pon 17 maj, 2010
Wszystkiego najlepszego dla mnie samej…
… najgorsze urodziny odkąd pamiętam.
Pierwsze bez Niej.
pon 17 maj, 2010
Wszystkiego najlepszego dla mnie samej…
… najgorsze urodziny odkąd pamiętam.
Pierwsze bez Niej.
wt 11 maj, 2010
Odprężenie i uspokojenie, jakie uzyskałam dzięki parodniowej obecności i bliskości Mola, niestety znikło tuż po powrocie szarej rzeczywistości.
Sobotnie popołudnie spędziliśmy w Centrum Handlowym, bo czemu by nie, Molu chciał znaleźć dla mnie prezent urodzinowy, ale niestety nie byłam pomocna. Sam niech coś wykombinuje. A później obejrzeliśmy film: „Jak wytresować smoka” (ale nie w 3D, mnie nie zależało na super-bajeranckich efektach, no i wyszło oszczędniej). A z tego filmu całkiem przyjemna bajka jest. Jednak to tyle, co tutaj mam na ten temat do powiedzenia, w końcu nie będę zdradzać tajemnic, i tak dalej.
W przeddzień wyjazdu Mola udało nam się spotkać z Lucyferią. Poszliśmy do herbaciarni – Fanaberii. Pani Aislinn, lubi Pani herbatę? Wiem już, gdzie jest ta herbaciarnia i obiecuję, że nie zabłądzę, jeśli kiedyś będę Cię do niej prowadzić! Wypróbowaliśmy trzy rodzaje herbat. Przyjaciółka wybrała herbatę czarną, truflowo-truskawkową, Luby jakiś gatunek wietnamskiej – jej aromat dziwnie mi się z rybą kojarzył. Molu także stwierdził, że smakuje ona nieco, jakby ktoś ugotował wodorosty, w które zawija się sushi (nigdy nie miałam jeszcze przyjemności jeść sushi, ale on miał, więc mu wierzę). Natomiast ja wybrałam mieszankę dwóch zielonych herbat z wieloma owocowymi i kwiatowymi akcentami. Mieszanka miała uroczą nazwę: Mona Lisa. Przy okazji uraczyliśmy się tradycyjnym tureckim ciastem, które co dziwne nazywało się – Marlenka. Ale było smaczne, polecam.
Ponieważ po tej zadumie nad czarkami-muszlami, doszliśmy do wniosku, że osiemnasta to młoda godzina – postanowiliśmy zmienić lokal. Poszliśmy w miasto, w poszukiwaniu miłych knajp. I tak schwyciliśmy chwilę! A właściwie dzień, wylądowawszy w Carpe Diem. Tam zdarzyła się nam dość zabawna sytuacja. Wyekspediowałyśmy Mola do baru, by zamówił dla nas złoty trunek. Powrócił do nas z zamówieniem i uśmiechem od ucha do ucha. I tak oto rzekł:
- Barmanka zapytała, czy macie dowody – zaśmiał się lekko.
- O, jakie to miłe! Dawno nikt mnie nie pytał o dowód – stwierdziła Lucyferia. A ja uśmiechnęłam się szeroko.
- Uroczo. A mamy jej pokazać? Wyjąć i pomachać? – zapytałam ze śmiechem.
- Nie, nie musicie. Powiedziałem jej, że gdybym zgolił wąsy i brodę też by mnie pytała o dowód.
Ubawiłyśmy się setnie. Lucyferia stwierdziła, że jej o dowód nie pytają, bo bywa w takiej knajpie, gdzie nikt nikogo o dowód nie pyta. Mnie nie pytają, bo rzadko kupuję piwo, ostatnim razem – zdaje się półtorej roku temu, kiedy kupowałam dla panów na prezent świąteczny dwie małpki – sprzedawczyni, która nota bene jest rówieśniczką mojej siostry i chodziła z nią do klasy:
- Ciebie chyba nie muszę pytać o dowód? Skończyłaś osiemnastkę?
- Tak, już parę lat temu nawet.
Na poważnie, to tylko raz mnie poproszono o dowód, i musiałam go pokazać, bo inaczej bym nie dostała zamówienia (i dobrze, w gruncie rzeczy). To było na poważnie, ale o tyle zabawne, że to był dokładnie dzień moich dwudziestych pierwszych urodzin.
Później znów postanowiliśmy zmienić lokal.
- To gdzie idziemy? – zapytała Lucyferia.
- Hm, może do Starej Bramy? – rzucam propozycją.
- Nie ma już Starej Bramy. (Czy Ty to słyszysz, Pani Aislinn? Nie ma Starej Bramy! To tam, gdzie był taki barman wyglądający jak Armand de Richelieu)
- Och, to może Belka?
