Następna strona »

Wpadka. Ale wstyd! Aż czerwienię się ze zdenerwowania.

Jak babcię kocham, ja żadnych tajemniczych przycisków na panelu ostatnimi czasy nie odkryłam i też nie miałam pokusy by sprawdzić, co się stanie jak to przycisnę. Wyjątkowo nie broiłam, chociaż przyznaję, że kusi mnie wprowadzić kilka zmian.

Tymczasem nasz techniczny przyjaciel, który wybawia nas z problemów i składa szczątki tego, co nabroimy zniknął. Chyba wziął urlop, zaginął, a ja tak szczerze to boję się dać ogłoszenie ‘Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie’, bo jeszcze się pojawi i zrobi aktualizację. W panelu od jakiegoś czasu straszy przycisk uaktualnij, a ja tak prawdę mówiąc nie przyzwyczaiłam się do obecnych rzeczy. Wciąż czytam ‘podrzyj’* zamiast podejrzyj i się śmieję, że autor spolszczenia miał żartobliwy nastrój w taki sposób nazywając usunięcie pliku…

Musimy sobie jakoś poradzić, bez pomocnej dłoni do czasu aż sam, dobrowolnie nie zdecyduje się powrócić. Pozostaje mi tylko grzecznie przeprosić za usterki techniczne. Co niniejszym czynię.

Mam szczerą nadzieję, że już niedługo będzie można spokojnie komentować bez miłej informacji, że jest to niemożliwe. Hm… kto wie, może nawet sama postaram się metodą prób i błędów dojść do źródła. Oczywiście problemu.

*Kochane dzieci to niepoprawne, więc wyrzućcie proszę obraz tego słowa z pamięci.

P.S. Dzień później.

Masz babo placek! Admin się znalazł i chyba wypoczęty, bo poprawił naszą niewielką usterkę. A może nawet za dużo nabył sił na tym urlopie, coś tam mruczy, że aktualizację trzeba by zrobić.

Aaaaaa!

O zgrozo!

 Wyobrażacie sobie? Ja jako postrach? Świat się kończy, moja wyobraźnia się poddała. Czysta abstrakcja.

Jakiś czas temu ze zgrozą słuchałam rozmowy moich przyjaciół i pada zdanie, które mają mniej więcej taki sens: „Ty! Ja zaraz powiem Aislinn co ty czytasz, zobaczysz!”

No przepraszam bardzo, ale co ja mam z tym robić? Przyznaję czytało się kiedyś Zbrodnię (I)kara albo innych Mistrzów czy Małgorzaty o Zmierzchu, ale to było dawno i nie prawda, a do tego to ja, ta uzależniona. Nie mam żadnego wpływu na to, co kto czyta ani też nie oceniam, no bo jak?

Przykro mi, nie radzę sobie dobrze z rolą postrachu. Też czytałam historię Harry’ego, Belli czy Zoey, niektóre z tych książek postawiłam na półce, zapomniałam, obrastają kurzem aż do chwili, gdy następna osoba zechce pożyczyć i przeczytać.

Historie o wampirach… Są. Ktoś je chce czytać. Ktoś się nimi interesuje. I dobrze. Że dla skierowany głównie do egzaltowanych nastolatek? I co? Czytają. Jest sukces, bo widziałam dziewczyny, które do tej pory zainteresowane tylko doborem koloru lakieru do paznokci pochłaniają z wypiekami niesamowitą historię Zmierzchu.

Zaś ja wietrzę w tym jeszcze inny sukces. Na rynku wydawniczym od jakiegoś czasu posucha, oprócz licznych wznowień książek, które jeszcze się zestarzeć nie zdążyły, cichosza nie ma nic, zaglądając w dział  zapowiedzi pewnej oficyny wydawniczej przychodzi mi na myśl strofa: „Porzućcie nadzieję wy, którzy tu wchodzicie”. Rok mija, gdy pojawiły się zapowiedzi książki, na którą czekam długie lata. Po co wydawać coś nowego, jeśli można odgrzewać stare? Nawet nie można na tłumacza zwalić, bo książka rodzimego autora…

Wylewam żale, przepraszam. Jednak jestem na głodzie i w rozpaczy od chwili, gdy przekonałam się, że książki , które u nas pełnią rolę świeżych bułeczek okazują się starociami sprzed 10 lat, z tym, że tutaj można winę zrzucić na tłumacza i fakt, że do niedawna tematyka wampirów nie była tak popularna. Jest więc nadzieja, że niedługo pojawi się coś nowego, ciąg dalszy. Zaś ja w odruchu desperacji czytam w znienawidzonym języku. Z braku laku znajdzie się słownik i z oporami dam sobie radę, ale męczę się, idzie jak po grudzie. A do głowy wciąż wraca głupie pytanie: co znaczy harlequin? Nijak mi ryba lub arlekin nie pasuje do tytułu. Dobrze, że ta książka jest dalej na liście, może nim do niej dobrnę to zdążą ją przetłumaczyć i wydać u nas?  

