Co pojawiają się gdy ktoś osiąga cel
Nie cierpię więc nie wyjaśnionych przyczyn
Nie cierpię niepowetowanych strat
Nie cierpię liczyć nie spełnionych życzeń
Nim mi ostatnie uprzejmy spełni kat

(…)
Ja nienawidzę siebie kiedy tchórzę
Gdy wytłumaczeń dla łajdactw szukam swych
Kiedy uśmiecham się do tych którym służę
Choć z całej duszy nienawidzę ich!

Jacek Kaczmarski
1976

P.S. Chwilowo mam uczulenie na „Madzię” i reaguję negatywnie słysząc to.

Jakiś czas temu śmiałam się z językowego zamieszania związanego z moją przeprowadzką, teraz kolej na dalszą część. Nawet nie uświadamiałam sobie pewnych nawyków językowych tutejszych ludzi, na które przy okazji rodzinnego spotkania zwrócił mi mój kochany brak. Otóż ten uczynny człowiek wyśmiał mnie, że nie używam pomorskiego ‘tak’.

Gdy opowiadał jak to go kierowano do jakiegoś miejsca: ‘i pójdzie pan w prawo a później w lewo, tak?’ zawieszając głos, myślałam wtedy, że on bredzi nikt tak nie mówi, dlaczego ja więc mam w taki sposób używać tego słowa? Zaczęłam jednak słuchać. Nie wiem, co się mogło stać, że wcześniej tego nie zauważyłam, w sklepie pani informując mnie, jaki mam koszyk zawiesza pytająco głos kończąc zdanie na tak, w pracy, gdy mówią mi, co mam zrobić też pada sakramentalne tak, w pociągu podczas zasłyszanej rozmowie też jest obecne. Myślę sobie: ‘a czy mam jakiś wybór? Mogę się nie zgodzić? Powiedzieć nie?’

A właśnie w ten sposób doszłam do zasadniczej różnicy między Północą a Południem. Na Północy ludzie są optymistami ciągle słychać ‘tak?tak?’ a na Południu: ‘nie.nie.?’ Chyba się nie mylę no nie? Rozumiecie, co chcę wam powiedzieć, nie? Przecież to wszystko łatwo ogarnąć, nie? Ale to chyba nie oznacza, że Południe jest pesymistyczne, nie? Też macie taką nadzieję, nie?

Schodząc z niewygodnego tematu tak i nie [hm… czy to Południowe nie jest takim nie kobiecym? Będzie mnie to dręczyć.] muszę powiedzieć, że co innego mnie po prostu drażni, a słyszę to wszędzie. Wtedy. ‘No to cześć wtedy’ usłyszałam wczoraj, gdy żegnałam się z koleżanką, a mój niewyparzony jęzor chciał zapytać ‘kiedy?’. Albo ‘idę wtedy’, a mnie męczą wątpliwości to znaczy, że kiedy? Wtedy mnie otacza, wychodzi z kątów i zaczyna się pchać na język. Wtedy będzie się działo, oj będzie, no nie?

Czy jest ktoś, kto nie wie, co to jest zrywka? Nie, naprawdę jest ktoś, kto nie wie? Kto? Proszę, śmiało rączka w górę, niech się przyzna. To chyba logiczne, co to zrywka. Coś co się zrywa, jest pod ręką i jest wszędzie. Nie, to nie reklamówka i nie woreczek, tym bardziej nie siatka.

Tak, siatka zdecydowanie mnie dobiła. Też coś! Siatka.

Myślałby kto, że w Polsce wszyscy mówią wspólnym, zrozumiałym językiem. Uhm. I co jeszcze? Ze zrywką się pilnuję, chociaż jak słyszę siatka, to widzę te dawne siatki z uchem i plecionej żyłki, ale jak mówię inaczej, to nikt mnie nie rozumie. W sklepie pani powiedziała: ‘słychać, że pani nie jest stąd, jo’. Joł, joł proszę pani na to wygląda, że jestem stamtąd.

Ostatnio jednak prawie poległam na bułce. Zastanawiał się ktoś ile może przynieść kłopotów zwykła słodka bułka? Ja żyłam w nieświadomości i było mi błogo, aż do czasu, kiedy chciałam kupić bułkę z serem. Wiecie, co usłyszałam, kiedy patrząc na wybrany smakołyk poprosiłam o niego? ‘Nie mam bułek z serem’. Mina mi zrzedła. Jak to proszę pani a to… to pyszne tam na półce polane srebrnym lukrem, rumiane i z taką ilością sera, że aż ślinka cieknie? Drożdżówka. Postaram się pamiętać. Tylko w głowie rodzi mi się pytanie, jak mam poprosić o bułkę z owocami na cieście francuskim. Mówiąc szczerze, to lekko się boję to uczynić. Wszak to ani nie jest bułka, ani drożdżówka, więc właściwie co? Wiem, co lubię, ale nie wiem co? Pogmatwane.

Nie tak bardzo jednak jak jagoda. Odbyłam, jakiś czas temu, ciekawą dyskusję na temat tego pysznego owocu, który robił mi niesamowite problemy. Z rozmowy  wyszłam głupsza niż ustawa przewiduje, bo jaka jest różnica między jagodą, borówką i żurawiną? Jasne, że to trzy różne owoce, które można znaleźć w lesie. Jednak polemika, ach ona udowodniła co innego. To jeden i ten sam owoc. Cierpki, gorzkawy, mały, czerwony i używany najczęściej do mięs. Zaraz, ale co z tymi pysznymi owocami koloru jagodowego, które od czerwca jadam z bitą śmietaną? A z tymi cierpkimi, małymi kulkami, które mama kazała mi zbierać, bo są bardzo dobre na pewne dolegliwości? Co z tymi śmiesznymi małymi owocami, które żeby zdobyć trzeba podtopić własne buty, chodząc po pływającym mchu? To, to samo. Inne, wiem, ale to samo.

Myślał ktoś, że wszędzie w Polsce idzie się porozumieć? Acha.

Czy to ważne, czy zapalam światło czy je zaświecam? Ważne, że dom nie płonie, a w pokoju jest jasno. Chociaż w mojej głowie panuje językowa ciemność.

Pamiętaj: kapcie. Ka-pcie. Nikt tutaj nie wie, co to są chapcie… Aaaa! Oszalałam!

Następna strona »