- Nie ma Belki.
- Kochanie, kiedy ty ostatni raz wychodziłaś z domu? – zapytał z przekąsem pan Molu.
- Och, po prostu nie chodzę po knajpach! – zaperzyłam się. W końcu nieznajomość miejsc rozpusty powinna o mnie dobrze świadczyć, a nie świadczyć przeciwko mnie, prawda? Po paru próbach jednak przypomniały mi się miejsca, w których byłam z koleżankami, i nawet wciąż istnieją. Akurat tak się złożyło, że jedno z nich znajdowało się rzut beretem, skręciliśmy w ulicę odchodzącą w lewo i tym prostym sposobem, wylądowaliśmy w Red Pubie. Klimatyczne miejsce.
Usiedliśmy w spokojnym kątku, na wygodnych pufach, a po drugiej stronie pod ścianą stało krzesło, właściwie fotel. Drewniany z materiałowym obiciem siedziska i oparcia.
- Spójrzcie, prawie jak krzesło Stańczyka – głośno wyraziłam skojarzenie.
- Faktycznie – zgodzili się ze mną. – Tylko tamto stało chyba odwrotnie – zauważa Lucyferia.
- No tak, ale można by usiąść w nim, tak jak Stańczyk, zrobić zdjęcie a potem odbić je w poziomie – stwierdziłam, nie widząc żadnego problemu. Przyznali mi rację, ale żadne z nas ostatecznie nie udawało Stańczyka. Zdjęć też nie było, po prostu nie ruszyliśmy się z zajmowanej przez nas niszy.
Ostatecznie przy rozmowie i piwie tak miło mijał czas, że ani się obejrzeliśmy, a musieliśmy się rozstać, gdyż w innym wypadku z Molem nie mielibyśmy powrotnego autobusu. Niestety, największym mankamentem katowickiej komunikacji miejskiej jest absolutny brak nocnych kursów. Niestety, po dwudziestej drugiej są ostatnie kursy, później w większości autobusy startują dopiero tuż przed, lub tuż po piątej.
Odprowadziłam Mola na pociąg, i rzeczywistość szara powróciła. Znów mam nerwy napięte do ostateczności, cała radość gdzieś prysła jak mydlana bańka. A świadomość, że w pewnych momentach moje życie jest podobne do skeczu Monty Pythona wcale nie poprawia humoru.
Nie żebym nie lubiła Monty Pythona, bynajmniej! a nawet wręcz przeciwnie. Jednak wierzcie, co innego oglądać skecze tych zwariowanych pozytywnie Brytyjczyków, a co innego być częścią takiego skeczu. Na przykład takiego, jak mieli o pociągach (zresztą, fakt ten został zaobserwowany przez Lubego, ponieważ wcześniej tego akurat skeczu nie znałam. Mam niewybaczalne braki, jeśli chodzi o znajomość Latającego Cyrku Monty Pythona).
- O której jedziecie? – zapytał stary, jakby nigdy nic, zaglądając do kuchni, gdzie kończyliśmy śniadanie. Wiszący zegar sugerował*, że już dawno jest po wpół do szóstej.
- Sześć-setką*, o 6:10 – odpowiadam, popijając sok.
- A dlaczego nie Dwunastką? Jedzie pod sam dworzec.
- Jest dokładnie o tej samej porze w centrum, co i Sześć-setka – odpowiadam. „Jestem oazą spokoju… (…) kwiatem lotosu na (…) tafli jeziora”
- Ale wysiądziecie pod dworcem – upiera się.
- Straszne – mruknęłam pod nosem, starając się nie rzucić mięsem. – Bo z Mickiewicza idzie się dziesięć minut na dworzec… – sarknęłam. Spoglądam na Mola, ten nie kryje uśmiechu, a ja bynajmniej nie staram się ukryć zirytowania. Zdecydowanie, nie chcę żyć w świecie rodem z Monty Pythona…
- Co tam u „Monty Pythona”? – zapytał, po oznajmieniu mi, że dotarł cały i zdrów na drugi koniec Polski.
- W porządku. Irytujący, jak zawsze.
(*piszę „sugerował”, ponieważ zegar spieszy o dobrych kilka minut.
*potoczna nazwa linii autobusowej, która nie jest linią nr „600″, jak mogłoby się wydawać, ale jej liczba po prostu zaczyna się od sześćset.)
sob 27 lut, 2010
No i jestem. Wróciłam, cieszycie się? Nie? To trudno, i tak jestem. Nareszcie mogę odetchnąć pełną piersią i cieszyć się kroplami deszczu, słonecznym światłem przesączającym się przez szare chmury przynoszące wiosnę. Nareszcie nadszedł koniec. Ponownie System został pokonany, chociaż udało mu się strzelić mi jednego gola, ale niech mu będzie, ot honorowy punkt. Wygrałam. Kolejny semestr stał się historią.