No i jestem. Wróciłam, cieszycie się? Nie? To trudno, i tak jestem. Nareszcie mogę odetchnąć pełną piersią i cieszyć się kroplami deszczu, słonecznym światłem przesączającym się przez szare chmury przynoszące wiosnę. Nareszcie nadszedł koniec. Ponownie System został pokonany, chociaż udało mu się strzelić mi jednego gola, ale niech mu będzie, ot honorowy punkt. Wygrałam. Kolejny semestr stał się historią.

Robię właśnie mały rachunek sumienia, pod tytułem: Ile książek, których nie powinnam była czytać, przeczytałam przed i w czasie sesji?

Niech no pomyślę…

Dziewięć! Wygląda na to, że dziewięć. (A doliczywszy do tego książki, które przeczytałam do egzaminów to wychodzi: trzynaście. Śliczna liczba!)

Zamiast się uczyć, to tydzień przed sesją czytałam sagę Zmierzch, S. Meyer. Czyli cztery książki. Później ograniczyłam czytanie książek niezwiązanych z nauką – do zera.

W ciągu pierwszego tygodnia sesji przed egzaminem, którego nie zdałam, czytałam lektury do tegoż: 100 dni Robespierre’a J-F. Fayard’a, Waterloo 1815, T. Malarskiego i Od Trypolisu do Lozanny. Polityka Włoch wobec Turcji w latach 1912-1922, T. Witucha. Później jeszcze czytałam Polskie podróże po Śląsku w XVIII i XIX wieku, A. Zielińskiego, do drugiego z egzaminów.

W czasie przerwy międzysemestralnej (kiedy to ani razu nie zajrzałam do podręcznika czy skryptu) przeczytałam Potworny regiment, T. Pratchett’a. Pan Molu był przerażony tym, jak potraktowałam tę książkę… Według niego przeczytanie Pratchett’a w ciągu jednej doby to świętokradztwo! Ale czy to moja wina, że tak dobrze się czytało i nie mogłam się oderwać od lektury? Przecież, że nie moja! To wina Pratchett’a oczywiście!

W trakcie nauki do poprawki dozowałam sobie: Łups! Tego samego autora, jak wszyscy doskonale wiemy. (Ostatnie kilkanaście stron przeczytałam w nagrodę po zdanej poprawce*) Oraz przeczytałam trzy książki z serii Pamiętniki wampirów, L. J. Smith. Ale… zanim sięgnęłam po Pamiętniki obejrzałam w ciągu trzech dni czternaście odcinków serialu pod tym samym tytułem. Niby jest oparty o książkę, ale tak naprawdę poza imionami bohaterów to niewiele ma wspólnego z fabułą powieści.

Nie wiem, nie mam zielonego pojęcia dlaczego… Ale strasznie ostatnio wzięło mnie na wampiry, zwłaszcza na takie beznadziejnie banalne. Właściwie to tak często mam, że kiedy następuje otwarcie sezonu ogórkowego zwanego dalej sesją – czytam na potęgę. Czytam dużo i namiętnie zwykle to, co nie ma nawet jednego dna… i jest płaskie jak smak zupy w pewnej reklamie.

Sesja się skończyła. Skończył się też mój pęd do książek o wampirach. Wczoraj zdałam egzamin i mimo, że zaczęłam przedwczoraj czytać czwarty tom Pamiętników, to dzisiaj nie chciało mi się nawet do niego zajrzeć. Lekarstwo na stres spełniło swoje zadanie i można je odłożyć do apteczki, na parę miesięcy. Przyda się przy następnej sesji.

A teraz mogę oddać się lekturze bardziej zaawansowanej, która gdzieś przeplatała się między tymi wampirami: Pierwszy pitawal gdański czyli zbrodnia nad Motławą, Pawła Pizuńskiego. Ciekawe, czy ktoś napisał pitawal związany z moim rodzinnym miastem? Muszę to sprawdzić.

