Odprężenie i uspokojenie, jakie uzyskałam dzięki parodniowej obecności i bliskości Mola, niestety znikło tuż po powrocie szarej rzeczywistości.
Sobotnie popołudnie spędziliśmy w Centrum Handlowym, bo czemu by nie, Molu chciał znaleźć dla mnie prezent urodzinowy, ale niestety nie byłam pomocna. Sam niech coś wykombinuje. A później obejrzeliśmy film: „Jak wytresować smoka” (ale nie w 3D, mnie nie zależało na super-bajeranckich efektach, no i wyszło oszczędniej). A z tego filmu całkiem przyjemna bajka jest. Jednak to tyle, co tutaj mam na ten temat do powiedzenia, w końcu nie będę zdradzać tajemnic, i tak dalej.
W przeddzień wyjazdu Mola udało nam się spotkać z Lucyferią. Poszliśmy do herbaciarni – Fanaberii. Pani Aislinn, lubi Pani herbatę? Wiem już, gdzie jest ta herbaciarnia i obiecuję, że nie zabłądzę, jeśli kiedyś będę Cię do niej prowadzić! Wypróbowaliśmy trzy rodzaje herbat. Przyjaciółka wybrała herbatę czarną, truflowo-truskawkową, Luby jakiś gatunek wietnamskiej – jej aromat dziwnie mi się z rybą kojarzył. Molu także stwierdził, że smakuje ona nieco, jakby ktoś ugotował wodorosty, w które zawija się sushi (nigdy nie miałam jeszcze przyjemności jeść sushi, ale on miał, więc mu wierzę). Natomiast ja wybrałam mieszankę dwóch zielonych herbat z wieloma owocowymi i kwiatowymi akcentami. Mieszanka miała uroczą nazwę: Mona Lisa. Przy okazji uraczyliśmy się tradycyjnym tureckim ciastem, które co dziwne nazywało się – Marlenka. Ale było smaczne, polecam.
Ponieważ po tej zadumie nad czarkami-muszlami, doszliśmy do wniosku, że osiemnasta to młoda godzina – postanowiliśmy zmienić lokal. Poszliśmy w miasto, w poszukiwaniu miłych knajp. I tak schwyciliśmy chwilę! A właściwie dzień, wylądowawszy w Carpe Diem. Tam zdarzyła się nam dość zabawna sytuacja. Wyekspediowałyśmy Mola do baru, by zamówił dla nas złoty trunek. Powrócił do nas z zamówieniem i uśmiechem od ucha do ucha. I tak oto rzekł:
- Barmanka zapytała, czy macie dowody – zaśmiał się lekko.
- O, jakie to miłe! Dawno nikt mnie nie pytał o dowód – stwierdziła Lucyferia. A ja uśmiechnęłam się szeroko.
- Uroczo. A mamy jej pokazać? Wyjąć i pomachać? – zapytałam ze śmiechem.
- Nie, nie musicie. Powiedziałem jej, że gdybym zgolił wąsy i brodę też by mnie pytała o dowód.
Ubawiłyśmy się setnie. Lucyferia stwierdziła, że jej o dowód nie pytają, bo bywa w takiej knajpie, gdzie nikt nikogo o dowód nie pyta. Mnie nie pytają, bo rzadko kupuję piwo, ostatnim razem – zdaje się półtorej roku temu, kiedy kupowałam dla panów na prezent świąteczny dwie małpki – sprzedawczyni, która nota bene jest rówieśniczką mojej siostry i chodziła z nią do klasy:
- Ciebie chyba nie muszę pytać o dowód? Skończyłaś osiemnastkę?
- Tak, już parę lat temu nawet.
Na poważnie, to tylko raz mnie poproszono o dowód, i musiałam go pokazać, bo inaczej bym nie dostała zamówienia (i dobrze, w gruncie rzeczy). To było na poważnie, ale o tyle zabawne, że to był dokładnie dzień moich dwudziestych pierwszych urodzin.
Później znów postanowiliśmy zmienić lokal.
- To gdzie idziemy? – zapytała Lucyferia.
- Hm, może do Starej Bramy? – rzucam propozycją.
- Nie ma już Starej Bramy. (Czy Ty to słyszysz, Pani Aislinn? Nie ma Starej Bramy! To tam, gdzie był taki barman wyglądający jak Armand de Richelieu)
- Och, to może Belka?