Robię właśnie mały rachunek sumienia, pod tytułem: Ile książek, których nie powinnam była czytać, przeczytałam przed i w czasie sesji?
Niech no pomyślę…
Dziewięć! Wygląda na to, że dziewięć. (A doliczywszy do tego książki, które przeczytałam do egzaminów to wychodzi: trzynaście. Śliczna liczba!)
Zamiast się uczyć, to tydzień przed sesją czytałam sagę Zmierzch, S. Meyer. Czyli cztery książki. Później ograniczyłam czytanie książek niezwiązanych z nauką – do zera.
W ciągu pierwszego tygodnia sesji przed egzaminem, którego nie zdałam, czytałam lektury do tegoż: 100 dni Robespierre’a J-F. Fayard’a, Waterloo 1815, T. Malarskiego i Od Trypolisu do Lozanny. Polityka Włoch wobec Turcji w latach 1912-1922, T. Witucha. Później jeszcze czytałam Polskie podróże po Śląsku w XVIII i XIX wieku, A. Zielińskiego, do drugiego z egzaminów.
W czasie przerwy międzysemestralnej (kiedy to ani razu nie zajrzałam do podręcznika czy skryptu) przeczytałam Potworny regiment, T. Pratchett’a. Pan Molu był przerażony tym, jak potraktowałam tę książkę… Według niego przeczytanie Pratchett’a w ciągu jednej doby to świętokradztwo! Ale czy to moja wina, że tak dobrze się czytało i nie mogłam się oderwać od lektury? Przecież, że nie moja! To wina Pratchett’a oczywiście!
W trakcie nauki do poprawki dozowałam sobie: Łups! Tego samego autora, jak wszyscy doskonale wiemy. (Ostatnie kilkanaście stron przeczytałam w nagrodę po zdanej poprawce*) Oraz przeczytałam trzy książki z serii Pamiętniki wampirów, L. J. Smith. Ale… zanim sięgnęłam po Pamiętniki obejrzałam w ciągu trzech dni czternaście odcinków serialu pod tym samym tytułem. Niby jest oparty o książkę, ale tak naprawdę poza imionami bohaterów to niewiele ma wspólnego z fabułą powieści.
Nie wiem, nie mam zielonego pojęcia dlaczego… Ale strasznie ostatnio wzięło mnie na wampiry, zwłaszcza na takie beznadziejnie banalne. Właściwie to tak często mam, że kiedy następuje otwarcie sezonu ogórkowego zwanego dalej sesją – czytam na potęgę. Czytam dużo i namiętnie zwykle to, co nie ma nawet jednego dna… i jest płaskie jak smak zupy w pewnej reklamie.
Sesja się skończyła. Skończył się też mój pęd do książek o wampirach. Wczoraj zdałam egzamin i mimo, że zaczęłam przedwczoraj czytać czwarty tom Pamiętników, to dzisiaj nie chciało mi się nawet do niego zajrzeć. Lekarstwo na stres spełniło swoje zadanie i można je odłożyć do apteczki, na parę miesięcy. Przyda się przy następnej sesji.
A teraz mogę oddać się lekturze bardziej zaawansowanej, która gdzieś przeplatała się między tymi wampirami: Pierwszy pitawal gdański czyli zbrodnia nad Motławą, Pawła Pizuńskiego. Ciekawe, czy ktoś napisał pitawal związany z moim rodzinnym miastem? Muszę to sprawdzić.
A tak w ogóle wiecie, co to takiego pitawal? To rzecz dla ludzi o mocnych nerwach, ponieważ to publicystyczne opracowanie głośnych procesów karnych. Nazwa wzięła się od nazwiska francuskiego adwokata, który był autorem pierwszego takiego zbioru: F. G. de Pitaval’a (żył na przełomie XVII i XVIII wieku). Ciekawa sprawa. Zwłaszcza, że lubię też czytać kryminały, zwłaszcza po tych autorstwa Marka Krajewskiego. Zastanawiam się jednak, czy nie spróbować sięgnąć po kryminał pisany przez kobietę np. Agathę Christe’y, albo Joannę Chmielewską.