A tak w ogóle wiecie, co to takiego pitawal? To rzecz dla ludzi o mocnych nerwach, ponieważ to publicystyczne opracowanie głośnych procesów karnych. Nazwa wzięła się od nazwiska francuskiego adwokata, który był autorem pierwszego takiego zbioru: F. G. de Pitaval’a (żył na przełomie XVII i XVIII wieku). Ciekawa sprawa. Zwłaszcza, że lubię też czytać kryminały, zwłaszcza po tych autorstwa Marka Krajewskiego. Zastanawiam się jednak, czy nie spróbować sięgnąć po kryminał pisany przez kobietę np. Agathę Christe’y, albo Joannę Chmielewską.

_____

*Pan Molu powinien być ze mnie dumny – czytałam Łups! przez dwa tygodnie. To było naprawdę straszne, ale przy okazji ćwiczyłam siłę woli, żeby odłożyć książkę na bok i wziąć się do nauki. Tylko niestety… materiały do egzaminu miałam na komputerze, gdzie czekały na mnie też Pamiętniki. Jednak byłam na tyle przewidująca, że na drugim pececie, który stoi w moim pokoju – miałam tylko skrypt.

Bardzo rzadko piszę kierując swoje słowa do konkretnej osoby, częściej rzucam je w przestrzeń by swobodnie żeglowały. Tym razem jest inaczej. Tym razem piszę notatkę dedykowaną, poświęconą stałej naszej czytelniczce, która znalazła to miejsce sama, przeczytała i została. A co dziwniejsze mówi, że czyta systematycznie, a szczególnie lubi, kiedy cała nasza dzielna trójka porusza jeden temat.

Z tego też powodu, skromna autorka tego tekstu z niziutkim pokłonem i grzecznym uśmiechem chciałaby cichutko spytać: ej, wy tam po drugiej stronie monitora współautorami zwani, kiedy ruszycie się do pisania? Pani Chaosu? Kfiecie? Dość lenienia, ja tu czekam! Przedstawienie musi trwać, znaczy notatek przybywać, bo zaczyna się robić monotematycznie. Tylko ja tu piszę, a reszta co? Śpi? Nie spać, zwiedzać, pisać!

Tak oto odbiłam piłeczkę, mając cichą nadzieję, że uśmiech pojawił się tam, gdzie miał, a teraz tuptam sobie chorować dalej ;)

Myśląc o kobietach mężczyźni pewnie sobie wyobrażają, że spędzamy czas tkając zgrabną sieć intryg, iluzji powabu, czaru i uroku. Zaś od czasu do czasu te koszmarne istoty, bez których żyć się nie da [żeby nie było wątpliwości: kobiety], mają wobec swoich mężczyzn idiotyczne oczekiwania, robią testy, które mężczyzna zdać musi, chociaż nawet pewnie nie wie, że jest właśnie poddawany sprawdzianowi.

I ja ostatnimi czasy zauważyłam, że na stole w mojej kuchni brakuje kwiatka, wyraziłam więc ŻYCZENIE: ‘kochanie kupiłbyś mi kwiatka?’

Wbrew pozorom to bardzo wymagające zadanie, znaleźć kwiaciarnię i dokonać wyboru. A to, co zostanie wybrane wiele powie. W duszy zacierałam ręce z radości, wyobrażając sobie co też mój kochany znajdzie, co wybierze. Czy będzie to duży kwiatek, czy mały, wysoki, niski, czy będzie kwitł, jakiego koloru i czy będzie pasował do tego miejsca w kuchni.  

Kiedy Kochanie usłyszał moje małe życzenie uśmiechnął się, kiwną głową i było na tyle.

Oblał egzamin? Kilka dni milczenia w tym temacie oraz widoczny brak kwiatka na to by wskazywał.

Mężczyźni to jednak szczwane istoty. Pod koniec urlopu zaciągnęłam mojego lubego do wielkiej galerii [tak, to kolejny test, zdał go śpiewająco], kochanie milcząc holuje mnie do kwiaciarni.

‘To jakiego chcesz kwiatka? Wybierz’

Ale… Ale! To był test, sprawdzian!

 Zielono-czerwony kwiatek pyszni się na moim stole w kuchni.

Burza uczuć i negatywnych emocji. Złych wrażeń i doświadczeń.  Pozwólcie więc, że wyjątkowo pójdę na łatwiznę i posłużę się, tej jeden raz, cudzymi słowami.Fragmenty utworu Jacka Kaczmarskiego doskonale przedstawiają to, co aktualnie myślę.