- Nie ma Belki.
- Kochanie, kiedy ty ostatni raz wychodziłaś z domu? – zapytał z przekąsem pan Molu.
- Och, po prostu nie chodzę po knajpach! – zaperzyłam się. W końcu nieznajomość miejsc rozpusty powinna o mnie dobrze świadczyć, a nie świadczyć przeciwko mnie, prawda? Po paru próbach jednak przypomniały mi się miejsca, w których byłam z koleżankami, i nawet wciąż istnieją. Akurat tak się złożyło, że jedno z nich znajdowało się rzut beretem, skręciliśmy w ulicę odchodzącą w lewo i tym prostym sposobem, wylądowaliśmy w Red Pubie. Klimatyczne miejsce.
Usiedliśmy w spokojnym kątku, na wygodnych pufach, a po drugiej stronie pod ścianą stało krzesło, właściwie fotel. Drewniany z materiałowym obiciem siedziska i oparcia.
- Spójrzcie, prawie jak krzesło Stańczyka – głośno wyraziłam skojarzenie.
- Faktycznie – zgodzili się ze mną. – Tylko tamto stało chyba odwrotnie – zauważa Lucyferia.
- No tak, ale można by usiąść w nim, tak jak Stańczyk, zrobić zdjęcie a potem odbić je w poziomie – stwierdziłam, nie widząc żadnego problemu. Przyznali mi rację, ale żadne z nas ostatecznie nie udawało Stańczyka. Zdjęć też nie było, po prostu nie ruszyliśmy się z zajmowanej przez nas niszy.
Ostatecznie przy rozmowie i piwie tak miło mijał czas, że ani się obejrzeliśmy, a musieliśmy się rozstać, gdyż w innym wypadku z Molem nie mielibyśmy powrotnego autobusu. Niestety, największym mankamentem katowickiej komunikacji miejskiej jest absolutny brak nocnych kursów. Niestety, po dwudziestej drugiej są ostatnie kursy, później w większości autobusy startują dopiero tuż przed, lub tuż po piątej.
Odprowadziłam Mola na pociąg, i rzeczywistość szara powróciła. Znów mam nerwy napięte do ostateczności, cała radość gdzieś prysła jak mydlana bańka. A świadomość, że w pewnych momentach moje życie jest podobne do skeczu Monty Pythona wcale nie poprawia humoru.
Nie żebym nie lubiła Monty Pythona, bynajmniej! a nawet wręcz przeciwnie. Jednak wierzcie, co innego oglądać skecze tych zwariowanych pozytywnie Brytyjczyków, a co innego być częścią takiego skeczu. Na przykład takiego, jak mieli o pociągach (zresztą, fakt ten został zaobserwowany przez Lubego, ponieważ wcześniej tego akurat skeczu nie znałam. Mam niewybaczalne braki, jeśli chodzi o znajomość Latającego Cyrku Monty Pythona).
- O której jedziecie? – zapytał stary, jakby nigdy nic, zaglądając do kuchni, gdzie kończyliśmy śniadanie. Wiszący zegar sugerował*, że już dawno jest po wpół do szóstej.
- Sześć-setką*, o 6:10 – odpowiadam, popijając sok.
- A dlaczego nie Dwunastką? Jedzie pod sam dworzec.
- Jest dokładnie o tej samej porze w centrum, co i Sześć-setka – odpowiadam. „Jestem oazą spokoju… (…) kwiatem lotosu na (…) tafli jeziora”
- Ale wysiądziecie pod dworcem – upiera się.
- Straszne – mruknęłam pod nosem, starając się nie rzucić mięsem. – Bo z Mickiewicza idzie się dziesięć minut na dworzec… – sarknęłam. Spoglądam na Mola, ten nie kryje uśmiechu, a ja bynajmniej nie staram się ukryć zirytowania. Zdecydowanie, nie chcę żyć w świecie rodem z Monty Pythona…
- Co tam u „Monty Pythona”? – zapytał, po oznajmieniu mi, że dotarł cały i zdrów na drugi koniec Polski.
- W porządku. Irytujący, jak zawsze.
(*piszę „sugerował”, ponieważ zegar spieszy o dobrych kilka minut.
*potoczna nazwa linii autobusowej, która nie jest linią nr „600″, jak mogłoby się wydawać, ale jej liczba po prostu zaczyna się od sześćset.)