_____
*Pan Molu powinien być ze mnie dumny – czytałam Łups! przez dwa tygodnie. To było naprawdę straszne, ale przy okazji ćwiczyłam siłę woli, żeby odłożyć książkę na bok i wziąć się do nauki. Tylko niestety… materiały do egzaminu miałam na komputerze, gdzie czekały na mnie też Pamiętniki. Jednak byłam na tyle przewidująca, że na drugim pececie, który stoi w moim pokoju – miałam tylko skrypt.
czw 14 sty, 2010
Ponieważ współlokatorzy tego bloga (, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!) zrzucają z siebie i na siebie odpowiedzialność za to kto teraz ma napisać notkę – zrobię to ja. Z prostej przyczyny: akurat nie mam nic konkretnego do powiedzenia i generalnie to mam dobry humor. Ot i wszystko. Na tym mogłabym zakończyć tę wypowiedź, ale dlaczego Was nie pomęczyć moim gadulstwem jeszcze przez chwilę, a?
Dobrze, skoro już tu jestem. Za oknem mam biało, tak niemal mnie w oczy razi. Szczęśliwie zdołałam się wyspać, więc blask śniegu mnie nie oślepia, ani aż tak bardzo nie rani. A z tym wyspaniem to naprawdę bardzo dobra nowina jest, ponieważ w ciągu 39 godzin spałam przez jakieś… cztery (licząc w tym drzemki w autobusach). Może to głupie, ale żeby jakoś wczorajszego wieczoru funkcjonować to specjalnie wracałam takim połączeniem, które jedzie najdłużej z wszystkich możliwych… Po prostu: żebym mogła jak najdłużej drzemać. Swoją drogą to jadąc do domu nawet nie pamiętam, w którym momencie zasnęłam.
Cóż, dla mnie nie jest normalnym poświęcać na sen tylko trzech godzin. Owszem parę razy mi się zdarzyło iść spać o piątej i wstać o dziewiątej, ale nieczęsto. Zwykle wtedy, kiedy piszę referat. Tak było i tym razem. Z drugiej strony trudno było to nazwać „pisaniem referatu”, to było piętnaście stron A5 zapisanych luźnymi notatkami, żebym wiedziała, o czym mam mówić.
Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia jak w ogóle udało mi się trzeźwo wygłosić ten referat, ponieważ jak już rzekłam spałam jakieś trzy godziny – między trzecią a szóstą. O ósmej był wykład, w wykonaniu pani Profesor (co głównie mnie przekonało do tego, żeby w ogóle wstać o tej barbarzyńskiej godzinie: po pierwsze lubię Jej wykłady, po drugie o 11stej miałam na ćwiczeniach u Niej wygłosić referat. Więc głupio byłoby nie być na wykładzie… chociaż niektórzy tak robią, ale mnie i tak byłoby głupio).
Przez połowę czasu oczekiwania na ćwiczenia (półtorej godziny przerwy miałam) starałam się o tym nie myśleć. Ostatecznie mi się udało, ale wróciło w momencie, kiedy koleżanka kończyła wygłaszanie swojego wystąpienia na temat mniejszości żydowskiej. Dlaczego? Bo wiedziałam, że już tuż, tuż za chwilę to ja będę tam siedzieć i pleść swoje trzy po trzy. Ale… ostatecznie wyszło na to, że połowy z tego, co wg pani Profesor miałam mieć – nie miałam, ale też nie powiedziałam połowy z tego, co rzeczywiście miałam. Czyli bilans wyszedł na zero. Poza tym samo wygłaszanie nie było takie złe. A ocena była dla mnie szokiem… W każdym razie nie spodziewałam się. Ale to miło, przynajmniej mam szansę dostać jakąś w miarę dobrą ocenę z zaliczenia. Trzeba by się teraz zacząć przygotowywać do egzaminów… W sumie, to całkiem niezła myśl, ostatecznie System Eliminowania Studentów… już niedługo będzie aktywny.
pt 25 gru, 2009
Zabawne – przed świętami częściej puszczano świąteczne piosenki niż w momencie, kiedy święta trwają. Chyba, że to tylko ja mam takie szczęście pyzate. Cóż, bywa i tak. Zresztą, nie ma się czym przejmować. To tylko święta. Dobre i złe jednocześnie. Dobre – ponieważ spędzone z rodziną, w takim czy innym składzie, ale jednak. Dobre – ponieważ było miło i ciepło, chociaż zdecydowanie inaczej… Złe – bo od wigilijnego rana miałam ochotę trzasnąć drzwiami i pójść jak najdalej przed siebie. Złe – bo nie spędzone z całością tej rodziny, którą mam, ponieważ jeden z rodziny nie chciał nas. Chciał być sam i wykrzyczał to nam w twarz, albo raczej obok twarzy. Później być może żałował, ale na żal było już za późno.