Nie lubię

(wg W. Wysockiego)

Nie lubię gdy mi mówią po imieniu
Gdy w zdaniu jest co drugie słowo – brat
Nie lubię gdy mnie klepią po ramieniu
Z uśmiechem wykrzykując – kopę lat!
Nie lubię gdy czytają moje listy
Przez ramię odczytując treść ich kart
(…)

Nie znoszę gdy do czegoś ktoś mnie zmusza
(…)
Nie znoszę gdy z butami lezą w duszę
Tym bardziej gdy mi napluć w nią starają się
(…)

Nie cierpię poczucia bezradności
Z jakim zaszczute zwierzę patrzy w lufy strzelb
Nie cierpię zbiegów złych okoliczności
Co pojawiają się gdy ktoś osiąga cel
Nie cierpię więc nie wyjaśnionych przyczyn
Nie cierpię niepowetowanych strat
Nie cierpię liczyć nie spełnionych życzeń
Nim mi ostatnie uprzejmy spełni kat

(…)
Ja nienawidzę siebie kiedy tchórzę
Gdy wytłumaczeń dla łajdactw szukam swych
Kiedy uśmiecham się do tych którym służę
Choć z całej duszy nienawidzę ich!

Jacek Kaczmarski
1976

P.S. Chwilowo mam uczulenie na „Madzię” i reaguję negatywnie słysząc to.

Żeby trochę ostudzić panujący po ostatniej notce ogólny entuzjazm (poza Madzią, która jak zawsze sieje tysiąc wątpliwości :P) postanowiłem napisać coś jeszcze. Tym razem nie o tym co na zewnątrz, ale o tym, co wewnątrz.

Nie o tym, co mówi mi rozum, tylko o tym, co mówi mi serce.

A to mówi mi, że jestem idiotą.

Nie, stop, to kwestia rozumu. Serce gdzieś fruwa w przestworzach zabierając ze sobą większość zdrowego rozsądku, rozumowi zostawiając nieliczne resztki, które teraz krzyczą na alarm i starają się uświadomić mi, że to co robię nie ma szans się udać i tylko tracę czas. Ze to wszystko bez sensu, że mylę prawdziwe uczucia ze zwykłymi impulsami.

A ja mam wątpliwości. Nie wiem, czy moje działania mają sens, czy zamiast spełnić moje marzenia nie odwrócą się przeciwko mnie i stracę jedną z niewielu rzeczy, które naprawdę wysoko cenię – przyjaźń.

Ale serce fruwa wysoko w przestworzach, dawno głuche na argumenty i ślepe na przeszkody.

Też chcę latać.

Kfiatek

Życie to sztuka wyboru – to powiedzenie jest czymś tak oczywistym, że aż szkoda tracić czasu na pisanie tego na tym blogu. W końcu (mam taką nadzieję) wszyscy nieliczni odwiedzający to miejsce to osoby inteligentne, które co nieco o życiu wiedzą ;)

No ale do rzeczy. Czasem mam wrażenie, że najważniejsze decyzje w życiu podejmuję zbyt szybko, że są nieprzemyślane, grunt pod nie nieprzygotowany, a ja sam nie do końca pewny. I to chyba jest prawda. Tym niemniej w dniu dzisiejszym podjąłem decyzję, w której zamierzam wytrwać nawet mimo trudności, które będą piętrzyć się coraz wyżej z każdym mijającym dniem. Za dwa miesiące może powinno już być po wszystkim.

Kupuję mieszkanie.

Kfiatek

Jakiś czas temu śmiałam się z językowego zamieszania związanego z moją przeprowadzką, teraz kolej na dalszą część. Nawet nie uświadamiałam sobie pewnych nawyków językowych tutejszych ludzi, na które przy okazji rodzinnego spotkania zwrócił mi mój kochany brak. Otóż ten uczynny człowiek wyśmiał mnie, że nie używam pomorskiego ‘tak’.

Gdy opowiadał jak to go kierowano do jakiegoś miejsca: ‘i pójdzie pan w prawo a później w lewo, tak?’ zawieszając głos, myślałam wtedy, że on bredzi nikt tak nie mówi, dlaczego ja więc mam w taki sposób używać tego słowa? Zaczęłam jednak słuchać. Nie wiem, co się mogło stać, że wcześniej tego nie zauważyłam, w sklepie pani informując mnie, jaki mam koszyk zawiesza pytająco głos kończąc zdanie na tak, w pracy, gdy mówią mi, co mam zrobić też pada sakramentalne tak, w pociągu podczas zasłyszanej rozmowie też jest obecne. Myślę sobie: ‘a czy mam jakiś wybór? Mogę się nie zgodzić? Powiedzieć nie?’