Ale Wigilia była dobra, chociaż inna. I nawet obejrzeliśmy Kevina samego w domu, niemal, jak co święta. Chociaż nie były to święta, jak co roku. Niestety. Nic nie można na to poradzić. W tym roku wszystko było robione po raz pierwszy. Po raz pierwszy robiliśmy pierniki, po raz pierwszy z bratem przygotowaliśmy makówki, a siostra po raz pierwszy zrobiła zupę rybną z grzankami i kompoty z suszu. Po raz pierwszy mieliśmy dwa puste miejsca przy stole… jedno dla tego, który nie chciał z nami spędzać świąt, i jedno dla Niej.
A choinka świeciła się cały wieczór. I wiecie, co? Sąsiednie miasto ma bardzo ładne przystrojenie ulic, które cieszą oko nocą. Tak, przespacerowaliśmy się kawałek około godziny dwudziestej trzeciej, ponieważ pogoda była sprzyjająca dla takich spacerów. I kościół „przy Browarze” jest bardzo ładnie iluminowany (jakie trudne słowo!). A wiecie? Dzisiaj w tym kościele msza była w intencji m.in. pracowników Browaru, i żeby trunek, który tam produkują zawsze był dobry, a nawet lepszy… I gdzie to całe wychowywanie w trzeźwości, hm? Żeby ksiądz do picia namawiał i o takie rzeczy się modlił! Zresztą, żartował na koniec mszy, że niektórzy go pytają, czy nie ma przypadkiem trzech kurków w kuchni… jednego z zimną, drugiego z ciepłą wodą, a trzeciego z tym złotym trunkiem. Podobno we wcześniejszych wiekach było tak na plebanii, ale ksiądz mówi, że teraz tak nie ma… i nie jest pewien, czy tak rzeczywiście kiedykolwiek było. Być może tak, być może nie.
Dlaczego podsumowuję święta, kiedy jeszcze jutro jest dzień świąteczny? Nie, bynajmniej ich nie podsumowuję. Po prostu dzielę się spostrzeżeniami. Ponieważ jutro pójdę do świątyni modlić się za Nią. I pewnie nie będę w stanie nic napisać tutaj przed wyjazdem, nie dlatego, że nie będę mieć czasu…
A potem, kiedy będę już na Północy, nie będę miała, kiedy tutaj pisać. A nawet jeśli bym znalazła czas, to… mimo wszystko są inne zajęcia niż pisanie na blogu.
Swoją drogą, po przeanalizowaniu otrzymanych prezentów mam wrażenie, że moi bliscy, chcą mi zasugerować iż jestem niezorganizowanym człowiekiem. Otrzymałam kalendarz ścienny ze zdjęciami koni (na każdy miesiąc inny zwierz) oraz organizer – pewnie znów będę w nim pisać szkice do moich kolejnych opowiadań (obym miała pomysły na jakoweś), parę haiku (lub innych wierszy), kilka rysunków i może, ostatecznie wpiszę kilka terminów, wizyt, czy egzaminów.
wt 15 gru, 2009
Mówił mi, że jestem dzielna. Że się trzymam. Że się nie załamuję. Nie wiem jak On, ale ja wiem, że to nieprawda. Już nie ma nadziei, wiara zmieniła swoje oblicze, pozostała tylko miłość do Niej, pełna bólu i żalu do świata. Słone perły spadają w miękkość poduszki, cicho, nieśmiało, niewidocznie w mroku samotnych nocy. W ciszy zakłócanej tykaniem zegarka.
Ciii… nie mówcie nikomu. One nie powiedzą.
Mówiłam Wam, że żeby Was nie martwić, będę kłamać. Ale nie potrafię kłamać, dlatego milczę. Milczeniem Was okłamuję. Przykro mi. Wybaczcie.
Przez palce jak piasek przesypują się chwile. Nawet nie próbuję ich uchwycić. Pozwalam im minąć. Przyglądam się chmurom, bezczynnie leżąc na wersalce. Odpływają do ciepłych krajów, jak chwile. Słucham cichych tonów muzyki poważnej, sączącej się dyskretnie z głośników. One też płyną. Tylko ja stoję w miejscu… którego już nie poznaję.
Własny dom jest dla mnie obcym miejscem, a każdy fragment przypomina mi o Niej. Tylko, że Jej już nie ma… nie powie mi na do widzenia – „to ci pomachuju”, nie przytuli, nie pośmieje się ze mną, ani ze mnie… Ech.
***
Coraz bliżej święta… a ja wciąż na to wzruszam ramionami i pytam cicho: I cóż z tego? Jakie święta? Ciepłe, rodzinne, spokojne? To tylko wieczór, trochę lepszego jedzenia, parę „szczerych” życzeń… i każde znów zamknie się w sobie, we własnym świecie. Potem całą rodziną pójdziemy do świątyni, pomodlić się za Nią… a później wsiądę do pociągu, i będę starać się żyć… kłamiąc milczeniem i ocierając łzy ukradkiem, kiedy nikt nie będzie widział.
nie 11 paź, 2009
no właśnie, to co? Kiedyś pytało się: „Jak nie Oxford, to co?” A ja pytam, jak nie urok…? to wiadomo, co. I niestety u mnie jest i jedno i drugie. Po prostu genialnie! Bo nic się nie dzieje „po prostu”, wszystko kluczy i trzeba kombinować „jak koń pod górę”, żeby jeszcze jakoś funkcjonować. Mam wrażenie, że żyję obecnie w ciągłym kłamstwie. Bo okłamuję nie tylko wszystkich na około, ale też i siebie. „Co u ciebie?” – Wszystko w porządku! „Jak tam” – Okej! „Jak samopoczucie?” – Może być.
Nie, wcale nie jest okej, nie „może być”, nic nie jest w porządku. Przynajmniej nie w takim jakim bym sobie życzyła. Ale cóż z tego?
Miałam nawet zamiar pójść z paroma sprawami do specjalisty. W końcu od tego specjaliści są, by móc z nimi porozmawiać o sprawach, którymi się zajmują. Ale wiecie, co? Najpierw to musiałabym sobie poradzić ze swoimi problemami, znaleźć pracę, którą mogłabym pogodzić ze studiami, i dopiero wtedy pójść do specjalisty. Tylko hm… hello! Wtedy już byłby mi ów specjalista zupełnie niepotrzebny i nieprzydatny. Pocieszające, prawda? Nie, wcale nie i jeszcze raz NIE! Mam ochotę napisać tu bardzo dużo i brzydkich słów, ale ponieważ to miejsce publiczne to obawiam się, że muszę zdjąć palce z klawiatury i policzyć od 100 do 0 i od 0 do 100… i tak parę razy.
Mam dość. To nieprawda, że jak się MUSI to się da radę.
To nie jest powiedziane, że ja dam radę… Ja tylko mam nadzieję, że wytrzymam. Ale tak, „będzie dobrze”, „wszystko się ułoży”… Będę to powtarzać jak mantrę, chociaż coraz bardziej czuję, że „to tylko słowa…” I pobożne życzenia. Niestety. Ale trzeba żyć nadzieją, skoro nic innego nie pozostało. Tylko wiara, nadzieja i miłość.
Wiara… że jeszcze będziemy się z tego śmiać.
Nadzieja… że jednak „będzie dobrze”, nie jest zwykłym banałem.
Miłość – bo bez tego… nic nie miałoby sensu. I na pewno nie dałabym rady.
A wszak wiadomo, że miłość cierpliwa jest… Więc muszę to znieść, cierpliwie. I wybaczcie, że czasem będę zmuszona was okłamywać, żebyście się o mnie tak nie martwili, ale wiecie przecież doskonale, że… to tylko słowa.
pon 14 wrz, 2009
Huśtawka, jaka jest, każdy widzi, że pozwolę sobie sparafrazować znane zdanie, z może nieco mniej znanej encyklopedii. A może i nie mniej. Do czego służy huśtawka, także każdy wie… I czego jest przenośnią, również. Chyba już możecie się domyślać, o co właściwie ałtorowi (tj. mnie) chodzi. Tak, czuję się, jakbym ostatnie kilka dni spędziła na huśtawce… i naprawdę zaczynam tęsknić do pewnej, twardej ziemi. A kiedy tak się huśtam, boję się, że pewnego dnia ona zerwie się, a ja zderzę się z twardą rzeczywistością. I taki upadek będzie bolał, musi boleć.
Zaliczałam ostatnio na tej huśtawce wyżyny i doliny w zawrotnym tempie, aż głowa i brzuch boli na samo wspomnienie. Gdy zamykam oczy to mnie mdli… na myśl o huśtawce, którą przeżywam, na której jestem. Chociaż ostatnio amplituda wychyleń zmniejszyła się wyraźnie. Na niebie zabłysła gwiazdka nadziei, że będzie można zejść swobodnie i odzyskać równowagę. Tli się ta myśl, że – będzie dobrze, bo dlaczego miałoby być źle? A ja siedząc na huśtawce, z bólem brzucha i pieczeniem w kącikach oczu, próbuję podsycać w sobie tę nieśmiałą myśl…
Będzie zdrowa. Wyjdzie z tego. Wszystko się ułoży.