A właśnie w ten sposób doszłam do zasadniczej różnicy między Północą a Południem. Na Północy ludzie są optymistami ciągle słychać ‘tak?tak?’ a na Południu: ‘nie.nie.?’ Chyba się nie mylę no nie? Rozumiecie, co chcę wam powiedzieć, nie? Przecież to wszystko łatwo ogarnąć, nie? Ale to chyba nie oznacza, że Południe jest pesymistyczne, nie? Też macie taką nadzieję, nie?

Schodząc z niewygodnego tematu tak i nie [hm… czy to Południowe nie jest takim nie kobiecym? Będzie mnie to dręczyć.] muszę powiedzieć, że co innego mnie po prostu drażni, a słyszę to wszędzie. Wtedy. ‘No to cześć wtedy’ usłyszałam wczoraj, gdy żegnałam się z koleżanką, a mój niewyparzony jęzor chciał zapytać ‘kiedy?’. Albo ‘idę wtedy’, a mnie męczą wątpliwości to znaczy, że kiedy? Wtedy mnie otacza, wychodzi z kątów i zaczyna się pchać na język. Wtedy będzie się działo, oj będzie, no nie?

Ponieważ współlokatorzy tego bloga (, których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!) zrzucają z siebie i na siebie odpowiedzialność za to kto teraz ma napisać notkę – zrobię to ja. Z prostej przyczyny: akurat nie mam nic konkretnego do powiedzenia i generalnie to mam dobry humor. Ot i wszystko. Na tym mogłabym zakończyć tę wypowiedź, ale dlaczego Was nie pomęczyć moim gadulstwem jeszcze przez chwilę, a?

Dobrze, skoro już tu jestem. Za oknem mam biało, tak niemal mnie w oczy razi. Szczęśliwie zdołałam się wyspać, więc blask śniegu mnie nie oślepia, ani aż tak bardzo nie rani. A z tym wyspaniem to naprawdę bardzo dobra nowina jest, ponieważ w ciągu 39 godzin spałam przez jakieś… cztery (licząc w tym drzemki w autobusach). Może to głupie, ale żeby jakoś wczorajszego wieczoru funkcjonować to specjalnie wracałam takim połączeniem, które jedzie najdłużej z wszystkich możliwych… Po prostu: żebym mogła jak najdłużej drzemać. Swoją drogą to jadąc do domu nawet nie pamiętam, w którym momencie zasnęłam.

Cóż, dla mnie nie jest normalnym poświęcać na sen tylko trzech godzin. Owszem parę razy mi się zdarzyło iść spać o piątej i wstać o dziewiątej, ale nieczęsto. Zwykle wtedy, kiedy piszę referat. Tak było i tym razem. Z drugiej strony trudno było to nazwać “pisaniem referatu”, to było piętnaście stron A5 zapisanych luźnymi notatkami, żebym wiedziała, o czym mam mówić.

Szczerze mówiąc to nie mam pojęcia jak w ogóle udało mi się trzeźwo wygłosić ten referat, ponieważ jak już rzekłam spałam jakieś trzy godziny – między trzecią a szóstą. O ósmej był wykład, w wykonaniu pani Profesor (co głównie mnie przekonało do tego, żeby w ogóle wstać o tej barbarzyńskiej godzinie: po pierwsze lubię Jej wykłady, po drugie o 11stej miałam na ćwiczeniach u Niej wygłosić referat. Więc głupio byłoby nie być na wykładzie… chociaż niektórzy tak robią, ale mnie i tak byłoby głupio).

Przez połowę czasu oczekiwania na ćwiczenia (półtorej godziny przerwy miałam) starałam się o tym nie myśleć. Ostatecznie mi się udało, ale wróciło w momencie, kiedy koleżanka kończyła wygłaszanie swojego wystąpienia na temat mniejszości żydowskiej. Dlaczego? Bo wiedziałam, że już tuż, tuż za chwilę to ja będę tam siedzieć i pleść swoje trzy po trzy. Ale… ostatecznie wyszło na to, że połowy z tego, co wg pani Profesor miałam mieć – nie miałam, ale też nie powiedziałam połowy z tego, co rzeczywiście miałam. Czyli bilans wyszedł na zero. Poza tym samo wygłaszanie nie było takie złe. A ocena była dla mnie szokiem… W każdym razie nie spodziewałam się. Ale to miło, przynajmniej mam szansę dostać jakąś w miarę dobrą ocenę z zaliczenia. Trzeba by się teraz zacząć przygotowywać do egzaminów… W sumie, to całkiem niezła myśl, ostatecznie System Eliminowania Studentów… już niedługo będzie aktywny.

Następna strona »