A ja będę mogła zejść z huśtawki… bo zbyt długo tak nie wytrzymam.
sob 29 sie, 2009
Praktyki się skończyły, więc oczywiście musiano mi znaleźć jakieś zajęcie! Och, nie żeby nie było to planowane od długiego czasu! Właściwie to męczono mnie tym planem od początku wakacji, a może nawet i wcześniej. Nic dziwnego, naprawdę jest temu miejscu potrzebny powiew świeżości! O tak. Ileż można patrzeć na te same ściany? Ile to lat, dziesięć? dwanaście? Najwyższy czas na zmiany. Tylko czemu, żeby nieco zmienić w otoczeniu potrzeba do tego naprawdę dużego nakładu pracy? Tak, narzekam! Dlaczego? Bo właśnie zaczęłam remont we własnym pokoju.
Ale naprawdę się zawzięłam. Mam zamiar wyremontować pokój SAMA. No, może z niewielką pomocą. Mama zaprzęgnie brata do malowania sufitu, ojciec mi truł, że pomaluje ścianę okienną. Ależ proszę bardzo! Niech malują. Ale tapety będę kładła JA! No, z drobną pomocą Mamy i brata, w końcu ktoś będzie musiał trzymać drabinę, żeby się nie gibła. Bo jak się gibnie, to ja wyląduję na zolu. Głupio byłoby się połamać przy tak prostej czynności… Ha, pewnie nie jest tak prosta, jak mi się wydaje, ale to się jeszcze okaże. Dobra, wcale mi się nie uda przeprowadzić remontu zupełnie samej. Życie. Pech i w ogóle.
Mam już za sobą pierwsze trzy dni remontu. Nawet nie wiecie ile można zmieścić rzeczy w jednym, niedużym pokoju. Właściwie nie tyle rzeczy – co książek! W życiu nie spodziewałam się, że mam aż tyle papierowych produktów. Powieści dla dzieci, literatura poważna, fantastyka, książki o filozofii, słowniki, encyklopedie, podręczniki akademickie, nawet jeden kryminał i inna beletrystyka, atlasy, no co tylko dusza zapragnie! Do wyboru, do koloru. I oczywiście całą masę notatek z trzech lat studiów. Z drugiej strony, wszystkie moje rzeczy (nie licząc ubrań) zmieściły się pod i na stole w salonie. Czyli chyba jednak niedużo tego… Relatywnie.
Teraz mam tak dziwnie pusto w pokoju. I wiecie, co? Ściany w mym pokoju były niegdyś… różowe! Aczkolwiek teraz wyglądają nieco pomarańczowo, ponieważ taki odcień dał klej do tapet. Ale, tak czy siak, pusto tam. Swoją drogą to mam już pomalowany sufit i ścianę okienną. Ładnie, są ślicznie białe. Jako, że jutro jest niedziela, to w takim wypadku dopiero w poniedziałek będziemy kontynuować pracę. Znaczy przejdziemy do głównego punktu programu – tapetowania. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć, jak to będzie wyglądać, kiedy już skończymy z tym bajzlem.
Ach, i wiecie, co? Od wczoraj znów mam wakacje! Genialnie. Tym bardziej nie mogę się doczekać końca remontu, bo wtedy zapewne znów wsiądę w pociąg i pojadę na Północ.
ps. Dodałam kolejny wpis do „Historii (nad)zwyczajnych”, jeśli oczywiście kogokolwiek to interesuje. Przyjemnej lektury.
śr 19 sie, 2009
Czy to tak wypada, przymuszać do pisania? Czy to się godzi? Ale cóż zrobić, nie chcę, aby naszej drogiej pani Aislinn było smutno. Nie chcę być dla niej powodem do smutku. Jeśli chce, niech znajdzie inny, ale nie ja, o nie! Dlatego też, skoro rzekła iż notka ta wywoła u niej może nie „szaloną radość”, ale raczej „wielką radość”, piszę – mimo, że zostałam emocjonalnie zaszantażowana. Ale ja jestem emocjonalnie delikatna, i moja droga Aislinn to wykorzystała… Ech. No cóż.
Nie zmienia to jednak, niestety, faktu, że nie mam zielonego pojęcia o czym pisać! Aczkolwiek, Molu twierdzi, że mam o czym. Skąd on może to wiedzieć, skoro ja nie wiem? Jasnowidz jaki, czy ki diabeł?
Prawda, od ponad dwóch tygodni pracuję. A jakże, w archiwum! Praca jest częściowo umysłowa, częściowo fizyczna. I jest miło i przyjemnie. Co prawda nie dostanę za to wynagrodzenia, ale przecież… to praktyki studenckie! Obowiązkowe! Więc skoro to mój zakichany obowiązek odrobić swoje, to dlaczego mieliby mi za to płacić? Nie, bynajmniej się nie skarżę, bo naprawdę jest miło. Praca nie jest w gruncie rzeczy ciężka (chociaż niektóre paczki akt, i owszem), nie jest też szczególnie wyczerpująca umysłowo… (tylko jak to upchnąć na półkę, żeby się zmieściło?) Poza tym pracuję z naprawdę miłymi osobami, panią A. i panią M., panem K., oraz Asią z roku wyżej.
Pani A. i Asia mają (chyba na moje nieszczęście) wspólne zainteresowanie – góry. Nie, nie Bieszczady, w których miałam szczęście być. Zresztą, w Bieszczadach ledwie się wspięłam na Tarnicę! Ale to naprawdę nie była moja wina. Przecież to nienormalne iść w góry, kiedy w cieniu jest 30 stopni! Jednak, kiedy jest się w Bieszczadach, to chyba byłby wstyd nie zdobyć Tarnicy? Prawda? Chyba. Moje przygody z górami to ledwie: Barania Góra, Czantoria, Gubałówka (nie weszłam tam, wjechałam, tramwajem), no i Tarnica. Jak widać, nie ma się czym chwalić. Widziałam jeszcze Morskie Oko (znaczy, w II połowie kwietnia kilka lat temu to był Białe Oko, albo Lodowe, a także Dolinę Kościeliską). Zdecydowanie nie mam się czym pochwalić… A przecież do Beskidu Śląskiego mam rzut beretem! I co z tego? Nic.
Ale o czym to ja? Ach, więc pani A. i Asia (jeśli akurat pani A., która chyba jest głównodowodzącą, zaraz po dyrektorze prof. d. hab. A.B., pracuje z nami) często i gęsto rozmawiają o górach. Nie, żeby mi to bardzo przeszkadzało, po prostu robię w tym czasie to, co do mnie należy… Tylko, że trochę się głupio czuję, bo nie mam nic do powiedzenia. Nie podróżuję na Południe. Nie przepadam za górami, tzn. nie to by nie były piękne, bo są! Tylko dlaczego są one takie wysokie…? I czemu, paradoksalnie, mam bliżej nad Morze? (Akurat w tym wypadku doskonale wiem, czemu!)
Za to wiele się nasłuchałam o górach, o górskich szlakach, które są wygodne, które są trudne i wymagające… od której strony najlepiej „zaatakować” jaką górę. Tylko wiecie, co? Naprawdę niewiele z tego zapamiętałam, znaczy jeśli chodzi o nazwy gór i połonin, oraz miejscowości… Nasłuchałam się również o ludziach, którzy w góry chodzą… (właściwie to o tych ludziach, co nie powinni chodzić po górach, ponieważ:) Z tych opowieści wynika, że owi ludzie czasem, zdaje się nie do końca wiedzą, po co poszli w góry. Naprawdę – jeśli ktoś się chce lansować niech idzie na miasto, góry chyba nie są do tego najlepszym miejscem. Nawet ja, taki nie-górołaz, wielbiciel pojezierskich jezior i lasów wszelakich, jak ja to wie! A naprawdę, jak już rzekłam, nie byłam w górach gościem częstym.
Najgorsze, chociaż bardzo miłe, ze strony pani A. oraz Asi jest fakt, że mnie namawiają, abym wybrała się w góry… albo chociaż na spacer po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, albo przynajmniej żebym pospacerowała po Krakowie, Pszczynie, czy jakimkolwiek innym urokliwym mieście w najbliższej okolicy. To naprawdę bardzo miłe z ich strony, że się mną interesują i chcą bym zobaczyła, to i owo. Tylko… ja nie potrafię spacerować samej… Albo po prostu nie chcę. Albo to kolejna wymówka. Jak kto woli, tak niech to odbiera. Chociaż, może kiedyś się wybiorę…? Któż to wie. Póki co, to ja nie (ależ mi się zrymowało. Rymy boskie, częstochowskie! – wybacz, moja droga Aislinn)
Ale ostatnio wybrałam się do knajpy w centrum razem z moją kumpelą. Czy to też się liczy do spacerowania? Nawet jeśli spacerem dopiero było przejście od knajpy na przystanek przy placu, gdzie stoi Korfanty? I, dlaczego Molu zabronił mi tam ponownie pójść (do owej knajpy, a nie na ten przystanek, oczywiście)? (hihi) No cóż, o to już sami go zapytajcie…
I teraz się mogę tylko zastanawiać, czy ja naprawdę nie miałam o czym mówić, czy ta opowieść to tylko wynik „kobiecej wylewność” (pot. gadatliwości)? A może to, o czym mówiłam wcześniej, to najzwyklejsza w świecie wymówka? Wolę nie odpowiadać na powyższe pytania, bo jeszcze kiedyś moja droga Aislinn wykorzysta ją przeciwko mnie.
ps: Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Gdzie zgubiliśmy administratora?